Gość w dom, Bóg wie po co

Wielki, uginający się pod wódką i bigosem stół powinien być naszym godłem zamiast tego cholernego konfliktogennego orła

Czas urlopów to czas goszczenia się, odwiedzin, najazdów, przedłużających się w nieskończoność weekendów i (Boże, uchroń!) grillowania. Ze wszystkich wspomnianych form relaksu najbardziej nienawidzę tej ostatniej, nie ma bowiem w historii mojego życia ani jednego kawałka karkówki, który po wielogodzinnym dopiekaniu na ruszcie z surowego mięsa nie przeistoczyłby się w zwęgloną podeszwę. Jasne, zaraz się odezwie jakiś kulinarny mądrala ze swoimi receptami na życie. Jednak proszę zrozumieć, nie wierzę w żadne cuda, a hasła typu: peklowanie i marynata tkwią nietknięte w ciemnej czeluści nigdy niezwiedzonej przeze mnie części Wikipedii.  Inna sprawa, grillowanie angażuje pół dzielnicy, swąd spalenizny kazi środowisko, a jednostki z plastikowymi talerzami w jednej ręce i ciepłym browarem w drugiej snują się po ogrodzie i mordują towarzystwo opowieściami na temat ostatniej wycieczki z dzieciakami do Sharm El Sheikh. Zgroza.

Ale do rzeczy. Tekst ma być o gościach, bo tego tałatajstwa w czasie urlopowym mamy najwięcej. O gościach już wprawdzie pisałam nieraz, co mi za moment ktoś wytknie, ale nie ma rady – temat rzeka. Po każdych wakacjach przybywa mi wątków i typów wszelkiej maści przybyszów. I tak, oprócz tych wszystkich, których gdzieś już kiedyś wymieniłam, na usta w pierwszej kolejności ciśnie mi się gość należący do grupy RODZINA.

Z rodziną każdy wie, jak się wychodzi i jest to ten słynny interes opiewany sloganem o Zabłockim i mydle z perspektywą wspólnej fotografii w finale. Jednak nie mamy tu do czynienia z żadną ekonomią, tu nie chodzi o racjonalność, tu wszak chodzi o wakacje. Nikt nie liczy hektolitrów zużytej wody i potłuczonych przez rozbrykane pociechy kuzyna, kryształów.

W zależności od temperamentu pobratymców, mamy do czynienia z gośćmi biernymi i czynnymi. Oba rodzaje są straszne. Goście bierni zajmują kanapę, włączają Kryszaka i wypełniają rechotem cały dom na wiele bolesnych dni. Jeśli jednak nie mają poczucia humoru – ziewają leniwie i w pomrukach nudy przerzucają w nieskończoność kanały. Ostatnio pojawiła się też grupa biernych gości nowoczesnych, którzy nie oglądają telewizji, tylko przyklejają się do swojego smatfona i śledzą przebieg wydarzeń na Facebooku. Zdawać by się mogło, że to wszystko da się przeżyć. Niestety, jest ciężko.  Goście zalegają jak hipopotamy, jedzą, tyją, pęcznieją, zawadzają, a czas z nimi spędzony snuje się bez postępu i przybiera cechy wieczności.

Druga grupa, kto wie, czy nie gorsza, to goście czynni. Są to z pozoru sympatyczne istoty, które od progu zakasują rękawy i rzucają się w wir pomagania gospodarzowi. I tak – nie bacząc na zmywarkę – tłuką talerze myjąc je w ręku i w ciągu dwóch godzin zalewają szambo. Przestawiają meble, by „wreszcie porządnie odkurzyć” i rysują przy okazji dębowy parkiet. Zatykają filtr w pralce, piorąc chodniki z gumowym podbiciem. „Uszczęśliwiają” na każdym kroku. Pamiętam te słynne wakacje, gdy moja babcia, goszcząc drugi dzień, wyszła na ryneczek i w przypływie troski kupiła mi w prezencie czterdzieści pięć kilo truskawek. Musiałam odwołać wszystkie imprezy na najbliższe cztery dni (urlop trwał dni pięć), a w zamian zajęłam się:

  1. Transportem truskawek
  2. Odrywaniem od nich szypułek
  3. Zasypywaniem ich cukrem
  4. Wyciskaniem z nich soków
  5. Gotowaniem z nich kompotów
  6. Smażeniem z nich konfitur
  7. Pakowaniem ich do słoików.

A wszystko po to, by je rozdać po okolicy, bo przecież mam uczulenie na truskawki.

Sama nie wiem też, co gorsze – gość obojętny, czy gość wnikliwy. Abstrahując bowiem od rodzinnych konotacji, stwierdzamy przecież gości do rodziny podobnych. Jest zatem:

  1. Gość Lampa. Gość ów, stojący w kącie, odmawiający jedzenia i picia, niby nie wadzi. Nie stroi min, niczego nie komentuje,  pytań nie zadaje. A jednak JEST. I szarpie sumienie. Nie daje o sobie zapomnieć. Stoi jak lampa i tym swoim jestestwem po oczach świeci. I ani go usadzić, ani z nim pogadać. Ani się z nim napić, ani go wyrzucić (o tym będzie później). Ani pożartować ( z żartów się nie śmieje!), ani się posmucić. Pytacie, czego chce? On nic nie chce. On zaraz wychodzi. Ale nie wychodzi! Dla Gościa Lampy czas nie istnieje. Nie istnieje też wymiar. Żadnych fizycznych wartości on nie uznaje. Stoi i tyle. A wy się martwcie.
  2. Gość Laparoskop. Jaka jest różnica miedzy Gościem Lampą a Gościem Laparoskopem? Każdy zna ten typ, który wchodzi do domu, zagląda w każdy kąt i w każdy kąt wtrąca swoje pięć groszy. Po trzech sekundach wie już jaki masz rozstaw mieszkania, gdzie stoi toster i jakiej marki jest twój wibrator. Ty proponujesz pół litra, a on śrubuje cię pytaniami: ile watów zużywa ta pralka? kafle kładliście na cekol? kiedy odkurzałaś pod łóżkiem…? Chyba jednak wolę Lampę.
  3. Gość Generał. Tak, spośród tych straszliwych skrajności wyłania się gość, który natychmiast po zdobyciu twierdzy (waszego domu), przystępuje do manewrów. I tak organizuje wam czas od pierwszej minuty wizyty po wyjazd. Nieważne jakie macie plany, on ma lepsze. On żąda, by zobaczyć oddalony o sto dwadzieścia kilometrów zamek, do którego walą tłumy z całego świata, jest więc potworna kolejka, a bilet (ulgowy) kosztuje siedemdziesiąt pięć złotych. Pomijając, że zamek widzieliście już dwadzieścia pięć razy, a obecnie dwie kondygnacje są w remoncie – trzeba jechać.
  4. Gość Pasjonat. Jest to gość, który pojawia się w waszym domu z całym ekwipunkiem sportowym i ekipą znajomych z Facebooka, którzy również pojawiają z ekwipunkiem sportowym. Macie więc zawalony dom rowerami/deskami do surfingu (uroki mieszkania nad morzem)/ latawcami do kitesurfingu/wędkami/kaskami motocyklowymi/aparatami fotograficznymi/kamerami podwodnymi/zestawami do nurkowania i diabli wiedzą czym jeszcze. Pasjonaci zwykle taszczą ze sobą namioty, ale tylko po to, by rezygnować z poszukiwania pola namiotowego, wszak mają was. Warto dodać, że z racji sportowego trybu życia gość wraz z towarzystwem są wiecznie głodni i pałaszują wszystko, co się w domu rusza. Pozostałości po energetycznych batonikach znajdujecie w okolicach gwiazdkowych porządków w zagłębieniach sofy.
  5. Gość Impreza. Gość Impreza po trzech minutach od powitania puszcza Gary go Home Boney M, formuje pląsającego węża i tańczy z sąsiadami wokół domu. Po kwadransie ściąga wam na głowę straż miejską, która niestety, również dołącza do węża, radośnie paląc przy tym blanty. Co gorsza, wy sami tańczycie na własnym, kupionym za ciułane siedem lat pieniądze kryształowym stole, względnie bujacie się na żyrandolu à la Ludwik XVI, a szkło z rozbitej zastawy doprowadza was do spazmatycznego śmiechu. Tydzień później siedzicie na kozetce u psychoterapeuty.
  6. Gość Wiekuisty. Niby wszystko ok., niby było fajnie, waza niestłuczona, reputacja pod kontrolą, ale… kiedy on wyjedzie?! Od pierwszego dnia po wieczność jest to wielką tajemnicą, której zgłębić nie sposób, Gość Wiekuisty bowiem strzeże jej gorliwie i żadnym, najmniejszym znakiem nie zdradza. Mijają dni, mijają tygodnie, ale żadne chrząknięcia, żadne aluzje – no nic nie jest w stanie wydobyć z niego tej potężnej prawdy. Gość Wiekuisty zdaje się być od zawsze i, co gorsza, na zawsze.

A teraz najważniejsze. Nie można Gościa Wiekuistego wyrzucić. Żadnego gościa, moi kochani, nie wolno wyrzucić, choćby się nam wspinał po firankach. Wiem, co mówię. Wyrzucanie gości odbija się konsekwencjami gorszymi niż przebycie choroby Heinego Medina.

Ja osobiście kocham mieć gości. I kocham się gościć. Kocham wszystkie tych gości grzechy i kocham grzeszyć w gościach. Kocham te nasze polskie biesiady i za żadne skarby nie chciałabym mieszkać, przykładowo w Niemczech, gdzie gościa się podejmuje paluszkami z solą, wymownie patrząc na zegarek. Broń Boże! Wielki, uginający się pod wódką i bigosem stół powinien być naszym godłem zamiast tej kości niezgody, tego cholernego konfliktogennego orła. Wszak tu się kończą (i zaczynają) wszystkie waśnie! Wszak tu się rozgrywa historia! Wszak tu następują zmiany i tu właśnie podejmowane są decyzje! Nic nie zastąpi wspólnego śpiewania przy zero siedem. Nic nie zastąpi niekończących się niespodziewanych wizyt. Nic nie zastąpi przedłużających się w nieskończoność wpadnięć na chwilę po szklaneczkę cukru. Dlatego właśnie gość w dom – w naszej kulturze – to Bóg w dom. Choć, jak wszystko w naszej kulturze – Bóg wie, po co.

SONY DSC

13 comments

  1. ina3b

    Tekst mnie powalił, i te opisy poszczególnych typów.:D Osobiście, nie przepadam za goszczeniem się, bo goszczenie się później ma skutek opisany wyżej, czyli rodzinny najazd…

  2. Olga Cecylia

    Jak to dobrze, że dawno nie miałam gości… Mnie też najbardziej chyba wkurza Laparoskop. Miałam kiedyś koleżankę, która w ciągu 15 sekund od wejścia do pokoju dostrzegła nowe buty stojące w najdalszym kącie!

  3. Julia

    Ja bym jednak optymistycznie dodała Gościa Nieobecnego. O uwagę takiego trzeba zabiegać, bo przyjeżdża w zasadzie nie do nas tylko aby pozwiedzać okolicę. Wstaje jak już wyjdziemy do pracy (nie zajmuje łazienki), posiłki organizuje we własnym zakresie, wraca późnym wieczorem. Czasami daje się namówić na kolację gdzieś na mieście, ale pod warunkiem, że to on/ona stawia.

  4. villemo

    No, po prostu rewelacja!!!! Czekam właśnie na gości – rodzinę, tzn. brata z bratową i ich synka i się zastanawiam głęboko do jakiego typu gości ich zaliczę w tym roku 🙂 Uśmiałam się czytając ten wpis, i polecam bardzo, bardzo gorąco!

  5. Aleksandra Krystyniak

    Urzekł mnie Gość – Impreza i wężyki wokół domu w rytm muzyki Boney M…. widzę to oczami wyobraźni i mam takiego banana na twarzy, że ho hooo… 😀 Wielkie dzięki za poprawę humoru! 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s