Pies demona

Opętany zwymiotował psa. Ksiądz mówi, że to norma. Pytanie brzmi: co się stało z tym psem!?

pies_demona

Czytam w Gazecie Wyborczej taki oto news: „Dwa razy do roku egzorcyści jadą na szkolenia do Niepokalanowa. Z całego kraju przyjeżdża ich prawie stu. – Tam dopiero można się nasłuchać – mówi ks. Kowalczyk. – Ostatnio jeden z uczestników opowiadał, jak opętana kobieta zwymiotowała malutkiego pieska, który zaczął biegać po sali. A potem ten piesek zniknął, czy gdzieś uciekł.”

– Ksiądz naprawdę wierzy, że to jakiś piesek? – pyta redaktor.

– Dla mnie to oczywistość.

Owszem, rozumiem, że wymiotowanie pieskami jest oczywiste. Człowiek opętany przez demona ma różne pomysły. Oczywistość oczywistością, jednak mnie frapuje inny problem. Bo ja, mili Państwo, widzę tu mnóstwo niedociągnięć. Brak organizacji i, co gorsza, brak pewnego rodzaju istotnej wrażliwości.Wszyscy się bowiem skupiają nad toczącym ślinę opętanym i całym tym nabzdyczonym demonem, ale nikt nawet nie pomyśli o biednej, zwymiotowanej istocie.

Tak, moi drodzy. My tu sobie spokojnie gadamy o egzorcyzmach, a pies z kulawą nogą nie zapyta – co się stało z pieskiem!? Jeśli uciekł, to gdzie jest teraz? Czy żyje? Może wpadł pod samochód? Jest chory? Głodny? Wszak ksiądz słowem o ewentualnym dokarmianiu pieska nie wspomniał! Mało tego! Ksiądz najwyraźniej nie przywiązuje do losu zwierzęcia żadnej wagi! A może stworzenie gdzieś się pałęta? Czy ma kaganiec? Co z odławianiem zwierząt zwymiotowanych przez opętanego? Czy trafiają do schroniska? Czy można je adoptować? Czy rodzina adopcyjna jest informowana o pochodzeniu psa?

Pytania się mnożą!

Napisałam do autora artykułu. Milczy. A co ksiądz na to? Czy humanitarnym  jest pozostawiać problem bez rozwiązania? Co na to Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt? Fundacja Animals? Mamy prawo wiedzieć. Żaden piesek, nawet zwymiotowany, nie jest nam obojętny. Logika (i ksiądz) podpowiada, że zwymiotowany piesek jest malutki. Malutki! Czyli nieporadny. Szczeniak jeszcze. Potrzebuje pomocy! Dobrzy ludzie, co winne zwierzę, że jest zwymiotowane?! Nie dyskryminujmy z miejsca tych zwymiotowanych, choćby przez opętanego demonem, zwierząt! Przecież każdy jakiś jest. Rzućcie kamieniem, coście bez winy.

Druga rzecz, statystyka. W trójmieście jest co najmniej pięciu egzorcystów, w Niepokalanowie spotyka się ich stu. Skoro jest tylu egzorcystów, znaczy że opętanych przybywa! A każdy opętany może zwymiotować psa. Psy zaś nie mogą biegać samopas po okolicy. Z tym się trzeba liczyć. Tego nie wolno bagatelizować. To trzeba uporządkować. Zarejestrować. Podatek odprowadzić. Utworzyć na zwymiotowane psy jakiś fundusz. Zbiórkę publiczną?

Dalej. Przy każdym takim seansie egzorcystycznym powinien być kojec. Miska z pokarmem. Woda do picia. Treser i wyprowadzający na spacer. Psa trzeba zaczipować! Zaszczepić! Odpchlić może? Obróżkę kupić. Smycz.

I gumową zabawkę.

Jak sami Państwo widzą, kosztów przybywa. Wnioskuję więc o autopoprawkę do programu o zapobieganiu bezdomności zwierząt – należy tam włączyć także psy demona.

Najcichsza katastrofa na świecie

Jestem cienka jak kartka papieru.

Drżę na wietrze zawsze zbyt gwałtownym dla papierowych istnień.

Chciałabym zgnieść się w kulkę i schować w twojej dłoni. Ale nie mogę jej nigdzie znaleźć.

 

Jestem kartką papieru, ale nie pisz po mnie.

Jestem zbyt cienka, by znieść zapisanie twojego numeru telefonu na mojej skórze.

Każda cyfra drapie na wylot

nieuchronnym oczekiwaniem.

 

Jestem cienka jak kartka papieru.

Robię z siebie samolot i wypuszczam przez okno.

To jest najcichsza katastrofa na świecie.

Facet Doskonały (niedoskonałej kobiety)

Nie, nie ma pojemnika na internetowe śmieci. W internecie wszystko jest niczyje. Bez podpisu, bez źródła, bezpańskie jak pies.  „Facet Doskonały” to bezpański pies

Owszem, chciałaś się wyrzucić. Zdecydowałaś już. Zrozumiałaś, że pewnych spraw nie da się uporządkować. Są rzeczy zbyt chaotyczne. Są ludzie zbyt rozdygotani. Masz bałagan na biurku. Masz bałagan w szafie. Masz bałagan w głowie. Nie wkładasz płyt do pudełek. Nie odstawiasz książek na półkę. Gubisz rachunki. Tak łatwo cię oszukać. To czemu się dziwisz, gdy znajdujesz w Internecie własny tekst na plotkarskich portalach? Ktoś go sobie po prostu wziął. Mówisz, że oprócz tego tekstu jeszcze jesteś ty? E tam. Jesteś za mała, żeby być.

Tylko jeden jest sposób, żeby to wszystko uporządkować. Nie wiesz jaki? Kup sobie pierwszą lepszą gazetę z artykułem „Jak żyć”. Poczytaj porady w sieci. Porządkowanie znaczy: wyrzucanie. Ale wyrzucanie rzeczy nic ci nie da. Wyrzucanie rzeczy to kropla w morzu potrzeb. Możesz wszystko wyrzucić, dom spalić, samochód złomować, wszystko jedno. Dwa dni później będziesz dokładnie w tym samym miejscu zabałaganienia.

Musisz sama siebie wyrzucić. Tylko nie wiem, gdzie. W który kubeł? W suche, mieszane? Na kompost? A może w popiół? Wszak z popiołu powstała musisz się weń obrócić. Ale przecież w żaden sposób popiołu nie przypominasz. Marność? To metafora. Marność wewnętrzna oklejona pokaźną warstwą tłuszczu może wywołać tylko popłoch na wysypisku: sankcje, kary, opłaty. Nie, do popiołu cię nie wrzucę. To gdzie?

Plastik raczej odpada. Tam widzę inny rodzaj kobiety. Owszem, na doklejone rzęsy, tipsy, treski – miejsce jest idealne. Ty niestety, nie pasujesz. Szkło? Może być problem. Szklana jest twoja głowa, zwłaszcza podczas migreny. Szklane są butelki ze zwiniętym w rulonik twoim wołaniem o pomoc. Szklane są lustra, przez które codziennie, oderwana od rzeczywistości, przechodzisz. Ale mówią, że tak nie można. Byle szkła się nie wyrzuca. Poza tym możesz się potłuc – to dopiero byłby bałagan.

Nie, nie ma pojemnika na internetowe śmieci. Nikt na to jeszcze nie wpadł. W internecie wszystko jest niczyje. Do nikogo nie należy, od nikogo nie pochodzi. Bez podpisu, bez źródła lata jak bezpański pies.  „Facet Doskonały” to od niedawna bezpański pies.

Lepiej już wyrzuć się na makulaturę. To jest niebieski kubełek. Przecież lubisz kolor niebieski. Masz w szufladzie kilka napoczętych powieści, kilkanaście opowiadań, czemu wciąż je trzymasz? Wszystkie teksty, których nie wydałaś, a które zajmują miejsce w twoim zabałaganionym świecie – bach, wyrzuć na papier. Na katalog z Ikei. Na rolkę toaletową. Na ścinki do kociej kuwety.

Wyrzuć siebie, wyrzuć wszystko, co masz w głowie i przerób się na ekologiczny kartonik do pakowania bibelotów. Zawsze to lepsze niż demotywatory.

—————————————————————————————

zrzut_z_ekranu
„Facet Doskonały” został ukradziony i bezprawnie opublikowany na niejakim Ryjbuku, po czym na skutek pączkujących udostępnień ukazał się na Demotywatorach, Bebzolu, facebookowym Nie mów do mnie z rana i diabli wiedzą, gdzie jeszcze. Nigdzie nie było wzmianki o autorce – Sylwii Kubryńskiej.

Z Oslo do Barcelony via Rębiechowo

Wszelkie podobieństwa do zdarzeń opisanych w tym tekście są przypadkowe. Powiem więcej: wszelkie wydarzenia w tym tekście są przypadkowe. Ba. Wszelkie wydarzenia w moim życiu są przypadkowe

O tym, że dla Polaków kwestia turystyki to ciężki kaliber świadczyć może chociażby cena noclegu w okolicy Kokoszek oscylująca wokół sześciuset złotych polskich. Dla porównania uroczy hotelik w centrum Barcelony kosztuje 20 euro za dobę. Wiem, byłam, sprawdziłam. Ale ja nie o tym. Mój problem związany z podróżami polega na czymś zupełnie innym. Otóż nigdy, za żadne skarby świata nie udaje mi się podróżować spokojnie. Zawsze coś. Zawsze niespodzianki. Zawsze perypetie. Głupia podróż do Olsztyna: ban z autobusu. Pociąg? Błądzenie przez nieistniejącą Iławę. Kiedyś nawet mi bombę podłożyli w Tczewie. Ostatnio w trasie na Mazury bocian wpadł do lokomotywy. Bocian upieczony, lokomotywa spalona, w Morągu koniec trasy. Tłukłam się z plecakiem po mazurskich wsiach.

Wracając do tematu. W każdej peregrynacji wyskakuje mi szereg zupełnie niespodziewanych wypadków. Tak było i teraz, gdy się wybrałam z bratem zwanym Whisky, do Hiszpanii.

Wszystko zaczęło się od telefonu. Whisky zadzwonił  któregoś wieczoru i oznajmił, że pojechałby do Hiszpanii. Z drugiej strony urlop krótki, nie lada okazja, żeby odwiedzić przy okazji kumpla w Norwegii. Kumpel sam siedzi w lesie, nie ma co jeść, więc by wypadało pojechać, ale nie z pustymi rękami, więc trzeba coś zawieźć, w gruncie rzeczy chyba najważniejsze, żeby jakoś pomóc, aczkolwiek w Hiszpanii Whisky nigdy nie był, co tu gadać północ to nie południe (a właściwie odwrotnie), co robić, dobra, jedziemy do Hiszpanii. Ale do kumpla też.

– Ja nie jadę do żadnego kumpla – protestuję.

– No to – on postanawia – podrzucę kiełbasy i wrócę fru, fru a potem polecimy do Hiszpanii. Zdążymy. Jeszcze się z kumplem napiję.

Dobra, samolot do Norwegii piąta rano. Jedziemy na lotnisko, Whisky wyskakuje z samochodu, torbę z kiełbasami trzyma i biegnie na samolot. Ja z powrotem spać. Mijają dwie godziny, budzi mnie ojciec telefonem, co z tą waszą Barceloną?! W porządku, odpowiadam, lecimy jak tylko Whisky wróci, nie wpadaj w panikę, wszystko pod kontrolą.

Tymczasem patrzę na komórkę, sms, Whisky: „Z torbą mnie nie wpuścili do samolotu, zostawiłem przy kiosku, wezmę jak wrócę”. Myślę mętnie, że niepotrzebnie poleciał, bo jak go nie wpuścili z kiełbasą, to poleciał z pustymi rękami, a miał kumplowi dać jeść, Co za bezsens, myślę zaspana, gastarbajterzy całe życie, kiełbasy wożą, pracują gdzieś po świecie, śpią w lesie i jeszcze ich do samolotu nie wpuszczają. Jakie to wszystko, myślę, smutne, jakie to biedne. A choćby i to, że gdzie byśmy nie byli, wszystko drogo. Na przykład taki precel: dwa euro. Weź daj dwa euro za precel. Z dziećmi jedziesz, dzieciak chce precla, ty chcesz precla, stary chce precla, drugi dzieciak też chce precla, bo jak ten pierwszy dostał, to drugi z automatu się drze. A każdy pieprzony precel dwa euro, w sumie osiem razy cztery, wychodzi trzydzieści dwa złote za durne precle, to my już dziękujemy, idziemy do Aldi po drożdżówkę.

Znów telefon. Whisky wraca. Łzy w oczach, na osobistą go wzięli. W Norwegii wysiadł bez torby, tylko dwie komórki i kalkulator w kieszeni. Podejrzany, w dodatku Polak. Kazali mu sikać do kubeczka, w brzuch gnietli, narkotyków szukali. Szalał ze strachu, że tyłek zajrzą.

– A gdzie torba?

– Jezu, zapomniałem!

Jadę na lotnisko, Whisky ręce rozkłada. Patrzył w kiosku, śladu po torbie, pewnie ktoś ukradł. Pytał, ale na zmianę kioskarka przyszła popołudniową. Coś bąknęła o straży granicznej, ale on po norweskiej kontroli ma uraz.

– To ja zapytam – mówię. No, co? Kiełbasa ulicą nie chodzi, z nieba nie spada. Idę do tej straży granicznej, walę w drzwi, otwiera strażnik i krótko:

– Proszę się rozejść.

Patrzę na brata, brat patrzy na mnie, w twarzy tej widzę obrazek sprzed lat, gdy zbieraliśmy kłódki do łowienia płotek. Kłódki to takie robaki, przynęty, a płotki to ryby. Ściśle: płocie. Mali jeszcze byliśmy. PKS-em nad jezioro pojechaliśmy. Uzbieraliśmy wiaderko, schowaliśmy pod drzewem. Nagle przyszedł jakiś wąsaty wędkarz, wziął wiaderko bez pytania i poszedł w las. Właśnie tę samą minę miał wówczas Whisky. Wzburzenie, bezradność, żal. I jednocześnie jakieś takie pogodzenie się z losem. Mądrość życiową, która przyświeca ludziom będącym ponad to całe emocjonalne rozdygotanie świata.  Pamiętam też scenę, gdy byliśmy już starsi. Któregoś lata zjechało do nas pół Wilna krewnych i siódmych wód po kisielu. Była wśród nich ciotka Patapowa. Ciotka Patapowa charakteryzowała się wyjątkowym brakiem finezji. Chodziła jak słoń, głośno bekała przy stole, drapała się po tyłku. Wszystko to darło serce mojego brata, który z byle powodu cierpi na migreny, nie znosi hałasu i chamstwa. Ale znosił. Znosił cierpliwie, bo go nauczyli, że gość w dom, Bóg w dom (o tym też już pisałam). Któregoś dnia jednak nie wytrzymał. Sam mi się zwierzył. Siedział z ciotką w kuchni. Ciotka nałożyła se śledzi i je. Mlaszcze, siorbie, kapie. Dziamga. Pluje. Mruczy przy tym i chrząka jak wieprz.

– Ja pierdzielę, mówię ci, myślałem, że oszaleję, już byłem bliski obłędu…

– I co?

– No, nie wytrzymałem.

– To znaczy?

– Nie wytrzymałem i…

– I…?

– Aż się na nią spojrzałem!

No, spojrzał. Spojrzał na ciotkę Patapową całą swoją wielką siłą protestu. A ona niewzruszona dalej jadła śledzie. Teraz z kolei spojrzał na drzwi Straży Granicznej, za którymi przepadła kiełbasa.

– To co my teraz będziemy jeść?

Prawda jest taka, że wcale nie zadał tego pytania. Jeszcze nie wtedy, jeszcze nie na lotnisku. Zadał je pod hiszpańską restauracją, w której porcja jedzenia kosztowała dwanaście euro. Niby drogo, ale knajpa miała jedną zaletę. Można było nałożyć na talerz, ile dusza zapragnie. Właściwie można było brać wszystko, czym kuchnia dysponowała. W dowolnych ilościach.  Makarony, sałatki, katalońskie kompozycje owoców, jagnię z miodem, cielę w śliwkach i kalmary. Dla wybrednych deser. Ciasta piętrowe, krosanty. Kawa, kola fanta sprajt. Skolko ugodno. Za dwanaście. No, nie raj? Wzięłam całą tacę, dwa widelce i niosę do stolika. Whisky się wreszcie uśmiecha:

– Pal sześć kiełbasy.

Zaczynamy jeść. Nagle podbiega do nas, a raczej do Whisky podbiega jakaś skośna porządkowa i krzyczy:

– Mister! Mister! Do not eat!

Tak oto wcieliłam się w postać Jacka z „Kwiatu Paproci”, który miał wszelkie bogactwo tego świata, lecz nigdy nie mógł się z nikim podzielić. Miałam kopiasty talerz żarcia i głodnego brata, którego nie mogłam nakarmić. A gdy postanowiłam jednak złamać zaklęcie i wbrew zakazom oddałam część porcji bratu – skośnooka wyrzuciła nas z knajpy. I wtedy właśnie powiedziałam to zdanie. Wypowiedziałam je głośno, bo wreszcie zrozumiałam swoje jestestwo. Może już na lotnisku, przed odprawą do Barcelony, gdy kątem oka ujrzałam w prasie codziennej artykuł o wczorajszej ewakuacji dwóch pięter lotniska z powodu porzuconej przy kiosku torby z kiełbasami, którą z kolei spacyfikowała i zniszczyła grupa saperska, przyznam – może miałam pewne podejrzenia co do tego, kim naprawdę jestem? Takie przeczucie zawiązania tej sentencji w głowie? Ale dopiero tu,  na barcelońskim bruku, wśród niepojmujących mowy polskiej tubylców, odważyłam się głośno przyznać:

– Jam częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło.

—————————————————————————————

Opublikowane w:

Be-travel
Be Magazine/Be Travel

Gość w dom, Bóg wie po co

Wielki, uginający się pod wódką i bigosem stół powinien być naszym godłem zamiast tego cholernego konfliktogennego orła

Czas urlopów to czas goszczenia się, odwiedzin, najazdów, przedłużających się w nieskończoność weekendów i (Boże, uchroń!) grillowania. Ze wszystkich wspomnianych form relaksu najbardziej nienawidzę tej ostatniej, nie ma bowiem w historii mojego życia ani jednego kawałka karkówki, który po wielogodzinnym dopiekaniu na ruszcie z surowego mięsa nie przeistoczyłby się w zwęgloną podeszwę. Jasne, zaraz się odezwie jakiś kulinarny mądrala ze swoimi receptami na życie. Jednak proszę zrozumieć, nie wierzę w żadne cuda, a hasła typu: peklowanie i marynata tkwią nietknięte w ciemnej czeluści nigdy niezwiedzonej przeze mnie części Wikipedii.  Inna sprawa, grillowanie angażuje pół dzielnicy, swąd spalenizny kazi środowisko, a jednostki z plastikowymi talerzami w jednej ręce i ciepłym browarem w drugiej snują się po ogrodzie i mordują towarzystwo opowieściami na temat ostatniej wycieczki z dzieciakami do Sharm El Sheikh. Zgroza.

Ale do rzeczy. Tekst ma być o gościach, bo tego tałatajstwa w czasie urlopowym mamy najwięcej. O gościach już wprawdzie pisałam nieraz, co mi za moment ktoś wytknie, ale nie ma rady – temat rzeka. Po każdych wakacjach przybywa mi wątków i typów wszelkiej maści przybyszów. I tak, oprócz tych wszystkich, których gdzieś już kiedyś wymieniłam, na usta w pierwszej kolejności ciśnie mi się gość należący do grupy RODZINA.

Z rodziną każdy wie, jak się wychodzi i jest to ten słynny interes opiewany sloganem o Zabłockim i mydle z perspektywą wspólnej fotografii w finale. Jednak nie mamy tu do czynienia z żadną ekonomią, tu nie chodzi o racjonalność, tu wszak chodzi o wakacje. Nikt nie liczy hektolitrów zużytej wody i potłuczonych przez rozbrykane pociechy kuzyna, kryształów.

W zależności od temperamentu pobratymców, mamy do czynienia z gośćmi biernymi i czynnymi. Oba rodzaje są straszne. Goście bierni zajmują kanapę, włączają Kryszaka i wypełniają rechotem cały dom na wiele bolesnych dni. Jeśli jednak nie mają poczucia humoru – ziewają leniwie i w pomrukach nudy przerzucają w nieskończoność kanały. Ostatnio pojawiła się też grupa biernych gości nowoczesnych, którzy nie oglądają telewizji, tylko przyklejają się do swojego smatfona i śledzą przebieg wydarzeń na Facebooku. Zdawać by się mogło, że to wszystko da się przeżyć. Niestety, jest ciężko.  Goście zalegają jak hipopotamy, jedzą, tyją, pęcznieją, zawadzają, a czas z nimi spędzony snuje się bez postępu i przybiera cechy wieczności.

Druga grupa, kto wie, czy nie gorsza, to goście czynni. Są to z pozoru sympatyczne istoty, które od progu zakasują rękawy i rzucają się w wir pomagania gospodarzowi. I tak – nie bacząc na zmywarkę – tłuką talerze myjąc je w ręku i w ciągu dwóch godzin zalewają szambo. Przestawiają meble, by „wreszcie porządnie odkurzyć” i rysują przy okazji dębowy parkiet. Zatykają filtr w pralce, piorąc chodniki z gumowym podbiciem. „Uszczęśliwiają” na każdym kroku. Pamiętam te słynne wakacje, gdy moja babcia, goszcząc drugi dzień, wyszła na ryneczek i w przypływie troski kupiła mi w prezencie czterdzieści pięć kilo truskawek. Musiałam odwołać wszystkie imprezy na najbliższe cztery dni (urlop trwał dni pięć), a w zamian zajęłam się:

  1. Transportem truskawek
  2. Odrywaniem od nich szypułek
  3. Zasypywaniem ich cukrem
  4. Wyciskaniem z nich soków
  5. Gotowaniem z nich kompotów
  6. Smażeniem z nich konfitur
  7. Pakowaniem ich do słoików.

A wszystko po to, by je rozdać po okolicy, bo przecież mam uczulenie na truskawki.

Sama nie wiem też, co gorsze – gość obojętny, czy gość wnikliwy. Abstrahując bowiem od rodzinnych konotacji, stwierdzamy przecież gości do rodziny podobnych. Jest zatem:

  1. Gość Lampa. Gość ów, stojący w kącie, odmawiający jedzenia i picia, niby nie wadzi. Nie stroi min, niczego nie komentuje,  pytań nie zadaje. A jednak JEST. I szarpie sumienie. Nie daje o sobie zapomnieć. Stoi jak lampa i tym swoim jestestwem po oczach świeci. I ani go usadzić, ani z nim pogadać. Ani się z nim napić, ani go wyrzucić (o tym będzie później). Ani pożartować ( z żartów się nie śmieje!), ani się posmucić. Pytacie, czego chce? On nic nie chce. On zaraz wychodzi. Ale nie wychodzi! Dla Gościa Lampy czas nie istnieje. Nie istnieje też wymiar. Żadnych fizycznych wartości on nie uznaje. Stoi i tyle. A wy się martwcie.
  2. Gość Laparoskop. Jaka jest różnica miedzy Gościem Lampą a Gościem Laparoskopem? Każdy zna ten typ, który wchodzi do domu, zagląda w każdy kąt i w każdy kąt wtrąca swoje pięć groszy. Po trzech sekundach wie już jaki masz rozstaw mieszkania, gdzie stoi toster i jakiej marki jest twój wibrator. Ty proponujesz pół litra, a on śrubuje cię pytaniami: ile watów zużywa ta pralka? kafle kładliście na cekol? kiedy odkurzałaś pod łóżkiem…? Chyba jednak wolę Lampę.
  3. Gość Generał. Tak, spośród tych straszliwych skrajności wyłania się gość, który natychmiast po zdobyciu twierdzy (waszego domu), przystępuje do manewrów. I tak organizuje wam czas od pierwszej minuty wizyty po wyjazd. Nieważne jakie macie plany, on ma lepsze. On żąda, by zobaczyć oddalony o sto dwadzieścia kilometrów zamek, do którego walą tłumy z całego świata, jest więc potworna kolejka, a bilet (ulgowy) kosztuje siedemdziesiąt pięć złotych. Pomijając, że zamek widzieliście już dwadzieścia pięć razy, a obecnie dwie kondygnacje są w remoncie – trzeba jechać.
  4. Gość Pasjonat. Jest to gość, który pojawia się w waszym domu z całym ekwipunkiem sportowym i ekipą znajomych z Facebooka, którzy również pojawiają z ekwipunkiem sportowym. Macie więc zawalony dom rowerami/deskami do surfingu (uroki mieszkania nad morzem)/ latawcami do kitesurfingu/wędkami/kaskami motocyklowymi/aparatami fotograficznymi/kamerami podwodnymi/zestawami do nurkowania i diabli wiedzą czym jeszcze. Pasjonaci zwykle taszczą ze sobą namioty, ale tylko po to, by rezygnować z poszukiwania pola namiotowego, wszak mają was. Warto dodać, że z racji sportowego trybu życia gość wraz z towarzystwem są wiecznie głodni i pałaszują wszystko, co się w domu rusza. Pozostałości po energetycznych batonikach znajdujecie w okolicach gwiazdkowych porządków w zagłębieniach sofy.
  5. Gość Impreza. Gość Impreza po trzech minutach od powitania puszcza Gary go Home Boney M, formuje pląsającego węża i tańczy z sąsiadami wokół domu. Po kwadransie ściąga wam na głowę straż miejską, która niestety, również dołącza do węża, radośnie paląc przy tym blanty. Co gorsza, wy sami tańczycie na własnym, kupionym za ciułane siedem lat pieniądze kryształowym stole, względnie bujacie się na żyrandolu à la Ludwik XVI, a szkło z rozbitej zastawy doprowadza was do spazmatycznego śmiechu. Tydzień później siedzicie na kozetce u psychoterapeuty.
  6. Gość Wiekuisty. Niby wszystko ok., niby było fajnie, waza niestłuczona, reputacja pod kontrolą, ale… kiedy on wyjedzie?! Od pierwszego dnia po wieczność jest to wielką tajemnicą, której zgłębić nie sposób, Gość Wiekuisty bowiem strzeże jej gorliwie i żadnym, najmniejszym znakiem nie zdradza. Mijają dni, mijają tygodnie, ale żadne chrząknięcia, żadne aluzje – no nic nie jest w stanie wydobyć z niego tej potężnej prawdy. Gość Wiekuisty zdaje się być od zawsze i, co gorsza, na zawsze.

A teraz najważniejsze. Nie można Gościa Wiekuistego wyrzucić. Żadnego gościa, moi kochani, nie wolno wyrzucić, choćby się nam wspinał po firankach. Wiem, co mówię. Wyrzucanie gości odbija się konsekwencjami gorszymi niż przebycie choroby Heinego Medina.

Ja osobiście kocham mieć gości. I kocham się gościć. Kocham wszystkie tych gości grzechy i kocham grzeszyć w gościach. Kocham te nasze polskie biesiady i za żadne skarby nie chciałabym mieszkać, przykładowo w Niemczech, gdzie gościa się podejmuje paluszkami z solą, wymownie patrząc na zegarek. Broń Boże! Wielki, uginający się pod wódką i bigosem stół powinien być naszym godłem zamiast tej kości niezgody, tego cholernego konfliktogennego orła. Wszak tu się kończą (i zaczynają) wszystkie waśnie! Wszak tu się rozgrywa historia! Wszak tu następują zmiany i tu właśnie podejmowane są decyzje! Nic nie zastąpi wspólnego śpiewania przy zero siedem. Nic nie zastąpi niekończących się niespodziewanych wizyt. Nic nie zastąpi przedłużających się w nieskończoność wpadnięć na chwilę po szklaneczkę cukru. Dlatego właśnie gość w dom – w naszej kulturze – to Bóg w dom. Choć, jak wszystko w naszej kulturze – Bóg wie, po co.

SONY DSC