Dziś rano zgwałcił mnie POSEŁ

Tak, przyznaję. Ubrałam się w kolorową spódniczkę, zbyt krótką, zbyt prowokacyjną. Kolana miałam odsłonięte. I uda też. Buty miałam na obcasach. Na wysokich obcasach. Na zbyt wysokich obcasach. W ogóle byłam zbyt…

Moja wina.

Doigrałam się, bo źle się zachowuję. Puszczam oczka do kolegów z pracy. Otwarcie mówię o seksie. Żartuję i macham rzęsami. Tak, i ta cholerna kokieteria…

Moja wina.

Jestem nieskromna. Niezbyt wstydliwa. Opalam się topless. Nie noszę swetrów do ziemi. Ani golfów pod szyję. Nie mam wełnianych spódnic. Nie jestem zasznurowana gorsetem. W dodatku zdarza się, że zakładam pończochy z koronką. I filuterną bieliznę. O ile w ogóle noszę bieliznę…

Moja wina.

Głośno się śmieję. Kiedy jem coś smacznego – mruczę i oblizuję palce. Zdarza się, że piję piwo w knajpie. Latem – w ogródkach piwnych. Tak, to jest na ulicy. Na ulicy miasta. Widzą mnie ludzie. Obserwują mężczyźni…

Moja wina.

Maluję paznokcie u stóp. Noszę na kostce łańcuszek. Tańczę boso w miejscach publicznych i śpiewam ruskie piosenki. Tak, bywam zalotna. Tak, bywam figlarna…

Moja wina.

Jeśli długo nie widzę faceta, którego lubię, witam go pocałunkiem w policzek. Czasem go obejmuję za szyję i mierzwię mu włosy. Lubię, gdy ładnie pachnie. Lubię patrzeć mu w oczy…

Moja wina.

Uśmiechałam się do przechodniów, do słońca, do piosenki w radio. Jestem wesoła i bezpośrednia. Przyjaźnię się z mężczyznami. Opowiadam im sprośne dowcipy. Tak, czasem skracam dystans…

Moja wina.

Dziś rano zgwałcił mnie POSEŁ . Zgwałcił mnie na oczach całego kraju. Zgwałcił mnie na wizji TVN24. Zgwałcił mnie każdym swoim słowem, każdym gestem i tym okrutnym, szaleńczym uśmiechem na koniec. Zgwałcił mnie POSEŁ, który ma wpływ na politykę w moim kraju. Zgwałcił mnie POSEŁ, który wulgarnie ocenia mnie po tym, czy mam majtki i biustonosz. Zgwałcił mnie POSEŁ, który ma takie prawo i taką ma sprawiedliwość. Zgwałcił mnie POSEŁ, który jest kobietą. Zgwałcił i nazwał mnie szmatą.

Moja bardzo wielka wina.

——————————————————————————————

pawlowicz

Cycki należą do facetów!

Dziewczyny, dajcie spokój. Żadne mutacje genów, żadne nowotwory, żadne zgony przed czterdziestką nie mają tu znaczenia. Zostawcie cycki facetom, oni wiedzą lepiej!

rk_04Po zapoznaniu się z wypowiedziami i publikacjami na temat decyzji amerykańskiej gwiazdy Angeliny Jolie, stwierdzam z pokorą, że cycki są własnością facetów. Wszystkie, nawet te nieodżałowane cycki amerykańskiej gwiazdy. Tak, one należą (między innymi) do Łukasza Warzechy i Tomasza Terlikowskiego. I do całej rzeszy męskich komentatorów. Tak, to oni mają pełne prawo do oceniania sytuacji związanej z nowotworem piersi. I jest zrozumiałe, że nie zgadzają się na mastektomię Angeliny. Według tych panów kobieta, u której stwierdzono defekt genu BRCA1, a co za tym idzie – niemal 90-procentowe zagrożenie rakiem piersi, i która zdecydowała o ochronie swojego życia kosztem cycków –  zasługuje na szyderczą krytykę. To co zrobiła jest, cytuję Łukasza Warzechę: „fanaberią znudzonej gwiazdki”. Podobną wypowiedź Bolesława Piechy, redaktor chwali za jego „grubą skórę”. Niestety (tu redaktor żałuje), tak naprawdę Bolesław Piecha „grubej skóry” nie ma, choć najpierw „doskonale wychwycił istotę działania aktorki”, to potem jednak, cholera, przeprosił. Całe szczęście, grubej skórze redaktora Warzechy nic nie grozi i to on będzie decydował, czy mastektomia to uzasadniona przez specjalistów od onkologii i genetyki profilaktyka śmiertelnej choroby, czy tylko histeria znudzonych bab.

Bo przecież blisko 90-procentowe ryzyko, jak napisał Terlikowski to „tylko statystyka”. Tak jak „tylko statystyką” jest umieralność na raka piersi. Rak piersi jest w Polsce przyczyną największej liczby zgonów wywołanych przez nowotwory złośliwe u kobiet. W Polsce na ten nowotwór choruje 10 tysięcy kobiet rocznie. Umiera 5 tysięcy. Ale spokojnie, to „tylko statystyka”. Jeśli masz zmutowany gen, umarła ci niemal cała żeńska część rodziny, to przecież  wciąż jest te nieco ponad dziesięć procent i będziesz sobie coś ewentualnie wycinać, gdy wreszcie zachorujesz. Nieważne, że STATYSTYCZNIE masz wtedy dużo mniej szans na przeżycie.

Redaktor Warzecha radzi, aby nie szukać autentyczności u amerykańskiej gwiazdy, ale… w najbliższym hospicjum. Zgadzam się, w hospicjum należy szukać aktów odwagi i heroizmu. Tylko co ma jedno z drugim wspólnego? Może sugestię, żeby nie usuwać 90-procentowego zagrożenia rakiem, ale od razu się tam położyć? Zostawmy zatem tę durną amerykańską modę na profilaktykę! Skupmy się na naszym starym, dobrym i szlachetnym polskim umieraniu!

I zostawmy cycki mężczyznom. Wszak w grę wchodzą te części ciała, które są niezbędnie potrzebne do:

  1. Zabawy
  2. Zapuszczania żurawia w dekolt
  3. Wodzenia wzrokiem
  4. Oglądania w Internecie
  5. Oceniania (małe, niemałe, duże, fajne, niefajne, sterczące, obwisłe, itp.)
  6. Smyrania mimochodem (lub wprost), tudzież podszczypywania
  7. Komentowania z kumplami przy piwie
  8. Wygwizdywania na placu budowy
  9. Pocieszania, gdy markotno
  10. Wykarmienia potomstwa (celowo zostawiłam ten punkt na koniec, bo tak naprawdę guzik to facetów obchodzi).

Dlatego, dziewczyny, na miłość boską! Po raz kolejny wbijcie sobie do głowy, że wasze ciało nie jest waszą własnością. Piersi, podobnie jak inne wasze organy, należą do mężczyzn, którzy doskonale wiedzą, co z nimi robić.

Bo przecież lepsza jest martwa baba z cyckami, niż zdrowa baba bez cycków.

Księżycowy Anioł

Człowiek myślał, że się czegoś w życiu nauczył. Guzik się nauczył. Bo czymże jest zwykła proza wobec poezji Patrycji Markowskiej?

trasa koncertowa Radia ESKA i Telewizyjnej Dwojki
M.N./FORUM

Byłam na koncercie Patrycji Markowskiej. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Właściwie chyba tego nie wytłumaczę. Po prostu znalazłam się w nieodpowiednim czasie w niewłaściwym miejscu. Rzecz w tym, że to był przypadek, jak zderzenie dwóch planet, meteorytów z dwóch odległych kosmosów. Przypadek przypadkiem, lecz – jak to z przypadkami bywa – wywrócił on do góry nogami porządek mojego świata i nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Nie, to nie tak jak Państwo myślą. Moja obecność nie została najprawdopodobniej w ogóle zauważona przez Patrycję Markowską. Ona, niczym wielka Melancholia trzasnęła w mój maleńki świat bez mrugnięcia okiem i pomknęła nienaruszona dalej. Ja z kolei, spokojnie do tej pory krążąca po swojej orbicie drobnica, zostałam starta na kosmiczny pył, na miał marności, którego brak znaczenia, siedząc w kącie, pijąc whisky i obserwując szalejący tłum, z trwogą zrozumiałam.

Słowa. Bo o tym rzecz. Słowa Patrycji Markowskiej, których nie pojmuję i nigdy nie pojmę. Tajemny kod wpisany w czerń kobiecej mutacji głosu Grzegorza Markowskiego, co jeszcze bardziej podnosi stopień niedostępności dla takiej osoby jak ja. Kobieta śpiewa głosem swojego ojca, a śpiewa tak:

Kiedy noc spłoszy dzień
Zmieni imię swe, już czas
Czas już iść, założy więc
Czerwieni słodki wdzięk, już czas

Zapach obietnicy ma

Piję już drugą whisky, jednak ni w ząb nie rozumiem. Na początku niby jakoś idzie. Noc spłoszy dzień. Proste. Proste? Cha. Cha. Tak się tylko wydaje! Bo kto tu kogo płoszy? Noc jest płoszona, czy dzień jest płoszony? Noc jest płoszona. Ale głowy nie dam. Bo czemu niby noc jest płoszona, skoro równie dobrze mógłby to być płoszony dzień? Że niby w czym noc jest lepsza?

Myślę, posłucham dalej i się rozjaśni. Ale dalej tylko mrok gęstnieje. Bo ni z gruszki ni z pietruszki wyskakuje mi jakieś imię! Imię jest, lecz nie pada. Imię tajemnica, imię kod. W dodatku to imię się zmieni. Jeszcze nie padło, a już inne. Co za karuzela! I ja, ja na niej, zagubiona, zdezorientowana, a niby (kurde jaki wstyd), a niby literatka. Zagubiona literatka na karuzeli dnia i nocy z kalejdoskopem tajemniczych, nieodgadnionych nigdy imion, fruwam.

Spokojnie. Czas już iśćCzas już iść, śpiewa Patrycja, a ja myślę, cholera, nic nie zrozumiałam, a już czas iść, ale dalej nagle: ktoś się ubiera. W coś czerwonego, jak mniemam. Ale kto się ubiera? Nie wiem, znów nie rozumiem. Imię się ubiera? Zmieniło się i wskakuje w kieckę? Nie, to noc. A może dzień? Dzień w czerwieni. To by było nawet niezłe. Dzień przegania nockę, zakłada kieckę i zmienia imię. I nagle: eureka! Przecież to logiczne. Wczoraj niedziela, dziś poniedziałek. W dodatku ten zapach obietnicy. No, kochani, co jak co, ale poniedziałek zawsze obfituje w niespodzianki. Jaki mądry tekst! Już się cieszę, już lecę po nową whisky, gdy nagle jak grom z nieba:

Zerwany nocą kwiat, już czas
Pod rzęsami skryła się
Winem zmywa grzech

Jak świat światem, język językiem, prosty mój mózg dniowi przypisywał do tej pory rodzaj męski. Nie wiem, może to faktycznie pomyłka. Może dzień jest kobietą? A może przedwczesna moja radość? Może to jednak noc przegnała dzień, noc się ubrała w kieckę i zmienia imię? A teraz zrywa kwiaty i skrywa pod rzęsami się (sama się skrywa?!), w dodatku winem coś pierze, jakiś grzech, jasna cholera…

Spytaj ją co czuje gdy,
Gdy nadejdzie trzeźwy świt
Spytaj ją czy o czymś śni.

A jednak. Rzecz się dzieje w nocy. I należy ją spytać, ona wszystko wyjaśni. Ja tam nie wiem, może Patrycja umie gadać z nocą, mi się nie zdarzyło, co tylko potwierdza moją ułomność, moją marność.  Szanowni Państwo, dalej jest tylko gorzej. Gorzej, oczywiście, dla mnie:

Ona kochać chce,
Bo po nocy nawet dla niej wstaje dzień
Ona kochać chce,
Księżycowy Anioł, krucha tak jak szept

Żadna whisky nie pomoże, gdy do akcji wkracza Księżycowy Anioł. Kruchy, notabene, jak szept. Swoją drogą, pojęcia nie miałam, że szept jest kruchy. Ciasto kruche, ok. Bombka. Kieliszek, szklanka, szklanka z whisky, kruche to wszystko, aż strach. Ale szept? W moim prymitywnym pojęciu szept mógł być niewyraźny. Albo przeciwnie: bardzo wyraźny. Dobrotliwy, lub złowieszczy. Jadowity, przenikliwy, ba, przeszywający! Mógł być też bełkotliwy. Odwrotnie: precyzyjny jak laser. Szept ulotny. Szept ledwie słyszalny. Mój Boże, szeptów jest nieskończoność, szeptów jest jak psów! Ale żaden z nich nigdy nie był kruchy.

A jednak.

Tajemnicy słodki smak
Nasyci wiele dusz i ciał
Kochać chce, lecz dobrze wie
Daleko stąd do gwiazd

Może i słodki jest smak tajemnicy, ale teraz już wiem, już rozumiem w całej rozciągłości, że im więcej między mną a Patrycją lat świetlnych, tym lepiej dla mnie. Są ludzie, którzy stronią od rzeczy, których nie pojmują. Ja do nich należę. Nie pojmuję tajemnicy słodyczy sycących dusze i ciała, zwłaszcza ciała. Tak czy owak, jedno jest jasne, aż nadto zrozumiałe: daleko mi do gwiazd. Zwłaszcza do takiej gwiazdy jak Patrycja Markowska. I już jestem w domu, już mi się zdaję, że pogodzona ze swoją marnością, rozumiem. Spokojnie więc dopijam whisky, gdy na koniec słyszę:

Księżycowy Anioł dobrze zna, dobrze zna swój grzech

Kiwam głową. Księżycowy Anioł dobrze zna swój grzech. Ziemski człowiek go nie zna. Ziemski człowiek błąka się we mgle, w kruchych szeptach słodkiej tajemnicy sycącej ciała i dusze, w czerwieni wdzięku nocy się błąka, a nic nie widzi, nic nie rozumie. I nie zrozumie, dopóki nie otrze się o gwiezdny pył, dopóki nie spotka Księżycowego Anioła, dopóki nie spotka Patrycji Markowskiej.

————————————————————————————–

Be_famous

Tekst opublikowany w najnowszym Be Magazine, Be Famous, maj 2013.

Wszyscy jesteśmy celebrytami

Jolka, nasza podwórkowa celebrytka zapytana czy ma majtki, odpowiedziała, że owszem ma. Ale nie nosi……

MODELKA PARIS HILTON
Paris Hilton, źródło: East News

Kiedy byłam mała, ojciec mówił mi, że ludzie dzielą się na dwie nierówne grupy. Jedna z nich to nieliczna grupa ludzi znanych, występujących na scenie życia, oglądanych, śledzonych, naśladowanych. Do tej grupy należą artyści, ludzie nietuzinkowi, utalentowani, wielcy. Druga grupa to cała reszta maluczkich, grzecznie siedzących na widowni i po cichu w duchu marzących, by może przez ciężki upór, nieodkryty dotąd talent i ciężką nad nim pracę – wejść kiedyś do świata pierwszej grupy.

I tak na czterdzieści milionów Polaków, w pierwszej grupie mieliśmy dajmy na to, setkę celebrytów i trzydzieści dziewięć milionów dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięciuset ludzi nikomu nieznanych.

Owszem, świat przepołowiony na scenę i widownię miał miejsce w życiu małych środowisk. W każdym z nich bowiem znalazła się osoba, która swoim zachowaniem, ubiorem, urodą, wybijała się ponad przeciętną. Ją więc się obserwowało, o niej się mówiło, jej zbyt krótką spódniczkę w żółto barwne słońca się obgadywało. I taka lokalna gwiazda musiała wystarczyć, gdy odcięto prąd, telewizję, gdy w prasie czarno białej nie było już nic poza starszym panem w ciemnych okularach.

U nas celebrytką była Jolka. Jolka podobno kiedyś zapytana o to, czy ma majtki, odpowiedziała, że owszem ma. Ale nie nosi. Od tamtej pory nie schodziła z pierwszych stron plotkarskiego forum na osiedlowym podwórku, co – jak się zdawało – Jolce wielce odpowiadało.  Ale Jolka była jedna. Jedna odważna i nietuzinkowa. Szokująca. Niepowtarzalna. I faktycznie, miała fajny tyłek.

Jakże się wszystko zmieniło! Ledwie minęło kilka lat, ledwie się nieco realia zacyfrowały, ledwie się nieco technologia posunęła, a tu proszę! Nikt nie nosi majtek!*

I oczywiście, wokół same sławy. Gdzie nie spojrzysz, gwiazda. Gdzie nie ruszysz, talent. Co tam talent! Geniusz! I wszyscy są na pierwszej stronie… swojej tablicy Facebooka.

Zdjęcia milionów celebrytów przewijają się codziennie przez niestrudzony Internet. Popularność i sława nie jest już efektem ciężkiej pracy i talentu. Popularność i sławę sami sobie stwarzamy. Nadmuchujemy tę bańkę mydlaną, zwaną profilem na Facebooku. I świetnie nam z tym. Wszyscy jesteśmy celebrytami. A celebryci nie czekają na swoich paparazzi. Oni ich wyręczają. Zdjęcie z dzieckiem? Bardzo proszę. Zdjęcie z kotem? Koniecznie. Zdjęcie w domu, w ogrodzie, w łazience, w łóżku, w wannie? Czemu nie? Wszak świat koniecznie chce nas zobaczyć. Każdy szaleje z ciekawości co tam u każdego. Stąd systematyczne doniesienia na Facebooku:

– Jem śniadanie. Dwa jajka na miękko z bułką paryską, kupioną w piekarni Rogalik, róg Puławskiej i Hożej, bo tam właśnie mieszkam.

– Myję furę. Najnowsze Audi.

– Dzieci mam dwoje, chłopiec i dziewczynka, a dziewczynka śliczności (zdjęcie). Codziennie ze szkoły, tak około siedemnastej, wraca sama przez las.

– Kupiliśmy psa! Sąsiadka ma hodowlę owczarków, ale chyba na lewo, bo bardzo tanio sprzedała.

– Zgubiłem parasol. W Wenecji, bo tam właśnie co rok jeździmy z całą rodzinką, druga połowa lipca, dom zostawiamy samopas i nie ma komu kwiatków podlewać.

Bardzo to wszystko ważne. A najważniejsze jest poczucie sławy, ta rozpierająca myśl, że wszyscy inni, a jest ich przecież niemało, jest ich co najmniej z pół tysiąca, a może i tysiąc, a może i znacznie więcej, bo dodajmy jeszcze ich znajomych (każdemu się przecież to może wyświetlić), więc wszyscy oni śledzą z wypiekami na twarzy nasze codzienne losy, losy naszych śniadań, losy naszego auta, psa i parasola.

Albo raczej to, co kupujemy i jakie nam można podsyłać reklamy. Albo też, gdzie mieszkamy, czym jeździmy, jak łatwo uprowadzić nam dziecko. Czy warto ograbić nasz dom. Przy okazji sprzedajemy ciekawe informacje na temat naszych sąsiadów.

Za czasów okupacji, ani to za Niemca, ani za Ruska, podpalaniem żywcem, najzmyślniejszymi torturami nikt, absolutnie nikt nie zdołał wyciągnąć tylu informacji, co nasz dobry kumpel Zuckerberg. Zupełnie świadomie i z wielką ochotą prężymy się przed kamerą Wielkiego Brata, nie myśląc o konsekwencjach odzierania się z prywatności.  Prywatność stała się dziś walutą wymienialną na najwyżej notowaną na giełdzie światowej wartość.

Wartość „lajka”.

————————————————————————————-

* a nie wszyscy mają fajny tyłek, patrz zdjęcie powyżej.

————————————————————————————–

Be_famous

Tekst opublikowany w najnowszym Be Magazine, Be Famous, maj 2013.

Kobieta, która nienawidzi

Jesteś kobietą? Pamiętaj, najgorszym twoim wrogiem jest druga kobieta

Jak już wspominałam, prowadziłam kiedyś własną działalność, a ściśle agencję reklamową. Opisywałam już, jak to na wpół zamarznięta siedziałam przed sklejonym taśmą monitorem, a moje zredukowane do kredytu z urzędu pracy konto ograbił Facet od Ryb. No cóż, trudno, życie to nie bajka, nie było co się załamywać. Trzeba było wziąć się w garść, wyprowadzić na prostą, telewizor kupić, dom zbudować, w ogóle się w tej rzeczywistości odnaleźć. Ale ja w gruncie rzeczy nie o tym. Chciałam napisać, jak to się któregoś dnia napatoczyłam na pierwszą w swym życiu kobietę, która nienawidzi.

Ale po kolei.

Nie bez przyczyny zaczęłam opowieść od agencji reklamowej. Gdy się bowiem już dźwignęłam z rybnego impasu (a było się z czego dźwigać – sprawa miała swoją odsłonę w sądzie, sprawę nawet wygrałam, co nic jednak nie znaczy, bo pieniędzy od człowieka z różańcem w BMW nigdy nie odzyskałam), gdy wyprowadziłam się z lodowatego baraczku do poważnego biurowca, otrzymałam lukratywne zlecenie z poważnej firmy międzynarodowej na druk ulotek i zaczęłam współpracować z pewną drukarnią.

Drukarnia miała same zalety. Była blisko, miała świetne ceny i przyzwoitą jakość. Personel i szef drukarni – wspaniali ludzie. Uczynni, pomocni, do rany przyłóż. Żadnego zawalania terminów. Elastyczność. Zaradność. Dyżur choćby i w święta.

Jedna była zadra w tym wszystkim. Niepojęta dla mnie do dziś, do dziś niewyjaśniona. A tak bolesna, tak znacząca, że wszystkie powyżej opisane zalety drukarni razem wzięte, niestety, nie zdołały jej zabliźnić i musiałam zmienić kontrahenta.

Tą zadrą była żona drukarza.

Żona drukarza od pierwszej chwili mnie znienawidziła. Od progu, gdy tylko się pojawiałam, czuć było w powietrzu ołów. Jej chłód, jej docinki, jej niepohamowana niechęć do mnie odbierały mi coraz konsekwentniej ochotę na współpracę. Pojawiała się w drukarni często, czasem z małą córeczką, którą jakby mi machała przed nosem, zwłaszcza jak rozmawiałam z drukarzem. A gdy on próbował tę ciężką atmosferę rozrzedzić,  żona ją jeszcze okrutniejszą kąśliwością zagęszczała. Im bardziej ten niemłody przecież i poczciwy człowiek był dla mnie miły, tym bardziej zacięta stawała się twarz drukarzowej. Tym kategoryczniej jej usta zsuwały się w dziób. Tym straszliwsze wysuwała szpony.

Pojąwszy, że moja obecność nie jest tam wskazana, w celu załatwienia spraw zaczęłam wysyłać pracownika. Przystojny to był szalenie chłopiec, z urody do złudzenia przypominający Georga Clooney’a z czasów jego absolutnej świetności, czyli zawsze. Do tego miły był nieprzyzwoicie i ujmujący nie tylko starsze żony drukarzy. Sami Państwo widzą, były szanse ocieplenia stosunków między drukarnią a moją firmą. I faktycznie, nastał spokój. Nastał błogi czas niczym niezmąconej współpracy. Tak się działo przez kilka pięknych miesięcy. Aż do tego straszliwego dnia, gdy mój „George Clooney” poszedł na urlop, a nieszczęsny drukarz, gnany nieubłaganym terminem, nieopatrznie osobiście (i to sam!) przywiózł ulotki do mojego biura. Tak, kochani. Pracownik na urlopie, nikogo prócz mnie w biurze, i, bach, stary drukarz. Historia sama się pisze.

O niedoczekany końcu świata! Święta apokalipso! Czemuś się wtedy nie stała!

Nie będę rozwijać wątku, bo drżę na samo wspomnienie. Drukarnię zmieniłam, myśl straszną wyparłam, ale kobiety, które nienawidzą – niestety, nie zniknęły.

Są też takie, które nienawidzą inaczej, niż żona drukarza. Są takie, co nienawidzą skrycie. Czasem bardziej udany uśmiech, a czasem zbyt wymuszony, zawsze zdradza jednak z trudem hamowane pragnienie zadania ciosu. Ledwie się odwrócisz, a za rogiem usłyszysz o sobie wszystko, co najgorsze. Żeś leniwa, żeś głupia, że puszczasz się na wyjazdach. Że czego nie dotkniesz, to spieprzysz, a twoje teksty są słabe. Pisać nie umiesz. W ogóle nic nie umiesz. Psim swędem ci wszystko wychodzi. I „kurwa mać” powiedziałaś, a tak się nie mówi.

Nienawiść kobiety jest nieuleczalna, nigdy nie mija. Myślisz, że to już skończone? Że odeszłaś, a ona cię już zapomniała? Mylisz się. Możesz zmienić drukarnię, mieszkanie, pracę. Możesz wyjechać z miasta. Z kraju! Ona cię dopadnie. Ona cię wytropi. Ona już coś na ciebie znalazła. Ona dobrze wie, co ty tam wyprawiasz. Ba! Ona ma teczkę w szufladzie. Ona ją wyciągnie, gdy tylko przyjdzie czas.

Kobieta, która cię nienawidzi, ma na twój temat mnóstwo historii. Wiele spraw już wyjaśniła, na wiele pytań odpowiedziała. Pamiętaj, ona twoje życie zna dużo lepiej od ciebie. Ona twoje życie poniekąd tworzy. Ona je tka za twoimi plecami, by w nie kiedyś wbić zatrute wrzeciono i uśpić cię na wieki. Pamiętasz tę bajkę? Tak, jeśli jesteś kobietą, nie miej złudzeń. Najgorszym twoim wrogiem jest druga kobieta.

Nigdy nie spotkałam faceta, który nienawidzi. Nie wiem nawet jak to jest. Wyobrażam sobie, kombinuję z literatury, wyciągam z pamięci jakichś papierowych, niegroźnych, a śmiesznych chłystków, co mi na drodze kiedyś stanęli, co się czasem z czymś wygłupili, a potem za to przepraszali. Owszem, zdarzali się nieuczciwi (Facet od Ryb), niepoważni, nieodpowiedzialni. Bywali też zachłyśnięci sobą, nieznośni, gadatliwi. Durnowaci. Pijani. Zbyt pijani. Chamscy. Skąpi. Nudni. Nieatrakcyjni…

Ale nigdy nie spotkałam mężczyzny, który by nienawidził.

Może właśnie dlatego „nienawiść” to rodzaj żeński?

Poniedziałkowy postulat, czyli weekend niech cię diabli!

Po długim weekendzie człowiek powinien być wysyłany na przymusowy urlop. Co najmniej tygodniowy. Nie ma nic bardziej wyniszczającego jak kaskada dni wolnych od pracy. W dodatku dni majowych, słonecznych. Czerwone twarze poniedziałkowe straszą od rana zmęczeniem, niechęcią do życia i ogólną na ten świat niezgodą.

Z racji szerokości geograficznej tutejszy człowiek widzi słońce średnio dwa razy w miesiącu. Trudno się więc dziwić, gdy owe dwa razy w miesiącu przypadną w długi weekend, ludzie w panice wylegają tłumnie na tarasy, trawniki, balkony, dachy, by białe jak styczniowy śnieg ciała wystawić na działanie promieni UV. Naturalnie, bez żadnych kremów! Kto widział frajera, co sobie zaprząta głowę kremem?! Z filtrem nie daj Boże! Nie ma czasu na filtry! Na filtry to sobie Brazylijczyk może pozwolić, nie Polak. Polak ma dwa dni cudem w majowy weekend darowane i nie będzie trwonił solaro godzin!

Koszty wiadome. Trzy opakowania Alantanu, zważona maślanka i zdarta z nosa skóra.

Inna rzecz, że wraz z majowym słońcem następują błyskawiczne postanowienia odchudzenia sylwetki. Niby coś tam kiedyś słyszeliśmy o przemianach cukru w tłuszcz, ale kto by pomyślał, że te kilkanaście czekoladek zjedzonych w niekończące się zimowe wieczory może zamienić się w kolejną parę piersi? W drugą, a zupełnie niepotrzebną brodę? W przedziwnie niedopasowaną do zeszłorocznego bikini oponę?

I tak, po długim weekendzie człowiek nie dość że spalony jak kurczak z grilla, to sparaliżowany zakwasami po brawurowej serii nagłych treningów kuli się pod biurkiem, a jego mięśnie toczy kwas mlekowy.

Jakby tego wszystkiego było mało, długi weekend, nie wiedzieć czemu, charakteryzuje się ofensywą gości. Od pierwszego do trzeciego maja plus wszelkie okoliczne soboty – na mur beton mamy opętańczy najazd. A wszyscy wiemy powszechnie – gość w dom, Bóg wie po co. Gość w dom – jazgotliwe wieczory i jeszcze gorsze poranki. Gość w dom – echo w lodówce. Gość w dom – wypity alkohol nawet z syropu od kaszlu.

Podsumowując – taki długi weekend to same straty. Aby się więc człowiek dźwignął, z ran wylizał, z szoku otrząsnął, powinien porządnie przed pracą odpocząć. Dlatego postuluję o tydzień urlopu po długim, a właściwie, nie bądźmy drobiazgowi – po każdym weekendzie.