Życie po życiu

Wczoraj zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu przeczytałam: Stanisław. Nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to, że Stanisław nie żyje

Dawid popełnił samobójstwo dwa lata temu. To był koniec maja, pamiętam, było ciepło, kupiłam wiosenny płaszcz. Zaraz po tym telefonie z Warszawy gdzieś mi się ten płaszcz zapodział. Wszystko się nagle zmieniło, słońce gdzieś wraz z płaszczem przepadło, kwiaty zwiędły, a wiersze na pogniecionych serwetkach spłonęły w popielniczce.

Ale został Facebook. Tak, Dawid wciąż żyje na Facebooku, tak jak żyje tysiące innych młodych samobójców, ofiar przemocy, ofiar chorób i innych nieszczęśliwych wypadków. Facebook jakby kpił z ich śmierci – defiluje w najlepsze z transparentami ich twarzy. Portal społecznościowy nie uznaje zgonów. Tam śmierci nie ma. Tam się żyje życiem nieskończonym. Tam są wciąż aktualne zdjęcia nieboszczyka, jego kotów, psów, paczki fajek, flaszki na wpół wypitej, rozczochranej czupryny, wywalonego języka. Ktoś bliski, w trosce o szacunek zmarłego, wysyła pisma, prośby, akty zgonu – na nic.

Stamtąd nie ma ucieczki. Choćby w śmierć.

Kiedy człowiek umiera, wszystko się kończy. Kończy się nieodwracalnie możliwość kontaktu, kończą się odwiedziny, spotkania na peronie, bukieciki konwalii. Nie ma już baklawy z Dworca Centralnego, nie ma czarnego płaszcza w majowy dzień. Ale jest za to drugie, nieśmiertelne życie.  Życie po życiu. W sieci.

Konia z rzędem, komu się udało za życia wypisać z Facebooka. Wieczny odpoczynek temu, kto się wypisze z niego po śmierci.

Myślałam niedawno, co bym zrobiła, gdyby się kiedyś odezwał do mnie profil Dawida. Myślałam, że to niemożliwe. Świat wirtualny jest szalony, ale są granice. A jednak. Nie ma.

Wczoraj zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu przeczytałam: Stanisław. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie to, że Stanisław od dawna nie żyje.

Jest taka scena w powieści Remarque’a, gdy młody żołnierz umiera, a kolega bije się z myślami, czy może wziąć jego buty. Czy to wypada. Czy to moralne. I choć sprawa jest dość oczywista, buty się zmarłemu nie przydadzą, a tu wojna, błoto, ziąb – kolega ma wciąż dylemat.

Dziś nie ma wojny. Ale numer komórki, czy konto na komunikatorze, choć nic nie kosztuje, a przynajmniej kosztuje niewiele – jest w ciągłym obiegu jak buty młodego żołnierza. I jak życie w Internecie.

List, którego już nie ma

Nawet jeśli pisałeś słowa z pozoru błahe, a emocje tobą telepały – nic się nie ukryło. Rozdygotana ręka zawsze zdradziła prawdę

Teraz, kiedy milczeniem przegoniłam nawet psa z kulawą nogą, mogę pisać bez obaw, że ktoś to przeczyta. Właściwie to czemu miałabym mieć obawy? Jakiekolwiek konsekwencje z pisania w sieci – w świecie rzeczywistym nie istnieją. Co więcej, świat rzeczywisty również przestał istnieć. A przynajmniej przestał kogokolwiek obchodzić.

Kiedyś, dawno temu, gdy ktoś coś ode mnie chciał… nie mógł do mnie zadzwonić. Nie miałam telefonu. Nie było też komórek. Nie było Internetu. Musiał przyjść. Tak, drodzy Państwo. Były takie sposoby komunikacji. Ludzie zakładali kurtki, buty, wychodzili na zewnątrz, łapali pekaes, albo szli na piechotę, potem wspinali się po schodach na trzecie piętro, dzwonili dzwonkiem do drzwi. Jeśli mnie nie zastali, szli do miasta i faktycznie, gdzieś tam mnie wreszcie spotykali.

Jeśli jednak uporczywie się ukrywałam, mieszkałam zbyt daleko, albo gdy potencjalnego gościa zdjęła grypa, zaatakował paraliż nerwu siódmego tudzież wirus półpaśca – zawsze jeszcze była Poczta Polska. Instytucja ta kiedyś służyła kontaktom międzyludzkim o wiele bardziej serdecznym niż dziś. Nie przychodziły wówczas listy wyłącznie od Ikei, od urzędu skarbowego czy z banku.

Przychodziły listy od przyjaciół.

Listy od przyjaciół, prócz szalenie ciekawej treści, której emocji nadawały kształty liter, ich pochyłość, rozdygotanie, grubość kresek wykrzykników, wtopione w papier kropki zdradzające zamyślenie, czy podkreślenia oznaczające stanowczość – miały mnóstwo niebagatelnych cech, wnoszących do korespondencji dodatkowe wartości.

Tak więc koperta. Koperta mogła być szara, biała, kolorowa, duża, mała, albo – co się zdarzało dość często – robiona własnoręcznie. Każda z wymienionych kopert miała znaczenie. Jeśli była szara, znać było, że nadawcy się nie przelewa. Biała dawała nadzieję, że idzie ku lepszemu. Kolorowa koperta to już zupełne szaleństwo, koperta self-made zaś oznaczała, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym. Znaczek. Znaczek odklejany nad parą trafiał często do klasera, ale bynajmniej na tym nie kończył kariery. Z klasera często wędrował w obieg, a historia związana z listem dodawała mu splendoru. Jeśli bowiem znaczek pochodził z korespondencji zagranicznej, to moi Państwo, nie było jaj. Nie było to, tamto. Znaczek zagraniczny miał potężny potencjał. Znaczek zagraniczny, to była międzynarodowa, ba! międzygalaktyczna opowieść.

Załóżmy, że dostaliśmy list z RFN. List wprawdzie przysłała ciotka Gudrun, ale nic nie stało na przeszkodzie, by ciotka Gudrun, po odklejeniu znaczka od koperty, przeistoczyła się w fan-club Neny, autorki niezapomnianego przeboju „Neunundneunzig Luftballons”.

Zapach. Listy, moi drodzy, miały zapach. Jeśli pochodziły od kobiety, zapach jej perfum pokonywał setki kilometrów, by przypomnieć te zbyt prędko uciekające chwile z nią spędzone, by przypomnieć jej kolor oczu, jej tembr głosu, by wreszcie się nim zachłysnąć, przymknąć oczy i zanurzyć we wspomnieniach pomieszanych z obietnicą zakodowaną w nieodczytanych jeszcze słowach.

Jeśli zaś pochodziły od mężczyzny, to nic nie powiem, bo weźmiecie mnie za świruskę.

Pochylone niczym trzcina litery, falujące od uczuć, od nagłych zmian nastroju – ileż było w nich znaczeń! Nawet jeśli pisałeś słowa z pozoru błahe, a emocje tobą telepały – nic się nie ukryło. Rozdygotana ręka zawsze zdradziła prawdę.

Listy miały po kilka stron, czasem kilkanaście. Gdy się już nadawało pocztę, szkoda było nie napisać więcej. Nikt nie marnował znaczka, koperty, spaceru, czasu związanego z całą tą operacją listową, by napisać: „elo, co tam?” Listy miały charakter. Każdy list to był inny charakter, tak jak każdy człowiek to inna historia. Charakter tkwił w piśmie, w sposobie tytułowania listu, w jego początku, rozwinięciu i końcu. W podpisie. W komicznych rysunkach, dymkach, szlaczkach, kolorach. W powściągliwej kresce, w temperamentnym zawijasie. W każdym akapicie, i w jego braku.

List to był oddzielny byt, to było wspomnienie, to był zwiastun, to była obietnica.

No i ta bliskość, którą się czuło, czytając. Bliskość, której nie zastąpi żaden mail, żaden Facebook, żaden czat. Coś, co się czuło na skórze i w nozdrzach. Coś na końcu języka. Tak, pamiętam fragment listu, jednego z tych najbardziej wzruszających, z pozoru banalnych, a sprawiających, że mimo stu sześćdziesięciu kilometrów odległości udało mi się zjeść z moim przyjacielem wspólną kolację:

„Wybacz mi tę plamę. Piszę do ciebie i gryzę kawałek  polędwicy. Podwędzanej na surowo, którą tak bardzo lubisz. Nie wiem, jak mam się nią podzielić, ale właśnie mi spadła na papier. Może niech ta plama będzie namiastką poczęstunku?”

Facet doskonały

Facet dokonały powinien mówić komplementy. Tylko niech nie przesadza, a właściwie niech w ogóle się nie odzywa

Facet doskonały jest przystojny. Ale nie za bardzo, żeby się inne nie oglądały. Starannie ogolony. Z dwudniowym zarostem. Kolejna sprawa: oczy. To ważne. Oczy muszą być jasne, przejrzyste, uczciwe, najlepiej czarne. Włosy? Długie gęste kręcone, dokładnie przystrzyżone. Blond o zdecydowanej kasztanowej barwie, z lekką łysiną.

Niezbyt wysoki, dwa metry. Szczupły, wysportowany, z brzuchem. Totalny luzak w garniturze. Wydepilowany niczym małpa. W łóżku delikatny jak bestia. Wrażliwiec, poeta, umięśniony jak Schwarzenegger.

Szarmancki. Nieznajomy w podróży  powinien taszczyć bagaże. Ale niezbyt ochoczo, bo wyjdzie, że złodziej. Powinien się serdecznie uśmiechać, półgębkiem, najlepiej wcale. Sprawiać wrażenie miłego, stonowanego, odpowiedzialnego wariata.

Świetnie, gdyby był lekarzem. Artystą. Księgowym. Kierowcą rajdowym. Żeby miał psa. To znaczy kota. Świnkę morską. Rybki. Żadnych zwierząt!

Co jeszcze? Musi być inteligentny. Tylko żeby się nie mądrzył! Miły. Ale nie jakiś milutki. Dowcipny, ale nie wesołek. Taki trochę zadziorny, zawadiacki. Hm, typ spod ciemnej gwiazdy… Ale z kryształową przeszłością! Chodzi o to, żeby nas po rękach całował, w drzwiach przepuszczał i rachunki płacił. I nie puszył się tym męskim szowinizmem, z cmokaniem w dłoń nie wyskakiwał. I niech pamięta, że jesteśmy niezależne, w końcu stać nas na zapłacenie rachunku! O, żeby mówił komplementy. Tylko, niech nie przesadza. Właściwie, lepiej niech się w ogóle nie odzywa.

Ma być wierny. I zazdrosny jak talib. Niech się jednak nie wtrąca w nasze sprawy, bo i tak ich nie zrozumie. Choć, oczywiście, jest cudownie wyrozumiały.

Podsumowując, Facet idealny to piekielny macho, sto procent mężczyzny, chodzący testosteron. Świetnie gotuje, robi zakupy, zajmuje się dziećmi. Ba! On karmi je piersią.

——————————————————————————-

be_manTekst – jak inne moje teksty znajdziecie w BEMAGAZINE

Być kobietą. Bogatą

Jak na kobietę bogatą przystało, obudziłam się dziś z poczuciem umiarkowanego szczęścia i spojrzałam na świat z góry

sylwia_kubrynska_

Wpis ten jest o czymś tak niepojętym, że zachodzę w głowę, kto go właściwie napisał. Trudno bowiem uwierzyć, że ja jestem w stanie pisać o czymś tak egzotycznym. Tak niespotykanym. Tak odległym, że w tym porównaniu Kepler-22b zdaje się plątać pod nogami. Szanowni Państwo, ten wpis jest o pieniądzach. Wiem, szok.

Szok, nie szok, czuję się zobowiązana publikować. Skoro tyle razy wspominałam, że mi się nie przelewa, że kupuję w Biedronce, że świeczkami z Lidla dom oświetlam, że mi prąd, telefon, gaz odcięli – muszę wyznać prawdę. Tak, drodzy moi. To wszystko przeszłość. To wszystko już za mną.

Jestem bogata.

Tu pragnę podkreślić, że mamy ogólnie kryzys, mamy czarcią zapadkę, epidemię zwolnień grupowych, pikowanie wykresów, bessę, płacz i zgrzytanie zębów. I trzeba też wiedzieć, że bycie bogatą w takich warunkach, to dopiero jest frajda. Ale po kolei.

Ewka zaprosiła mnie na mrożonego Smirnoffa. Mrożonego Smirnoffa z zasady się nie odmawia, na temat mrożonego Smirnoffa w ogóle się nie polemizuje. Inna rzecz, mrożony Smirnoff po ulicy nie chodzi. Cóż się zatem dziwić, skorzystałam z zaproszenia. Będąc już u Ewki, siedząc przy owym mrożonym Smirnoffie, gryząc ogórka kiszonego, nagle ujrzałam leżącą na parapecie grę planszową o znamiennej nazwie MONOPOLY.

Nie żebym jakoś specjalnie marzyła o spędzeniu wieczoru na transakcjach nieruchomościami, dotknęłam jedynie pudełka, bo lubię dotykać takich rzeczy jak pudełka, zwłaszcza pudełka nowe. Lubię je także wąchać, zapachem przypominają bowiem książki, więc dotknęłam, powąchałam i w tej samej sekundzie usłyszałam:

– Dawaj, gramy!

To zagraliśmy. A było nas pięcioro. Dwóch facetów (zarządzanie, architektura), Ewka (księgowość), ja (wiadomo, a raczej: nie wiadomo co) i Smirnoff. Smirnoff sprawę, że się tak brzydko wyrażę, olał. A raczej oblał.

Nie wierzyłam w sukces. Wręcz odwrotnie – z początku widziałam siebie na tarczy, kolebiącą się w hańbie ekonomicznej porażki z przyklejoną od zawsze łatką: looser. Grać zatem wcale nie chciałam. Nie rwałam się. Powiem więcej, ja się wręcz ociągałam!

Bogactwo jest jednak jak przeznaczenie, jak ślepy los, jak grom z jasnego nieba. Przed bogactwem nie uciekniesz. Nie miałam więc wyjścia. Puściłam współgraczy z torbami w mrok hipoteki, zgarnęłam wszystkie ich dobra, a  horrendalnym czynszem wycisnęłam ostatnie soki z ich niknących kont.

Jak na kobietę niewyobrażalnie bogatą przystało, wstałam nazajutrz z poczuciem umiarkowanego szczęścia i spojrzałam na świat z góry. Ani w lodówce, ani w szafie nie dostrzegłam nic dość wykwintnego, postanowiłam więc udać się do sklepu. Po przerzuceniu kilku reklamowych gazetek, wybrałam oczywiście najdroższe centrum handlowe w okolicy.

Najpierw wstąpiłam do sklepu z bielizną. Obejrzałam cudowne dessous w cenie 1299, 99 złotych. Cena wydała mi się doskonale adekwatna do jakości artykułu, więc oglądałam naprawdę z satysfakcją. Potem poszłam do salonu z kosmetykami, gdzie obejrzałam różne cuda, między innymi Trójfazowy Rekonstruktor Gładkiej Skóry i Inicjator Modelowania Sylwetki oraz Plastyczną Maskę oryginalnej francuskiej firmy, wszystko w zestawie za jedyne 1499, 99. Warte obejrzenia były także perfumy w cenie 789,99 złotych, tym bardziej że do flakonika producent dorzucił breloczek. Wszystko to skrupulatnie oglądałam. Pytania ekspedientek poruszonych moją skupioną acz dumną fizys, gasiłam dystyngowanym:

– Dziękuję.

Wychodząc ze świata piękna, poczułam się doskonale zadbana i udałam się po wiktuały. Bym, oprócz tego że bogatą, okazała się również modną – bardzo dokładnie obejrzałam półkę z produktami do sushi. Zajrzałam też na dział „Eko”, gdzie prześledziłam ofertę najdroższych pod słońcem piekarni, masarni, farm i pasiek. Spojrzałam ciekawie na szynkę parmeńską, długo obserwowałam francuskie pasztety. Sporą chwilę zajęło mi też oglądanie solankowego sera z suszonymi pomidorami za 69, 99 złotych kilogram. Ba!, dziabnęłam nawet odrobinę z tacki rozpromienionej hostessy.

Wyjeżdżając z centrum handlowego czułam się bardzo spokojna i usatysfakcjonowana. Ten rodzaj spokoju i satysfakcji mają tylko ludzie niezwykle bogaci, tacy właśnie bogaci jak ja – bogactwem, który jest stanem nie tyle fizycznym, co stanem świadomości.

Po drodze do domu miałam bardzo krótki epizod w pewnym żółtym markecie o jakiejś dziwnej entomologicznej nazwie, nie pamiętam jakiej. Ten epizod był tak krótki, że na śmierć go zapomniałam, ale przecież jestem tak strasznie bogata, że nie poświęcam uwagi błahostkom.