W poszukiwaniu idealnego faceta

Gotuje obiady, wynosi śmieci, wyprowadza psa i śpi na jego miejscu. To Cichy I Pomocny Adorator. W skrócie C.I.P.A.

123

Zbliża się …dziestka (w drastycznych przypadkach: …. siątka), a my ciągle szukamy idealnego faceta. Zastanówmy się zatem, przeanalizujmy dokładnie, co tam w matrymonialnym zanadrzu się kolebie i w czym właściwie pozostało nam wybierać?

Weźmy dostępne na rynku typy mężczyzn:

Maczo. Zabójczy brunet, którego znamy ze studiów i przez lata wzdychamy do jego wspomnienia. Spotkany przypadkowo na zakupach w Biedronce, przy parówkach z kurcząt nieporadnie grzebie przerzedzone włosy. W zapuchniętych jego oczach szukamy odpowiedzi, co nas w nim kiedyś tak fascynowało i po jaką cholerę wystawałyśmy godzinami pod jego wydziałem? Ze smutkiem żegnamy młodzieńczą miłość, konkludując jednocześnie, że my, choć po kilku ciążach, mamy znacznie bardziej płaski brzuch, niż on.

Amator siłowni. Prężny jak Atlas, na pierwszy rzut oka, ciacho. Nie zna jednak Vermeera, a Almodovar kojarzy mu się z tropikalnym owocem. Po wypowiedzianych trzech drewnianych zdaniach, w pięć minut nam brzydnie. Bicepsy jakimś cudem opadają, nie mówiąc o innych członkach. Dajemy nogę, nie chcąc już wcale sprawdzać, jak tam u niego ze sprawnością.

Kolega. Coś potwornego. Rozkochuje nas w sobie, czarując opowieściami o niszowych filmach i flamandzkim malarstwie. Przepadamy na amen, a on podsyła nam zdjęcia fatałaszków z pytaniem o opinię. Gdy już piejemy z radości w przekonaniu że nas romans kwitnie, on kupuje fatałaszki żonie i dobija nas historią ich miłości. Podkreśla przy tym, jak bardzo się cieszy, że ma z kim o tym pogadać. Jakby nie patrzeć, sytuacja patowa.

Artysta. Z marmurową miną, w dekadenckim lokalu, patrzy godzinami w naszym kierunku, a w zapadłym wzroku czytamy obietnice piekła. Po siedmiu absyntach podchodzi do nas chwiejnie i zblazowanym głosem proponuje „wypad z tej beznadziejnej nory”. Oczywiście zgadzamy się na wszystko, cudem uchodząc z życiem po nocnej eskapadzie na balustradzie wiaduktu. Nazajutrz, sponiewierane, bez skutku czekamy na telefon, na mail, na cokolwiek, a w „beznadziejnej norze” znajdujemy wczorajszą namiętność w ramionach rudej blerwy.

Cycuś – Glancuś. Na randkę przyjeżdża nowiutkim mercedesem, robi wrażenie na koleżankach. Nam się roi, że będzie super. Ale nie jest. Facet najpierw wszczyna aferę w restauracji, bo na szklance od wina jest paproch. Potem znika w łazience i przez godzinę poprawia krawat. Gdy wreszcie lądujemy na jego nieskazitelnej kanapie, ten nagle się zrywa i biegnie do garażu pucować samochód. Masakra.

Cichy I Pomocny Adorator, w skrócie C.I.P.A. Gotuje obiady, wynosi śmieci, wyprowadza psa i śpi na jego miejscu. Wiecznie przepraszający, do obrzydzenia usłużny typ, którego gruczoły zapomniały o wytwarzaniu testosteronu. Świat nie ma pojęcia, jak brzmi jego głos, bo wciąż jest w stanie jęku. My z kolei nie wiemy, jak mamy na imię, bo słyszymy tylko jego przesadne zdrobnienia. W sumie nie ma się co dziwić, że do łóżka wolimy zabrać wspomnianego psa…

Młodzieniaszek. Trafia się nam wreszcie przystojniak. Wieczny student zachowany jak mumia, chłopiec z plecakiem po czterdziestce, który swój dowcip szlifuje na internetowych forach i chodzi w koszulkach  Star Wars. Zabiera nas do pub-u, bez przerwy gada o grach komputerowych, wreszcie znika z hostessą, nie płacąc rachunku.

Mądrala. Najpierw mu ulegamy, bo nam się zdaje, że trafiłyśmy profesjonalistę. Na wszystkim się zna i wszystko lepiej wie. Otoczenie przy nim blednie, niestety, w jego pojęciu. Gdy więc wysiada telewizor, rozkręca go na śrubki i zostawia na środku salonu, by potajemnie dzwonić po majstra. Majster się zjawia, wymienia baterie w pilocie, a nasz Mądrala peroruje, że lepsze są alkaliczne. Zwykle niewysoki, z nadwagą, dźwiga brzuszysko, ciągnie kapcie, garbi się i nie goli. Parska jednak na widok trzech siwych włosów Tomasza Kamela, a każdy zadbany facet, to według niego „pedał”.  Ulubiony temat: polityka. Wystarczy?

Plotkarz. Cecha charakterystyczna – gaduła. O ile jest inteligentny, początkowo sprawy mają się nieźle. Bawi nas rozmową, dowcipkuje, sypie anegdotami. Jest fajnie. Wypijamy więc kilka wódek, świetnie się bawimy, w końcu – raz kozie! – ulegamy tej paplaninie i przeżywamy całkiem zabawny wieczór. Rankiem pół miasta rozprawia o naszych pończochach.

Facet Idealny. Spotykamy go wreszcie. Mądry, przystojny. Roztacza czar, morduje urodą, przynosi kwiaty, sypie dowcipami. Komplementy nie cichną w jego namiętnych ustach. Latamy z nim w kosmiczne przestworza, aż wreszcie przychodzi ten straszny wieczór, gdy z zagubioną miną wyznaje, że nic z tego nie będzie. Bo w ogóle go nie obchodzą kobiety…

———————————————————————————–

562674_396620330362267_350319691658998_1409651_1216646367_nNapisałam ten tekst na zamówienie BE MAGAZINE. Zanim jednak wysłałam do redakcji, pokazałam go Wołoskiej. Bez namysłu stwierdziła, że… (tu daruję czytelnikom oryginalny cytat)…do sześćdziesiątki mam zagwarantowany celibat.

Spider woman

Chcę być pająkiem. Pająk nie nosi wysokich obcasów. Z odwiecznym dylematem: rajstopy czy pończochy też ma spokój. Widział kto pająka w pończochach?

Oświadczam stanowczo, że nie biorę odpowiedzialności za teksty, które ukazują się na Najlepszym Blogu na Świecie*. Proszę mi więc nie wyjeżdżać z jakimś napominaniem o dwóch słowach dziennie. Nie mam z tym nic wspólnego. Dwa słowa dziennie to dwa rozpaczliwe wdechy tonącej w morzu milczenia gaduły.

Wolę już od razu zginąć. Udusić się. Wstąpić do kamedułów, wyjechać do Tybetu, zapaść się pod ziemię. Zniknąć ze świata żywych, skasować swój profil na Facebooku, Google+, NK, Twitterze, diabli wiedzą, gdzie jeszcze. Skrzynkę mailową zlikwidować, smartfona wyrzucić.  Zebrać wszystkie te internetowe zabawki i spalić w ogródku, a popiół wysypać do rzeki. Ślady zatrzeć. Zniknąć.

Czyż to nie byłoby piękne?

Czyż nie byłoby magiczne?

Wszak magia jest w milczeniu. Dopóki się więc trajkocze, dopóki się czatuje, mailuje, esemesuje, paple się w tej sieci, co kto, komu i czemu, a że się wstało, a że się śniło, a że się u dentysty było, a że się płatki zjadło, a że się z pieca spadło – nie ma mowy o magii. A ja jej chcę! Ja się domagam! Ja bez magii nie istnieję.

Chciałabym być pająkiem. Wiem, wiem, pisałam co innego. Pisałam, że się boję. Że to mój koszmar, lęk reinkarnacyjny, zimny pot na karku. Ale oświadczam: nie odpowiadam za swoje teksty. Moje teksty nie mają ze mną nic wspólnego. To nie ja piszę. Nie wiem, nie mam pojęcia, ktoś. Gdy mnie nie ma, gdy śpię, gdy zakupy robię w Biedronce, gdy jem, gdy pracuję, gdy wreszcie ROZMAWIAM, jakiś diabeł przychodzi, nakłada moje ciało jak garnitur Prochora Piotrowicza, chwyta Acera i pisze bzdury. Gdy jest już po wszystkim, chichocze podstępnie, ręce zaciera, a ja co? Co mam zrobić? Głupa palę, ramionami wzruszam. Ale teraz już koniec z tym. Dosyć. Oświadczam.

Chcę być pająkiem.

Pająk nic nie mówi, pająk nic mówić nie musi. Nie mailuje. Nie czatuje. Nie esemesuje. Bloga nie prowadzi. Z urlopu do roboty nie wraca. Pająk nie nosi wysokich obcasów! Z odwiecznym dylematem damsko męskim: rajstopy czy pończochy, też ma spokój. Widział ktoś pająka w pończochach? (A swoją drogą – ma tych kilka nóg.) Pająk stroić się w kiecki, włosów malować, makijażu robić – nie musi. Pająkowi to zwisa.

Kolejna sprawa – te przeklęte social media. Założę się, że na Facebooku nie ma ani jednego pająka. Owszem jest cała masa piesków, bezdomnych kotów, kociaków pluszaków, dokarmianych ptaków, dziobaków i rybek. Niezliczona ilość rozpędzonych w galopie koników, króliczków, smyrających się po noskach świnek morskich, tygrysków śpiących na jaskrawo zielonych gałęziach, żyraf, krówek, słoników. Wszystko to jest.

Pająków – nie ma.

Mówicie, że pająki są brzydkie? Błagam. Pająki są bardzo eleganckie, moja babcia nosiła pająka wpiętego w beret. Siostra pająkami zdobiła uszy. Pająk to wyzwanie dla jubilera. Niewyczerpana inspiracja artystów. Metafizyczny symbolizm. Pająk to właśnie magia.

Agresywne pająki? To mit. Kogo w życiu ugryzł jakiś pająk? Ja nie znam. Częściej mnie kąsają jakieś tam pchły, komary, gzy. Ale pająki? Nigdy. Pająk jest łagodny jak baranek. Serce na dłoni, dusza na ramieniu. Swoją drogą, jakby się uważniej sprzątało pajęczyny – pająk nawet by muchy nie skrzywdził.

Chcę być pająkiem. To znaczy pająkiem chce być ten demoniczny świr przy komputerze, ja osobiście nie mam z tym nic wspólnego, strasznie się boję pająków, pająków się wręcz brzydzę i najchętniej bym je wszystkie kapciem zatłukła.

Jutro powiem ci, że…

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Ktoś z góry wprowadza nowe zarządzenie – każdy człowiek może powiedzieć tylko dwa słowa. Dwa słowa na dzień

shhKończy się urlop, ale wspomnienia mam tak samo nudne, jak moje teksty. Na przykład wędrówkę po oblodzonym jeziorze, czerwony zmierzch nad wzgórzami, ucieczkę przed wyimaginowanym deszczem meteorytów w sosnowym lasku. Wiem, są to rzeczy nieważne, emocji niewywołujące. W dodatku, o nudo bezlitosna, ja o nich piszę. Nie o Smoleńsku, nie o papieżu i nie o histerii Pawłowicz. Nawet mnie związki partnerskie nie obchodzą. O kryzysie ani słowa, o skandalach, kto z kim i dlaczego? –sza. Nie ma więc się co dziwić, że tak trudno o „lajki”. Nie będzie się co dziwić, gdy siedmiu moich czytelników pójdzie wreszcie w cholerę. Zabierając psa z kulawą nogą.

Tymczasem, siedząc pod sosną, w zawieszeniu między zimą a przedwiośniem, słuchając ciszy pól – pytam sama siebie, skąd w nas ludziach ciągła potrzeba robienia rabanu? Czemu koniecznie musimy hałasować? Czy my musimy tyle gadać? I po co?

Czytałam niedawno książkę o tym, że wszyscy ludzie oślepli. Dramat. Katastrofa! Zagłada ludzkości. A o ileż lepiej by było, gdyby ludzie zamilkli? Gdyby przestali trajkotać? Wyobraźcie sobie taką sytuację. Ktoś z góry wprowadza nowe zarządzenie. Otóż każdy człowiek może powiedzieć tylko dwa słowa. Dwa słowa na dzień. I żadne komunikatory nie pomogą tego obejść. Nie ma gadania. Koniec z paplaniną. Żadnego gderania. W tramwaju – cisza. Przy wódce – cisza. Żadnych wrzasków, żadnych słów wypełniaczy, słów pustych, słów na wiatr. Żadnych:

– Co słychać?

I  żadnych:

– A, jakoś.

Żadnych nieprzemyślanych wyznań porannych, tak skutecznie przeganiających resztki tkliwości. Żadnych telefonów z pytaniami: gdzie jesteś?! Żadnych wyrzutów, niedopowiedzeń. Żadnych:

– O co ci chodzi?!

I żadnych kłamliwych:

– O nic.

Bo szkoda! Szkoda słów. Szkoda je tracić, byle je mówić, skoro w zamian można powiedzieć coś ważnego. Marzy mi się świat, w którym nikt nie pyta: „O czym myślisz?”. Wszak właśnie dlatego myślę, by sobie do woli pomyśleć! Po diabła mam zaraz to mówić?! Po co mam myśli – niedomyślane, niedojrzałe, jak niestrawne ziarna – mielić w tym młynie dialogu?

Milknie więc wszystko dookoła, każda niepotrzebna fraza. Każde roszczenie, pretensje, każda przemowa. Milkną plotki, donosy, anonimy. Zostaje krótkie zdanie, zostają tylko dwa słowa. Co powiem dziś? Że zimno? Że lód na jeziorze? Że zięby przylecą wkrótce? Albo: kiedy wiosna? Czy może o tym, jak wpół roztopiony sopel znów nocą skuje mróz?

Dwa słowa.

Które za jedno kliknięcie: „lubię to” – też przepadają.

Hejt w sieci czyli bramka piekieł

Nie pozostaje mi nic innego, jak zająć swoje miejsce w szeregu, w końcu mówi do mnie mężczyzna. Czy coś w tym rodzaju

dziecko_w_sieci
WIADOMO

No i doczekałam się. Mam swojego własnego, osobistego hejtera.  Facet, bo to (podobno) facet, ma straszną potrzebę, bym napisała na jego temat kilka słów. Proszę bardzo. Może nie będzie to jego wymarzona biografia, ale – na pocieszenie – zawsze to jakaś publikacja. Mam nadzieję, że podbuduję tym tekstem jego zachwiane ego, nakarmię jego medialny głód i napoję tego małego trolla, który w nim siedzi.

Mój hejter pisze do mnie bez przerwy maile. W mailach tych toczy własny, wściekle pokłócony ze sobą monolog – rozdygotany spór o to, co, jakim tonem i z jakiej racji mogłabym mu odpisać.

Gdybym do niego pisała.

Tworzy się więc niezwykła historia, rzecz zapierająca dech w piersiach, gdzie emocje nadawcy sięgają zenitu, gdzie rzeczywistość niczym plastelina w jego rękach, przybiera formy z piórnikowego świata Plastusia. Dostaję maile z wyrazami tęsknoty, rozczarowania, smutku, zawodu, gniewu, znów smutku i znów tęsknoty. Wobec braku odpowiedzi, pojawiają się małe pogróżki, większe groźby, wreszcie wyrzuty i wściekłość. Bywa, że zniesmaczony moim kolejnym wpisem na tym blogu, z czystego serca radzi mi, bym „nie szła tą drogą” i „zajęła wreszcie swoje miejsce w szeregu”.

Jako że meandry mojej wędrówki są mu doskonale znane (posiadł on bowiem wszelkie rozumy) – nie pozostaje mi nic innego, jak zająć swoje miejsce w szeregu. W końcu mówi do mnie mężczyzna.

Czy coś w tym rodzaju.

Kończąc wreszcie tę przydługą charakterystykę niezbyt dużego człowieka, który ma tyle czasu i energii, by od pół roku systematycznie pisać mi sążniste maile, informuję, że poczyniłam pewne techniczne ustawienia, w związku z czym:

  1. Każdy jego następny list trafi automatycznie do katalogu SPAM, skąd zostanie natychmiast usunięty, ergo: NIGDY nie przeczytany.
  2. Każdy komentarz jego autorstwa na tym blogu jest automatycznie blokowany, bowiem ja i IP jego komputera znamy się jak łyse konie.
  3. W Internecie NIKT NIE JEST ANONIMOWY, więc jego najróżniejsze pseudonimy pod komentarzami w sieci na mój temat są dziecinnie proste do rozszyfrowania.

A tak przy okazji, koleżanka dostaje porażające wiadomości… z bramki esemesowej. Jest to pewnego rodzaju egzotyka, fantazją bowiem jest niewydawanie piętnastu groszy na wiadomość z komórki. Podrywanie na bramkę esemesową wygląda jak potężny dowcip, dowcipne jednak nie jest. Na marginesie dodam, że w tym przypadku nadawca również jest do zidentyfikowania i z pozoru niewinna bramka esemesowa może zamienić się we wrota piekieł.

Perfekcja to nuda

Kim byłby Achilles bez pięty?

Niedoskonałość człowieka jest jego zaletą. Kodem, po którym w tysięcznym tłumie rozpoznaję właśnie jego

Dawid miał roztrzęsione dłonie. Gdy kupował mi bilet na metro, nie mógł trafić w odpowiedni klawisz automatu. Przeklinał wtedy strasznie, a ja go uciszałam. Mówiłam: niech drżą. Mnie się podoba. Nie każdy przecież może tych dłoni dotykać. Nie każdy to drżenie może uspokoić.

Niedoskonałość człowieka jest jego zaletą. Kodem, po którym w tysięcznym tłumie rozpoznaję właśnie jego. Wada wymowy, krzywe zęby, za duży nos.  Znamię na broń Boże nie idealnej twarzy, rysa na charakterze, skrywana słabość – jakże to piękne! Jakże ciekawe i ludzkie.

Skończmy z tą poprawnością. Perfekcja to nuda. Czymże jest bowiem całkiem gładka cera w porównaniu z wysypem piegów? Czymże jest nieskazitelna dobroć w porównaniu z tajemnicą przewinień? Czymże jest boska niezłomność w obliczu rozdygotania i wahań? Kim byłby Achilles bez swojej pięty? Czymże wreszcie, byłaby bez niej ludzkość?

Uwielbiam wady. Ciemne zakamarki, blizny przeszłości. Mroki duszy, demony. Poharatane grzechem, poparzone żarem występku, serca. Splątane sny, węże w zakamarkach umysłu. Spękane wargi i charczące przekleństwa. Wilczym włosem porośnięte myśli.

Ręce Dawida już nie drżą. Uspokoił je chłodny wiatr od rzeki. Poranna rosa na wiosennej trawie. I dwadzieścia  osiem kapsułek barbitalu. Gdy więc przychodzi dziś do mnie w snach – jest już spokojny. Bez drżenia zapala papierosa, patrzy nieruchomo mi w oczy i wydaje się być całkiem idealny. A gdy znudzona, chcę już go przepędzić, odzywa się tak:

– Co tam, KubRRRyńska?

I wtedy jego gardłowe „r” drze mi skórę na plecach.