Cointreau wersja

Nie mogę w kółko umierać

Pływam w wannie i słyszę, jak obcy ludzie chodzą po mieszkaniu, widzę jak chwytają za noże, jak szarpią za klamkę łazienki, jak chcą mnie zabić 

05Patrzcie, patrzcie jak fajnie jest być blogerką. Siedzę w robocie, a tu przychodzi paczka. Paczkę otwieram, tam Luksemburg chata szkło.

Cointreau.

Plus dwie limonki. I życzenia noworoczne, całkiem do rzeczy. No to, myślę, koniec moich problemów. Już nie będę musiała kupować alkoholu w Biedronce. Już nie muszę kombinować na Jim Beana. Czasy Leżajska się skończyły. Nie interesuje mnie Calsberg w promocji. Mam to za sobą. Teraz zamierzam spijać śmietankę z literackiego piwa, które nawarzyłam. Tak, kochani. Rozpoczęły się złote czasy rozpieszczania blogerów.

Jadę do Siostry Młodszej. Nie z pustymi rękami, o nie. Nie z czteropakiem z Lidla. Jadę, kochana, z luksusowym trunkiem 40 procent. Mów co chcesz. Jesteśmy kobietami z klasą. Nie pijemy byle czego. Mamy drinki z parasolkami z bibuły. Skalny lód w oszronionym szkle. I Cointreau.

Po małym drineczku, dla fasonu, przy malowaniu paznokci i siostrzanej paplaninie sobie lejemy i raczymy się elegancko, wymieniając smakowe wrażenia i planując wieczorną eskapadę. Godzinę później podłoga do tej pory nieruchoma, dziwnie się pod stopami obsuwa, faluje, od podłoża się odrywa, wędruje za okno, robi pętle, wraca i rzuca mną o kanapę.

– Nigdzie nie idę.

Siostra Młodsza ma podobną fazę, jednak nieco bardziej energetyczną, ciągnie mnie bowiem za nogę i woła, że nie godzi się spać o szesnastej, w dodatku po jednym drinku. Inna rzecz, że musimy iść na imprezę, ludzie czekają. I siłą mnie spod kołdry wyciąga. A jest silniejsza. Trafiamy więc (cudem) na melanż, ale bardzo przepraszam, nic nie pamiętam.

Następny kadr. Jestem w taksówce. Jezu, co ja robię w taksówce?! Wszyscy powszechnie wiemy, że taksówkarz jest mordercą. Boję się taksówkarzy! Kiedyś miałam stalkera taksówkarza, chciał mi odrąbać palec u nogi! Czemu Siostra Młodsza wsadziła mnie do samochodu z mordercą?! Za co?

Sparaliżowana strachem, próbuję wygrzebać telefon z kieszeni, by dzwonić do Siostry po wyjaśnienia, by dzwonić właściwie z alarmem, z ewentualnym pożegnaniem, no, sama nie wiem. Sił jednak na wygrzebanie telefonu z kieszeni nie mam, kapituluję więc i czekam na śmierć. I tylko chwilami mam jeszcze jakieś przebłyski nadziei, wtedy z jakąś beznadziejną rezygnacją, zdrętwiałymi od strachu ustami, szepczę:

– Błagam, niech mnie pan nie zabija.

Facet zerka przez ramię, zagadkowo milczy i sprawa jest wciąż niejasna. Nie wiem, jak to się skończy, nie wiem, co na to najbliżsi, nie wiem, jaki sposób morderstwa taksówkarz raczy wybrać, nie wiem wreszcie, jak strasznie będzie to bolesna śmierć.

W końcu taksówka zatrzymuje się pod domem, kierowca żąda jakiejś kwoty, z wielką wdzięcznością mu płacę i wytaczam się z auta. Wciąż nie wierząc własnemu szczęściu pełznę do domu, chwilę później pływam w wannie i z łazienki słyszę, jak obcy ludzie chodzą po mieszkaniu, widzę jak chwytają za noże, jak szarpią za klamkę łazienki, jak chcą mnie zabić. Dość! To koniec! Nie mogę w kółko umierać! Zbieram więc resztki odwagi, wychodzę z tej wanny i postanawiam rozprawić się z przeszłością. Muszę zadzwonić do Siostry Młodszej, powiedzieć jej, że ocalałam. Muszę podzielić się z nią radością, bo przeżyłam ten wieczór, przeżyłam dzień, w którym wypiłam jednego drinka z Cointreau.

Radość mi sił dodaje, więc tym razem udaje mi się wygrzebać komórkę z płaszcza i już, już dzwonię do Siostry Młodszej, gdy nagle miga mi koperta, wiadomość, SMS od kolegi:

„Endży, jutro, dżłendży, 12, Zapitki, dżłendży, Zakąski?”

Jezu, co to znaczy? Jezu, o co chodzi? Dlaczego? Jakie zakąski? Jakie zapitki? Nic nie mam! Nie wiem! Ratunku! Patrzę na wyświetlacz, czytam w tę i z powrotem, pomału układa mi się sens SMS-a, znikają chińskie znaki, znikają „endży dżłendży”, zostaje sens, a sensem jest pytanie, czy ja jutro o 12-ej mam czas, żeby się spotkać pod knajpą o wiadomej nazwie.

Rozumiem! Co za radość! Ale, dobra, muszę coś odpowiedzieć. Co mam odpowiedzieć? Znów problem. Nie mam pojęcia, jakie słowo tu pasuje? Jakie słowo oznacza, że mam czas jutro o dwunastej? Mózg mi się gotuje, warczy, wreszcie po długim kwadransie generuje pełne znoju, choć kategoryczne:

– TAK.

Wysyłam SMS. Ale zaraz panika. Czy napisałam poprawnie? Czy nie zrobiłam błędu? Sprawdzam, literuję. I logika przychodzi na ratunek, wszak wysyłam SMS-y używając słownika T9, nie ma głupich. Nie mogłam zrobić błędu, słownik mnie poprawiał. Dobrze jest, idę spać.

Pół godziny później budzi mnie komórka, Siostra Młodsza. Pyta mnie, czy żyję? Stekiem przekleństw odpowiadam, niech da spokój, wszak napisałam SMS-a, że TAK!

Mam dwa pytania:

  1. Co było w tej butelce?
  2. Czy będę dostawać takie trunki, gdy Najlepszy Blog na Świecie wygra Blog Roku 2012? Odpowiedź jest po Waszej stronie, drodzy Państwo. Żeby zagłosować, trzeba wysłać SMS o treści:

E00538

na numer:

7122.

I mam prośbę. Nie róbcie tego po Cointreau.

Kot zły

Wegański koniec Nabuchodonozora

Co zrobić z miłością do zwierząt, które są mordercami? Jak odwieść je od potworności jedzenia mięsa? 

kot_zly
Nabuchodonozor dla projektu „Narysuj mi kotka”.

Mówcie co chcecie, Facebook jest fajny. Odpowiada na wszystkie moje pytania. O sens życia. O miłość. O politykę. O prawo i sprawiedliwość. O karmę dla kota.

Jakiś zagubiony internauta dziś rano podzielił się na łamach portalu poruszającym dylematem. Otóż jest on weganinem i ma kota. Którego, jak każdy szanujący się weganin, ogromnie kocha. Weganie bowiem potwornie kochają swoje zwierzęta, głaszczą je, robią im zdjęcia, wrzucają te zdjęcia do Internetu, piszą o ich losach na blogach, piszą o ich zwyczajach, o ich maskotkach, o legowiskach, o wąsach, ogonach, łatach na grzbiecie i kupach. Tak, przeczytałam ostatnio taki post, gdzie właścicielka kota dzieliła się radością posiadania kociej kupy w garderobie i dostała za to bardzo dużo lajków. Ale do rzeczy.

Internauta weganin ma kota, a kot, kto by pomyślał, jest drapieżnikiem. I chętnie dziabnąłby jakieś żywe stworzenie. A to się potwornie kłóci z naturą weganina, którego sens życia polega na oprotestowaniu morderstwa. Sytuacja patowa. Dramat. Co robić? Co zrobić z miłością do zwierząt, które są mordercami? Jak je odwieść od potworności jedzenia mięsa? Jak oczyścić ich zbrukaną naturę i tym samym, uszczęśliwić?

Odpowiedzi sporo i wszystkie ciekawe. Ktoś proponuje marchewkę. Inny fasolę. Ktoś mówi, że trzeba mu pośpiewać. Inny podaje przepis na pasztet z soi. Ktoś proponuje mu znaleźć zajęcie. Mysz plastikową kupić. Grę komputerową. Wirtualny kłębek. Są też głosy rozsądku, wołające stanowczo, by kota nauczyć moresu. Są też takie, które podają adresy sklepów z karmą wegańską.

I tu ja szaleję z ciekawości, co to za karma? Z czego? Z drewna? Z trocin? Muszę ją kupić! Muszę dostać karmę, której wyprodukowanie z pewnością jest super ekologiczne, nie zasila kont wielkich korporacji, nie ma nic wspólnego z chemią, ze spalinami podczas transportu, z zaśmiecaniem środowiska opakowaniem, z reklamą, z wyzyskiem, ze pompowaniem problemów cywilizacji. O nie. Z pewnością karma wegańska dla kota to rzecz dużo lepsza od kawałka kurczaka od gospodyni zza płotu.

Inna rzecz – Nabuchodonozor. Jak powszechnie wiadomo, od lat kombinuję, jakby się go pozbyć. Kot jednak wciąż żyje, ma się coraz lepiej, łazi mi po blacie, mięso wyjada i świetnie się bawi. Sierść na pościeli gubi, na białym dywanie zostawia ślady łap…

Dlatego kupię tę karmę.

Karma z Biedronki i zimne kartofle

Cena filantropii

Karmię bezdomne koty, a one się krzywią. Chore? A skąd! Żywe, prężne, błyszczące. Tylko… NIEZADOWOLONE

Zima, zima, chłód i nędza. Zwierzęta marzną, przymierają głodem. Biedactwa bezdomne. Kotki niebożęta. Trzęsą się chuchra ledwo żywe, ducha niebawem wyzioną. Jadę więc do Biedronki kupić karmę, by biedne zmarznięte nakarmić. Trzy paczki, czterdzieści dziewięćdziesiąt z dobrego serca przepuszczam. Cena filantropii – równowartość Jim Beana. No trudno. Wszak życie trzeba ratować. Stworzenia bezbronne, w mrozach styczniowych skute – od śmierci głodowej uwolnić. Wracam więc z tą karmą do domu, w miski wsypuję, wychodzę przed dom.

– Kici, kici! – koty z całej wsi wołam. Przychodzą, wąchają. Twarze krzywią. Nosy na kwintę zwieszają. Wąsami z rozczarowaniem kręcą. Miauczą, ale bez nadziei. Nie jedzą! Nie chcą! Chore? A skąd! Żywe, prężne, błyszczące. Tylko… NIEZADOWOLONE!

Karma z Biedronki niedobra.

Jezu. Jadę z powrotem, Biedronkę prychając mijam, jadę do sklepu zoologicznego, karmę dwadzieścia za kilogram kupuję, trzy kilo – sześćdziesiąt, kurwa, Johny Walker. I to zero siedem. Cóż, życie ratować muszę, na pieniądze nie patrzę, wszak kocie maleństwa śmierci z gardła wyrywam.

Wracam, wsypuję niedużo, sprawdzam, czy posmakuje. Jedzą? Jedzą! Uf!

Ale co z karmą z Biedronki mam teraz zrobić? Wymieszać! Koty zapachem tej drogiej zwiedzione całość zjedzą, wilk syty i owca cała. Mieszam, podaję. Jedzą? No niby jedzą, ale pokrętnie. Łapami grzebią, coś wybierają. No trudno, zostawiam towarzystwo w spokoju, pewnie ich moja obecność krępuje.

Wracam po godzinie, patrzę, karma za dwadzieścia znikła, z Biedronki nieruszona.

Opowiadałam Wam o kobiecie z Baru Syrena? Bar Syrena we Wrzeszczu to miejsce zacne, a niedrogie. W barze tym dość często goszcząc, raz byłam świadkiem podobnego do dzisiejszego wydarzenia.

Siedzę i jem pierogi. Nagle wchodzi kobieta, bezdomna, rozczochrana. Wchodzi i staje przy kasie i mamrocze błagania o porcję strawy, bo nic nie jadła od dwóch dni. I z głodu zaraz padnie jak nic.

– Nie dam! – krzyczy barmanka i ostentacyjnie odwraca głowę.

Siedzę z pierogami w kącie i obserwuję sytuację. Bezdomna tkwi na posterunku jak ranny żołnierz. Cicha, skulona, pokorna, cierpliwa. Szkoda mi jej. Zaczynam nienawidzić bezdusznej barmanki. Jak tak można? Płakać mi się chce. Nie wytrzymam. Zaraz wstanę i kupię tej biednej kobiecie schabowego z ziemniakami. Niech sobie zje, biedna. Niech ma…

Czy to była telepatia? A może serce zmiękło barmance? Grunt, że dała wreszcie bezdomnej porcję ziemniaków i schabowego. Tamta chwyciła danie, dopadła stolik, na którym błyskawicznie poustawiała stos siatek, po czym rzuciła się z widelcem na obiad. Połknęła ziemniaka i zastygła w bezruchu, skupiając uwagę całego baru. I nagle głośno odsunęła talerz, trzasnęła widelcem o stół i z oburzeniem wrzasnęła:

– Kartofle zimne!

Abonent jest czasowo niedostępny

Nie mogę! Nie mam czasu! Zamykam ten blog!

Nie ma mnie, drodzy Państwo, nie ma, znikłam. Muszę się za życie wziąć, schudnąć, uczesać. Palenie rzucić. Zupę ugotować, jakieś witaminy przyjąć, Jezu, nie wiem. Ale nie pisać już! Nie pisać! To koniec.

Szanowni Państwo. Wpadłam w trans i ni z gruszki ni z pietruszki napisałam Dzieło Mojego Życia. Zajęło mi to jedyne cztery lata. Ale chyba właśnie skończyłam. Hej ho!

Przede mną splendor i pieniądze. Sex, drugs and rock’n roll. Smoliste noce bohemy, pluszowe wnętrza taksówek. Rozpusta i hedonizm. Nieograniczone zakupy w Biedronce. A, i wywiady w telewizji śniadaniowej! Tebebe, wyciągaj Rubina!

Ale zanim to się stanie, muszę wysłać maszynopis do wydawców i odczekać jakieś dwadzieścia pięć lat na pokrętną odpowiedź.

Tymczasem idę spać.

14 milionów dolarów na horyzoncie

Czyli reklama dźwignią bloga

bogata33023209919_copy

Szanowna Pani!

Zwracam się do Pani z pewnym pytaniem oraz prośbą. Jesteśmy firmą, która wprowadziła nowe produkty toaletowe na polski rynek. Zajmujemy się produkcją i sprzedażą papieru toaletowego, tamponów i podpasek. Czy zechciałaby Pani przetestować nasze produkty i napisać o nich wzmiankę na Pani blogu?
Chętnie odpowiem na WSZELKIE pytania.

Dziękuję i pozdrawiam!

AM

—————————————————-

Dzień dobry, AM!

Mam tylko jedno pytanie:

Jaki jest sens życia?

SK

List demotywacyjny

Czyli jak nie wpaść na rynek

Wszystko, czego dokonam, chowam do szuflady. I niech tak zostanie 

544410_2985840081026_568790016_n
… od nadmiaru pracy można zwariować…

Idę o zakład, że większość z nas jest w trakcie poszukiwania pracy. W jednym województwie każdego dnia wysyłamy w niebyt sto siedemdziesiąt tysięcy życiorysów. Tysiące dekorowanych dyplomami CV trafia codziennie na biurka znudzonych HR-owców, którzy między jedną a drugą kawą przerzucają nasz los. Potem następuje ich niekończące się milczenie i nasza depresja. Depresja chwilami zmienia się w bunt, pod którego wpływem nabieramy ochoty, by zadzwonić i zadać pytanie:

– Co jest, k…?

Odpowiedź, że kadry doceniają nasze kompetencje i o mały włos nie zdecydowały się na nas, zupełnie nas nie zadowala. Miotamy się więc  jeszcze trochę w gniewie, po czym znów rzucamy się w wir poszukiwania pracy. Pracuj.pl to nasza strona startowa, Goldenline okupujemy od wieków. W rozmowach kwalifikacyjnych jesteśmy weteranami. Znamy na pamięć zaskakujące pytania. Regułki rekrutacyjne recytujemy jak pacierz. Urząd pracy jest naszym kościołem. Jesteśmy mądrzy i wykształceni. Języki, komputer, bardzo proszę. Piszemy wygładzone formułki w motywacyjnych listach, prześcigając się w argumentach, dlaczego to właśnie my się tak świetnie nadajemy na to czy inne stanowisko.

Skutek wiadomy. Gorzej z przyczyną.

Proponuję zatem zrobić coś zupełnie innego. Może efekt osiągniemy ten sam, ale z pewnością poznamy jego powód. A przy okazji będziemy się świetnie bawić. Z pewnością podbudujemy ego. Zadbamy o siebie. Podamy sobie dłoń, gratulując kompetencji. Uroku i aparycji. Staniemy się twardymi negocjatorami. Nie damy sobie zabrać premii. Unikniemy cięć. Zwolnień grupowych. Mobbingu i nadgodzin.

Recepta jest prosta. Koniec z uniżonym tonem, z przymilną perswazją. Pamiętajmy jedną rzecz. To MY jesteśmy fajni. Właściwie – za fajni.  Dlatego dziś napiszemy drastycznie inne podanie, niż zwykle. Mianowicie takie:

Szanowni Państwo!

NIE CHCIAŁABYM pracować w Państwa firmie. W ogóle mnie to nie interesuje. W poniższym liście DEMOTYWACYJNYM postaram się wyjaśnić, dlaczego NIE nadaję się na to stanowisko

  1. Mam porażającą aparycję. Umówmy się jednak, że zachowam tę cechę dla siebie. Uroda nie trwa wiecznie, a stres w pracy przyspiesza jej przemijanie. Nie dam się namówić.
  2. Jestem świetną specjalistką. A wszystko, czego dokonam, zamykam szczelnie w szufladzie. I niech tak zostanie.
  3. Nie mam żadnego doświadczenia, dlatego nie chcę nabrać złych nawyków na starcie. Pozostając bezrobotną, dbam o czystą kartę zawodową, jaką mało kto się może pochwalić. Angażując się w Waszej Firmie, ryzykowałabym brawurą skalania nieposzlakowanej opinii. Zatem, wybaczcie.
  4. Człowiek musi się cenić, a przecież wiadomo, że prędzej czy później zaczniecie się handryczyć o wysokość wynagrodzenia. Z góry nie zgadzam się na Waszą stawkę.
  5. Wasza firma mieści się dwa przystanki tramwajem od mojego mieszkania. To jednak spory kawałek. Załóżmy, że jest awaria trakcji. Wypadek. Strajk. Miałabym iść na piechotę? Sami rozumiecie, że to wykluczone.
  6. Od nadmiaru pracy można zwariować. To powszechnie znana prawda. Angaż oznacza więc rychłą terapię na leżance u psychoterapeuty.

Mam nadzieję, że tymi argumentami przekonałam Państwa do przychylnego rozpatrzenie mojego podania. Licząc więc o zaniechanie jakiegokolwiek kontaktu –

– serdecznie pozdrawiam.

PS. Brak kontaktu to też, u diabła, brak autorespondera!”

———————————————————————————————–

 „BE Magazine, 02/2012”. 

 

Miłość, śmierć i noc sylwestrowa

Przed północą

Zabić. Nic prostszego? Spróbujcie wziąć nóż i machnąć nim w czyjeś plecy. Sami widzicie, nie godzi się

1280934923_by_pawelolesno_6001
fot. demotywatory.pl

Dzisiejszy tekst będzie o miłości. O miłości do bliźniego, którego tak strasznie kochamy, że nie pozostaje nam nic innego, jak…

Ale po kolei.

Od pewnego czasu budzę się ze smakiem krwi w ustach. Staję przed lustrem, przyglądam się zaspanej twarzy, badam usta, zęby, dziąsła, wysuwam język… i nic. Ale czuję, czuję wyraźnie, jakbym przed chwilą rozszarpała jakieś ciało, jakbym dopiero co przegryzła czyjąś szyję.

I narasta we mnie coraz wyraźniejsze przeświadczenie, że nie mam wyjścia. Muszę zabić. Muszę dokonać aktu mordu, bo jeśli tego nie zrobię, nigdy nie przestanie dzwonić mój telefon, nigdy nie ustaną SMS-y, nie skończą się maile, nie zniknie z mojej drogi ta osoba, którą właśnie postanowiłam zabić. Nigdy nie przestanę jej przypadkowo spotykać! A nawet, jeśli przestanę spotykać przypadkowo, nigdy nie przestanę się z nią umawiać, by ją spotykać nieprzypadkowo!

Powody? Jest ich aż nadto. I bynajmniej nie chodzi o nienawiść. Morderstwo z nienawiści to profanacja. Istne foux pas. Nieporozumienie trącące banałem. Nie interesuje mnie ta sprawa. Nikt nie jest w stanie wywołać we mnie tak płaskich uczuć, jak nienawiść. Gardzę nienawiścią. Nienawiści nienawidzę.

Wybieram miłość. I z powodu tej miłości muszę zabić. Innego rozwiązania nie widzę. Nie wiem, jaki inny zgrabny sposób uwolni mnie od uczucia nigdy nie nasyconej tęsknoty. Jak poradzić sobie z intensywnością kontaktów i ciągłą pokusą następnych? Jak uwolnić się z więzów nieustającej korespondencji? Jak nie spotykać przypadkiem, jak nie nachodzić, nie śledzić? Czym, jakim narzędziem przeciąć niewidzialną smycz, krępujące moją wolność pęta?

Otóż narzędziem zbrodni.

Mówicie, nic prostszego? Dobre sobie. Spróbujcie zatem, ot tak, kogoś zabić. Spróbujcie wziąć nóż i machnąć nim w czyjeś plecy. Sami widzicie, że to nie fair. Nie godzi się.

Poza tym, ja w ogóle brzydzę się przemocą. Swojego czasu nosiłam się z zamiarem zabicia kota i, jak powszechnie wiadomo, sierściuch ma się dobrze. Podczas gdy ja odchodzę od zmysłów. A przecież ja go nawet nie lubię! Nie tęsknię do niego! Wolałabym, żeby go nie było. Żeby nie właził mi na blat kuchenny. Żeby nie spał w moim łóżku. Żeby nie pętał się pod moimi nogami w poszukiwaniu puszki z żarciem, gdy ja się spieszę do pracy. W ogóle chciałabym, żeby znikł. Ale jednak on żyje. Bo nie umiem go zabić. Jak zatem mam zadać śmiertelny cios osobie, którą kocham?! Która w dodatku niczego się nie spodziewa? Która ma jakieś plany? Która być może ufa, że nic takiego się nie wydarzy? Która być może przypuszcza, że nic takiego mi nie przyszło mi do głowy? Która w swej czystej naiwności wierzy w moją łagodność?

I tu się należy rozmówić. Przedyskutować sprawę. Ostrzec. Wspólnie ustalić sposób morderstwa, termin i pochówek. Ostatnią wolę. Mowę pogrzebową. Rodzaj trumny. No, jest tego trochę. Przecież nie zabiję i nie porzucę ciała byle gdzie. W końcu kocham!

Tak więc postanawiam, że sprawę omówię przy najbliższej okazji, a najbliższa okazja nadarza się w sylwestrowy wieczór. Siedzimy razem, robimy zero pół, zagryzamy ogórkami kiszonymi, zbliża się północ. Godzina dwunasta w nocy (a tym bardziej dwunasta w nocy u schyłku roku!) od wieków niesie za sobą jakąś ostateczność, grozę, nieodwołalność. Wszystkie horrory świata wyświechtały tę porę do cna, a dziś stała się symbolem nadprzyrodzonej zbrodni. Moja miłość jest nadprzyrodzona, za moment popełnię zbrodnię, więc wszystko się świetnie składa. Patrząc marmurowo w oczy ofiary, tak oto informuję:

–  Muszę cię zabić.

Atmosfera zaskakująca, ofiara bowiem się śmieje. Ruszam więc do ataku, wbijając gwoździe argumentów w swój wyrok:

– Jestem samotnikiem, jestem jak wąż!

– Dlatego obdzwaniasz pół świata, gdy jesteś sama?

– Nie mam chwili spokoju, w kółko rozmawiamy przez telefon…

– Bo w kółko do mnie dzwonisz.

– Przez ostatni miesiąc dostałam od ciebie ponad tysiąc SMS-ów.

– To były odpowiedzi.

– Ciągle się spotykamy.

– Bo za mną łazisz.

– Dobra, powiedz, kiedy mogę cię zabić?

– Chwilowo nie mam czasu, cały tydzień zajęty, codziennie spotkania z pewną psychopatyczną wariatką…

– A więc odpocznijmy od siebie!

– Ok., nie ma sprawy. Sama tego chciałaś. Zobaczymy się w przyszłym roku.