Każdy ma jakiegoś Żyda

Świąteczna rozmowa liryczna

Ulepiłem bałwanki, bo zagroziłaś mi śmiercią. Swoją drogą, wielkie mecyje…

Skoro balwany moga ludzie tym bardziej

Wykonanie i zdjęcie: Dawid

Zwykle mam tak, że nad barszczem świątecznym unoszę się, wiruję i znikam w mentalnej samotności. Samotności, której pragnę od kiedy pamiętam, a być może nawet od kiedy nie pamiętam. Być może już na początku świata, gdy mnie jeszcze nie było, tęsknota za samotnością ssała źródło niegaszące pragnienia – mojego pragnienia samotności. Cisza, jakiej nie doznałam od czasów prenatalnych, przez wschodnio-północny kataklizm moich narodzin i późniejsze, dramatyczne zmagania się z coraz bardziej splątaną rzeczywistością, aż do dzisiejszego barszczu – wyje jak nie nakarmiony wilk w czeluściach mojej duszy. Dlatego odrywam się od stołu z białym obrusem, uśmiechając się nieznacznie do nigdy nie przybyłego Nieznanego Gościa i rozpoczynam swoją powietrzną wędrówkę ku samotności.

I tak na sekundę trafiam do maleńkiej, doskonale pustej przestrzeni. Na sekundę, bo faktycznie zaraz potem w samotni pojawia się ktoś jeszcze. Siada naprzeciwko mnie, milczy, udaje, że go nie ma. Ale, oczywiście, ja już go poznaję i natychmiast przybieram ten nasz znajomy, nawzajem wymieniany, serdeczno-lekceważący uśmiech.

– Większych kapeluszy nie mieli? – zaczynam, a on wyciąga rękę z rękawiczki i pokazuje mi środkowy palec. Chwilę potem zza pazuchy dosięga bukietu konwalii i mówi.

A mówi tak:

„- Byliśmy w Sopocie kiedyś, weszliśmy do Spatifu, siedziało jakieś twoje towarzystwo. Wstałem do baru, by kupić ci piwo, a oni zapytali, z którego obozu uciekłem.

– Dobra. Ale sam zacząłeś, że chcesz do Izraela, do wojska się zaciągnąć…

– Każdy ma jakiegoś Żyda.

– Twój „Żyd” to był Arab.

– Ulepiłem bałwanki.

– Bo zagroziłam ci śmiercią.

– Wielkie mi mecyje.

Milczysz, a za chwilę zaczynasz śpiewać, tak właśnie, jak ja chcę:

Sag mir wo die Männer sind…

Pytasz, czemu akurat chcę po niemiecku? Mnie to kręci. Kręci mnie niski głos, władczość, cynizm, twardość głosek, gdy śpiewasz w tym znienawidzonym przeze mnie, przez wszystkich moich najbliższych, języku. To jakaś forma masochizmu, ekscytująca podróż do piekła, którą zafundować możesz tylko ty.

– Sag mir wo die Blumen sind, wo sind sie geblieben? Mädchen pflückten sie geschwind… Wann wird man je verstehen…?

–  Psychol – przerywasz nagle, bo już nie możesz dłużej, pewnie nie znasz tekstu. Zaraz jednak przenosimy się na łąkę, na koc, pijemy wino, jemy makaron z owocami morza i gadamy głupoty. To znaczy, ja mówię do rzeczy, a ty mi przerywasz. Zaczynam tak:

– Pewien facet się zakochał…

– Ty? Ty się zakochałeś?! – Oczywiście, nie masz za grosz wyczucia. Mimo to, ja uparcie i z opanowaniem ciągnę:

– Słuchaj, możesz mi nie przerywać? Przypuśćmy, że jakiś facet – nie ja – jakiś facet się zakochał w kobiecie…

– We mnie? – znów przerywasz, szkoda gadać. Ale ja jestem jeziorem, kamieniem, mnichem tybetańskim jestem i jeszcze nie palnąłem cię w łeb. Piję zatem wino i mówię:

– Nie w tobie, w jakiejś obłędnej kobiecie, cudownej i mądrej, oczywiście, że nie w tobie. A więc jakiś facet zakochał się w pięknej kobiecie…

– Mówiłam ci sto razy, nie rób tego! Ostrzegałam! A ty swoje!

Dziab, dziabię widelcem kalmary i myślę, że cię zabiję. Ale nie, nie dam się sprowokować, najpierw opowiem do końca tę historię, opowiem, choćby to miała być ostatnia historia na tym świecie:

– I on ją zaprasza do siebie…

– Nigdzie nie idę!

Udaję, że nie słyszę.

– I on ją zaprasza, otwiera wino, zapala świece…

– Szabasowe? – wyrywasz się, sama przyznaj, że głupio.

– …wreszcie idą do sypialni, a tam na prześcieradle…

– Pająk!

– Kretynka!

– Nie pająk?

– Nie, nie pająk. Płatki. Płatki…

– Śniadaniowe?

– Zwariuję!

– Kukurydziane?!

– Zamkniesz się wreszcie?

– To jakie płatki?

– Płatki róż…

Ty milczysz, wywracasz oczami, że ci się nie podoba, że co ja, Danielle Steel? Lepiej chodź, mówisz, idziemy na wódkę. I faktycznie gubimy się w mieście, w Warszawie gdzieś przepadamy, jedna knajpa i druga, ty znów mi śpiewasz po niemiecku i to mnie budzi, bo przecież na świecie jesteśmy, na świecie, gdzie płatki róż to głupota…

Chrzanię te płatki róż, chrzanię szabasowe świece, bo wiem jedno, wiem na pewno, że dopóki będę przychodził w twoich myślach, ty nigdy nie będziesz samotna. A przecież ja nigdy nie przestanę przychodzić, czemuż miałbym przestać?

– Patrz, Dawid, jak się porobiło – mówisz zamyślona.  – Ty jesteś wieczny, a ja doczesna.

Pocieszę cię. Ty też będziesz kiedyś wieczna.” 

3 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s