Nikt nie ma takiej grupy krwi, jak ja

czyli weekendowy survival

Nagle coś chrobocze i otwierają się drzwi. Z wnętrza mojego domu wychyla rozczochrana głowa nieznajomego…

2

Tego weekendu nie da się opisać. Nie ma możliwości. Gdybym była choćby i Remarque’m, leżałabym teraz i wyła z niemocy. A nie jestem, dlatego zamiast leżeć i wyć, siadam i piszę, a co wyjdzie, diabli wiedzą.

Chaos, proszę Państwa. Nie to, że jakiś zwykły chaos codzienny, bo tego mam na pęczki i ten nie robi na mnie wrażenia. Chaos o wymiarze kosmicznym. Chaos fizyczno mentalny. Chaos molekularny. Mitochondrialny! Lipidowo tłuszczowy. Chaos zagubionych par aminokwasowych zasad. Egzystencjalny, paranoidalny zamęt. Psychofizyczna stajnia Augiasza. Komunikacyjny groch z kapustą.

I weź pisz.

Zaczęło się od tego, że zadzwoniła Siostra Młodsza z Warszawy. Że przyjeżdża. Generalnie jest to spontan, dopiero wróciła z Rumunii i za mało jej w stolicy egzotyki, więc łapie ruski bus i jedzie.

Z ruskim busem historia jest krótka. Jakiś miesiąc temu wracałam z Warszawy w towarzystwie Wołoskiej. Wołoska to taka jedna, mocno kontrowersyjna istota, która oczywiście inaczej się nazywa, ale nie mogę napisać jak, bo mnie zabije.  A i tak już niewiele we mnie życia. Więc jadę z Wołoską. Obok nas siedzą panowie z miękkim akcentem i twardym trunkiem. Obsługa Polskiego jeszcze wtedy Busa w lament i dawaj dzwonić na policję. Terror i rewizje nas czekają, a ja z Wołoską mamy w torbie wiśniówkę. Na wpół rozpitą. Taka prawda. W razie rewizji osobistej – leżymy. Razem z ruską załogą. Gdy wkracza policja, Rosjanie są bezbronni jak dzieci, a my z Wołoską przestajemy oddychać. Tu następuje historyczny przełom relacji Polski ze wschodem, zadośćuczynienie krzywdom wojennym, represjom moskiewskim, rozbiorom, łagrom, zsyłkom i katastrofom lotniczym. Młoda kobieta z Polskiego Busa ma waleczne serce. Waleczność w niej wielce jest dojrzała, niech się młodzi uczą. Nie ma picia wódki! Na bilecie to napisali. Po rusku nikt nie czyta. Po polsku tym bardziej. Autobus się gotuje. Korzystamy z zamieszania i dajemy z Wołoską drapaka. Wiśniówkę rozpijamy za winklem, chichocząc. Nazajutrz telefon, pilna akcja reporterska, delegacja moskiewskich notabli, gruba rzecz, garniturowcy od Putina w Parlamencie. Widział ktoś „Dziewięć i pół tygodnia”? Negocjacje przy wspólnym stole z zaskakującą obie strony tajemnicą?  Kto nie domyślny, jego problem, dalej pisać nie będę. Grunt, że wewnętrzne tarzanie się ze śmiechu z kamienną twarzą – opanowane.

Ale, rebiata, pójdźmy dalej, nie ma co. Siostra Młodsza przyjeżdża w nocy, gdy ja, Ewka i Wołoska jesteśmy już w Zakąskach i Zapitkach, a cała knajpa w gotowości na Młodszej Siostry przyjazd – stoi. Siostra wchodzi, gawiedź wyje i w kolejkach się prześciga, pieniądze lecą na bar,  leje się strumień braku świadomości. Tak się zaczyna bal.

Ale zaraz, zaraz. Przed nami trzy miasta, przed nami sporo klubów. Przed nami cała noc. Raz, dwa, trzy cztery, maszerują oficerki. Osiem sztuk. Jesteśmy księżniczkami nocy. Dwie siostry, z jednej Królowej Matki poczęte. Strasznie tej nocy zajęte. I dwie siostry przybrane, nieźle już nadziabane.

Tej nocy nie będę spać.

Zasypiam więc o szóstej nad ranem, przy „One night in Bangkok” i tańczącej w rytm piosenki Ewce, która podobno o ósmej biegnie maraton.

Budzi mnie brzdęk szklanek w mojej głowie i lodowaty śmiech hieny. Gdybym była wężem, chaotycznie myślę, nie miałabym tak dużej głowy. A w głowie nie zmieściłby się ten ból. Jest to jakaś myśl, ale wężem nie jestem. Mam za to we łbie wężowisko, gniazdo os. Gdzie Ewka? Biega? Dzwoni! Dzwoni i przez telefon syczy. Jak wróci – ma mnie nie być. Ma mnie nie być! O niczym innym nie marzę! Chciałabym zniknąć, zamienić się w węża! Wypełznąć z tego domu choćby na brzuchu, nie dźwigać ciężkiej jak ołów głowy. Węże się nie przewracają. Węże nie  marzną. Węże nie mają przyjaciół.

Siostra? Znikła. Wołoska? Znikła. Ja mam w torbie klucze do domu, torba wraz z nimi przepadła. Pełznę przez wieś, głowa pulsuje, w kieszeni wieje poranna pustka. Mróz i deszcz. Za telefon jak za brzytwę w toni łapię, dzwonię do Siostry, nie odpowiada, zasięgu brak. Czyli nie żyje. Wołoska odbiera i zachwycona ćwierka, że oto z Siostrą Młodszą pojechały w świat. Skąd taki pomysł? To logiczne. Okazało się bowiem, że obie są spod znaku Bliźniąt, w dodatku mają tę samą grupę krwi.

– ZERO RH MINUS!

Cudownie, stwierdzam lodowato i resztką sił w agonii rzucam soczystym mięsem w wołoskowy iPhone. Możecie się razem ratować. Lecz mnie już nikt nie uratuje. Nie, takiej grupy jak ja, nikt nie ma. Bo ja osobiście nie mam żadnej grupy krwi. A to dzięki niezwykłej fantazji moich koleżanek. Uciekłyście z moją torbą. Rozumiem, że macie wiele wspólnego. Ale co, u diabła, ma z tym moja torba? Mój klucz? Stoję pod drzwiami, stoję z migreną, w deszczu, na mrozie i w hańbie, a jakiekolwiek ślady krwi, co we mnie o świcie zostały, wybroczyłam w marszu wygnania.

– Gdzie wy, kurwa, jesteście?!

Na gdańskiej Morenie. One są na gdańskiej Morenie. Mój klucz jest na gdańskiej Morenie. W pobliżu poligonu. Na froncie, moi Państwo. Siedemdziesiąt kilometrów stąd. Kurewsko daleko od OK. Aha, przy okazji. One nie wrócą. Mają Zero RH Minus. Plus promil. Na głowę.

Chcę zabić. Nie mam kogo. Jestem sama, w dodatku martwa. Wszystkie przekleństwa świata już wypowiedziałam. Sąsiedzi świadkami. Został mi jeno jęk.

Kiedyś, z podobną migreną trafiałam do szpitala. Czy zatem powinnam zadzwonić po karetkę? Wyjście wydaje się słuszne. Przynajmniej będzie mi ciepło. Może dadzą zastrzyk. W czeluść nieświadomości znów wpadnę, trudno. I już, już wybieram numer, gdy w domu coś chrobocze, coś kaszle i nagle otwierają się drzwi. A z nich wychyla obrośnięta dredami głowa. Należąca do nieznajomego. Nieznajomego w moim domu. Nieznajomego, jak sam rodzajnik wskazuje – płci męskiej. I jeśli dredy można zaliczyć do jakiegokolwiek okrycia, jest to jego jedyne okrycie…

Czy Państwu się nie wydaje, że ta historia jest nieco za długa? Czy weekend się dopiero zaczął? Wszak dobrnęliśmy do soboty rano, a przed nami dwa długie dnie. Ciąg dalszy wkrótce nastąpi, tymczasem iść muszę, tygrysa z łazienki przepędzić…

8 comments

  1. anonim

    Weekend zdecydowanie dopiero się zaczął. Może być różnie – w grę wchodzą pożary, demolki, tragedie, puste konto świecące tylko odsetkami. Ale kto by o tym myślał?

  2. ewka

    Mogę tak napisać? Zajebiste,siadaj i kończ,albo rozciagnij,bo wciąga,zasysa..od razu całą książkę w ten desen poproszę na jutro:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s