Horoskop na 2013.

Nowy Rok, stara bieda

Przed nami kolejny Nowy Rok, rok odłączanego prądu, wyjącego debetu i triumfu spółki Jeronimo Martins

nowyrok003
wersja nie do odrzucenia w 2013: Michael z Biedronki

Faraon zobaczył we śnie siedem pięknych i spasionych krów, które wyszły z Nilu i hasały po zielonej łące. Był to piękny i wzruszający widok. Krowy miały czystą sierść barwy karmelowej i wyglądały tak, że można by je zjeść na surowo, o ile wszyscy by dzielili moją pasję względem tatara.

Ale wróćmy do naszej historii.

Faraon mlasnął, uśmiechnął się i dalej oddawał się rozkoszom snu. Ale sielankę przerwały czarne i chude jak szkielety bydlęta, które również wyszły z rzeki. A było ich siedem. A przez to że wygłodzone – napadły na apetyczne karmelowe krówki i pożarły je w oburzający sposób.

A straszne były przy tym i ponure jak duchy.

Faraon zerwał się z wrzaskiem i zwołał proroków z całego Egiptu. Ale nikt nie rozumiał znaczenia faraonowego snu. Znalazł się jednak więzień, młody lecz roztropny Żyd, Józef. I ten sprytnie całość wyjaśnił, a sprawa była tak oczywista, że trzeba było tępoty faraona, by snu nie rozumieć. Po latach tłustych (których raczej nikt dziś nie pamięta) nastają lata chude (w których cudownie wraca pamięć o tych pierwszych).

Proroctwo to znów przypomina nam o ponurej przyszłości. Przed nami kolejny Nowy Rok, rok odłączanego prądu, wyjącego debetu i triumfu spółki Jeronimo Martins.

Drodzy Państwo. Rok 2013, podobnie jak poprzednie, nie będzie miał nic wspólnego z kalendarzem Majów. Daleko mu będzie do planów Nostradamusa. Jeśli zaś upieramy się na jakiś horoskop, jeśli już bardzo byśmy chcieli, aby rok 2013 był spod jakiegoś znaku, to owszem, widzę analogię. Musimy jednak poszerzyć gwiezdną menażerię wszystkich horoskopów świata i do dumnego grona Smoków, Skorpionów, Koziorożców przyjąć małego owada w czarne ciapki.

Według chińskiego horoskopu Nowy Rok ma być rokiem Węża. Otóż bzdura. Rok 2013. będzie spod znaku Biedronki.

Każdy ma jakiegoś Żyda

Świąteczna rozmowa liryczna

Ulepiłem bałwanki, bo zagroziłaś mi śmiercią. Swoją drogą, wielkie mecyje…

Skoro balwany moga ludzie tym bardziej
Wykonanie i zdjęcie: Dawid

Zwykle mam tak, że nad barszczem świątecznym unoszę się, wiruję i znikam w mentalnej samotności. Samotności, której pragnę od kiedy pamiętam, a być może nawet od kiedy nie pamiętam. Być może już na początku świata, gdy mnie jeszcze nie było, tęsknota za samotnością ssała źródło niegaszące pragnienia – mojego pragnienia samotności. Cisza, jakiej nie doznałam od czasów prenatalnych, przez wschodnio-północny kataklizm moich narodzin i późniejsze, dramatyczne zmagania się z coraz bardziej splątaną rzeczywistością, aż do dzisiejszego barszczu – wyje jak nie nakarmiony wilk w czeluściach mojej duszy. Dlatego odrywam się od stołu z białym obrusem, uśmiechając się nieznacznie do nigdy nie przybyłego Nieznanego Gościa i rozpoczynam swoją powietrzną wędrówkę ku samotności.

I tak na sekundę trafiam do maleńkiej, doskonale pustej przestrzeni. Na sekundę, bo faktycznie zaraz potem w samotni pojawia się ktoś jeszcze. Siada naprzeciwko mnie, milczy, udaje, że go nie ma. Ale, oczywiście, ja już go poznaję i natychmiast przybieram ten nasz znajomy, nawzajem wymieniany, serdeczno-lekceważący uśmiech.

– Większych kapeluszy nie mieli? – zaczynam, a on wyciąga rękę z rękawiczki i pokazuje mi środkowy palec. Chwilę potem zza pazuchy dosięga bukietu konwalii i mówi.

A mówi tak:

„- Byliśmy w Sopocie kiedyś, weszliśmy do Spatifu, siedziało jakieś twoje towarzystwo. Wstałem do baru, by kupić ci piwo, a oni zapytali, z którego obozu uciekłem.

– Dobra. Ale sam zacząłeś, że chcesz do Izraela, do wojska się zaciągnąć…

– Każdy ma jakiegoś Żyda.

– Twój „Żyd” to był Arab.

– Ulepiłem bałwanki.

– Bo zagroziłam ci śmiercią.

– Wielkie mi mecyje.

Milczysz, a za chwilę zaczynasz śpiewać, tak właśnie, jak ja chcę:

Sag mir wo die Männer sind…

Pytasz, czemu akurat chcę po niemiecku? Mnie to kręci. Kręci mnie niski głos, władczość, cynizm, twardość głosek, gdy śpiewasz w tym znienawidzonym przeze mnie, przez wszystkich moich najbliższych, języku. To jakaś forma masochizmu, ekscytująca podróż do piekła, którą zafundować możesz tylko ty.

– Sag mir wo die Blumen sind, wo sind sie geblieben? Mädchen pflückten sie geschwind… Wann wird man je verstehen…?

–  Psychol – przerywasz nagle, bo już nie możesz dłużej, pewnie nie znasz tekstu. Zaraz jednak przenosimy się na łąkę, na koc, pijemy wino, jemy makaron z owocami morza i gadamy głupoty. To znaczy, ja mówię do rzeczy, a ty mi przerywasz. Zaczynam tak:

– Pewien facet się zakochał…

– Ty? Ty się zakochałeś?! – Oczywiście, nie masz za grosz wyczucia. Mimo to, ja uparcie i z opanowaniem ciągnę:

– Słuchaj, możesz mi nie przerywać? Przypuśćmy, że jakiś facet – nie ja – jakiś facet się zakochał w kobiecie…

– We mnie? – znów przerywasz, szkoda gadać. Ale ja jestem jeziorem, kamieniem, mnichem tybetańskim jestem i jeszcze nie palnąłem cię w łeb. Piję zatem wino i mówię:

– Nie w tobie, w jakiejś obłędnej kobiecie, cudownej i mądrej, oczywiście, że nie w tobie. A więc jakiś facet zakochał się w pięknej kobiecie…

– Mówiłam ci sto razy, nie rób tego! Ostrzegałam! A ty swoje!

Dziab, dziabię widelcem kalmary i myślę, że cię zabiję. Ale nie, nie dam się sprowokować, najpierw opowiem do końca tę historię, opowiem, choćby to miała być ostatnia historia na tym świecie:

– I on ją zaprasza do siebie…

– Nigdzie nie idę!

Udaję, że nie słyszę.

– I on ją zaprasza, otwiera wino, zapala świece…

– Szabasowe? – wyrywasz się, sama przyznaj, że głupio.

– …wreszcie idą do sypialni, a tam na prześcieradle…

– Pająk!

– Kretynka!

– Nie pająk?

– Nie, nie pająk. Płatki. Płatki…

– Śniadaniowe?

– Zwariuję!

– Kukurydziane?!

– Zamkniesz się wreszcie?

– To jakie płatki?

– Płatki róż…

Ty milczysz, wywracasz oczami, że ci się nie podoba, że co ja, Danielle Steel? Lepiej chodź, mówisz, idziemy na wódkę. I faktycznie gubimy się w mieście, w Warszawie gdzieś przepadamy, jedna knajpa i druga, ty znów mi śpiewasz po niemiecku i to mnie budzi, bo przecież na świecie jesteśmy, na świecie, gdzie płatki róż to głupota…

Chrzanię te płatki róż, chrzanię szabasowe świece, bo wiem jedno, wiem na pewno, że dopóki będę przychodził w twoich myślach, ty nigdy nie będziesz samotna. A przecież ja nigdy nie przestanę przychodzić, czemuż miałbym przestać?

– Patrz, Dawid, jak się porobiło – mówisz zamyślona.  – Ty jesteś wieczny, a ja doczesna.

Pocieszę cię. Ty też będziesz kiedyś wieczna.” 

Morderstwo doskonałe

czyli gdzie jest pies pogrzebany

horror001Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby nikt nie zauważył, wrzucamy je do budy…

Skończmy już z tym zabijaniem! I tak zderzyłam się z falą protestów. Obrońcy Praw Zwierząt chcą mnie aresztować. Obrońcy życia chcą mnie zabić. Mam pisać dalej? Boję się, że zginę. Ale dobra, napiszę. Bo historia jest warta śmierci. Rzadko tak uważam, tym razem wiem na pewno. Wolę zginąć, niż nie opisać tego, co się przytrafiło pewnego weekendu, tydzień przed końcem świata.

A więc jest sobota. Sobota ma to do siebie, że następuje po piątku. A piątek ma to do siebie, że nie wiadomo co było. Sobota jest zatem wypadkową: nie wiadomo co było i nie wiadomo, co będzie. Stoję więc nad ranem w sobotę pod drzwiami, bez kluczy, szukam panicznie telefonu i zastanawiam się jak mam na imię.

Klucze – przepadły. Telefon – nie istnieje. Jedyne, co istnieje na tym świecie tego dnia to przyjaciółka sąsiadka, ta jedna jedyna, która nie złożyła jeszcze skargi na zbyt głośną zabawę pod moim adresem. I jeśli chcę żyć, powinnam jak najszybciej udać się właśnie do niej. Daleko nie mam. Może przeżyję.

Przychodzę do Ewki, a u niej na wycieraczce siedzi labrador. Duży i silny Pies Pańci, ten sam, co upodobał sobie dmuchawce i w rytmie melancholijnym kolebie się przez życie, patrząc mętnie na niepojęty gnający obok świat. I, czy z braku dmuchawców, czy z racji niezgłębionej przez nikogo tajemnicy, spokojny do tej pory jak kamień Pies Pańci najwyraźniej przekroczył Rubikon wieku średniego.

Zgadzam się, jeśli kryzys środka życia to czerwone Mitsubishi Lancer. Ok., jeśli to żółte Lamborghini. Nie ruszają mnie białe macintoshe. Wszystko rozumiem, ale szaleństwo Psa Pańci przyprawiło mnie o (nie tak trudne do uzyskania w moim stanie) torsje. Otóż Pies Pańci postanowił zostać mordercą. I Pies Pańci faktycznie zamordował. I teraz Pies Pańci siedzi na wycieraczce Ewki z ofiarą w pysku.

– Ewka, otwieraj! Pies Pańci zagryzł psa sąsiadki! Nieszczepiony na bank! Nieubezpieczony! Ewka, otwieraj! Ewka! Ewka…!

Ewka wychodzi z gęsimi piórami we włosach  i patrzy nierozumnie. Przytomność jednak przychodzi szybko, Ewka zaczyna nagle wrzeszczeć, więc rzucam się na nią, zatykam usta i pokazuję wymownie na czoło. Po chwili już zupełnie opanowane wciągamy do garażu mordercę z trupem i pilnie ustalamy plan. Najpierw telefon do Pańci. Jak słusznie przypuszczamy, Pańcia również wpada w histerię. Chwilę potem, ku naszemu zaskoczeniu, przytomnie postanawia ukryć zwłoki i udawać, że nic się nie stało.

– Bez sensu – zauważa Ewka. – Zaczną się alerty, poszukiwania, listy gończe. Rozkleją po osiedlu zdjęcia, apele. Dzieci będą płakać, niekończąca się historia. Mam lepszy pomysł.

I tu Ewka przechodzi inny Rubikon. Ewka posiada pewną zdolność. Jest to chyba najbardziej pożądana zdolność w dziejach ludzkości. Zdolność do obmyślenia perfekcyjnego planu. Planu, jakiego nie rozgryźli najwięksi detektywi wszech czasów. Mordercy światowej sławy przy tym leżą i płaczą. Tak, moi Państwo, Ewka przekracza Rubikon MORDERSTWA DOSKONAŁEGO.

– Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby sąsiadka nie zauważyła, wrzucamy je do budy. Sąsiadka jutro znajduje zdechłego psa, robi mu pogrzeb i po sprawie.

Patrzymy z Pańcią na Ewkę przepełnione podziwem i nie mówimy ani słowa. Chwilę później truchtamy z martwym psem ku jego, niedawno jeszcze ciepłemu, legowisku. Ręką zgrabiałą ze strachu dotykam klamki od furtki sąsiadki, furtka groźnie zgrzyta.

– Cii! Nie obudź psa! – szeptem krzyczy Pańcia, ale chwilę zaraz się uspokaja, bo pies jak zabity – faktycznie milczy.

Sąsiadka jak zaklęta, też milczy, choć najwyraźniej żyje. W domu siedzi przed telewizorem, jej głowę w niebieskiej poświacie zanurzoną – wszystkie gorączkowo obserwujemy. Serca nam dudnią, tętnice kruszeją. Migrena moja wraz z psem sąsiadki czeźnie. Niech mi ktoś powie, że w obliczu śmierci ma migrenę! Ja nie mam. Jest trup, nie ma sprawy. Plan doskonały Ewki wypełniamy z szacunkiem i pietyzmem. I tylko zmarmurowiałymi ze strachu wargami:

– Ja pier…ę, ja pier…ę, ja pie… ę – szepczemy.

Jest buda! Sztywne truchło siłą trzech współ-morderczyń wciskamy, ocieramy czoła od lodowatego potu i mkniemy do furtki, furtkę: „zgrzyyyt”, zamykamy i teraz zgodnym, równym galopem – do sklepu po wódkę.

Dwie godziny i cztery wściekłe – nomen omen – psy później siedzimy wesoło przy kominku, i gładząc Psa Pańci, bawimy się historią, raz po raz przerywając debatę śmiechem.

Gdy nagle do drzwi rozlega się pukanie.

Pukanie początkowo słabe, jednak coraz odważniejsze, przeradza się wreszcie w łomot. Zastygamy w  poczuciu nieczystego sumienia. I nagle przypominam sobie o wszystkich tych znajomych, z którymi się umówiłam na sobotnie „nie wiadomo, co będzie”. To na pewno któryś z nich! – wołam. Ale to nikt z nich.

To SĄSIADKA.

Stoi w drzwiach i patrzy stalowym wzrokiem, wyraźnie czymś poruszona. Głuchy jęk przechodzi przez przedpokój, Pańcia chowa się za kominek.

Ewka chrząka, wstaje z podłogi, podnosi głowę i stalowemu spojrzeniu stawia czoło. Wszak ona plan wymyśliła! Niech się tłumaczy! Niech mówi, co za pomysł?! Kto psa zabił? Dlaczego? Jak? Gdzie narzędzie zbrodni!? Czemu jeszcze żyje?! Czemu bestia wściekła po okolicy biega?! I kto za to wszystko zapłaci?! A w ogóle, co za żarty z pogrzebu, ze śmierci jaja, co za picie wódki?!

Ewka milczy, sąsiadka milczy, wzrokiem się krzyżują, mierzą i wreszcie ta druga ożywa:

– Widziała pani może kogoś, że się kręcił? Koło domu gdzieś, mojego? Przy budzie? Psa?

– Nie!

Krótkie, żołnierskie, piękne. Sąsiadka z miejsca mięknie, żołnierskiemu duchowi Ewki ulega, głowę zwiesza i słabym głosem mówi:

– Jacy ludzie, wie pani, jacy ludzie są… Pies mi zdechł wczoraj, zakopałam za działką, a dziś ktoś psa odkopał i do budy mi wrzucił…

———————————————————————————–

Tekst opublikowany w Magazyn Be

Nikt nie ma takiej grupy krwi, jak ja

czyli weekendowy survival

Nagle coś chrobocze i otwierają się drzwi. Z wnętrza mojego domu wychyla rozczochrana głowa nieznajomego…

2

Tego weekendu nie da się opisać. Nie ma możliwości. Gdybym była choćby i Remarque’m, leżałabym teraz i wyła z niemocy. A nie jestem, dlatego zamiast leżeć i wyć, siadam i piszę, a co wyjdzie, diabli wiedzą.

Chaos, proszę Państwa. Nie to, że jakiś zwykły chaos codzienny, bo tego mam na pęczki i ten nie robi na mnie wrażenia. Chaos o wymiarze kosmicznym. Chaos fizyczno mentalny. Chaos molekularny. Mitochondrialny! Lipidowo tłuszczowy. Chaos zagubionych par aminokwasowych zasad. Egzystencjalny, paranoidalny zamęt. Psychofizyczna stajnia Augiasza. Komunikacyjny groch z kapustą.

I weź pisz.

Zaczęło się od tego, że zadzwoniła Siostra Młodsza z Warszawy. Że przyjeżdża. Generalnie jest to spontan, dopiero wróciła z Rumunii i za mało jej w stolicy egzotyki, więc łapie ruski bus i jedzie.

Z ruskim busem historia jest krótka. Jakiś miesiąc temu wracałam z Warszawy w towarzystwie Wołoskiej. Wołoska to taka jedna, mocno kontrowersyjna istota, która oczywiście inaczej się nazywa, ale nie mogę napisać jak, bo mnie zabije.  A i tak już niewiele we mnie życia. Więc jadę z Wołoską. Obok nas siedzą panowie z miękkim akcentem i twardym trunkiem. Obsługa Polskiego jeszcze wtedy Busa w lament i dawaj dzwonić na policję. Terror i rewizje nas czekają, a ja z Wołoską mamy w torbie wiśniówkę. Na wpół rozpitą. Taka prawda. W razie rewizji osobistej – leżymy. Razem z ruską załogą. Gdy wkracza policja, Rosjanie są bezbronni jak dzieci, a my z Wołoską przestajemy oddychać. Tu następuje historyczny przełom relacji Polski ze wschodem, zadośćuczynienie krzywdom wojennym, represjom moskiewskim, rozbiorom, łagrom, zsyłkom i katastrofom lotniczym. Młoda kobieta z Polskiego Busa ma waleczne serce. Waleczność w niej wielce jest dojrzała, niech się młodzi uczą. Nie ma picia wódki! Na bilecie to napisali. Po rusku nikt nie czyta. Po polsku tym bardziej. Autobus się gotuje. Korzystamy z zamieszania i dajemy z Wołoską drapaka. Wiśniówkę rozpijamy za winklem, chichocząc. Nazajutrz telefon, pilna akcja reporterska, delegacja moskiewskich notabli, gruba rzecz, garniturowcy od Putina w Parlamencie. Widział ktoś „Dziewięć i pół tygodnia”? Negocjacje przy wspólnym stole z zaskakującą obie strony tajemnicą?  Kto nie domyślny, jego problem, dalej pisać nie będę. Grunt, że wewnętrzne tarzanie się ze śmiechu z kamienną twarzą – opanowane.

Ale, rebiata, pójdźmy dalej, nie ma co. Siostra Młodsza przyjeżdża w nocy, gdy ja, Ewka i Wołoska jesteśmy już w Zakąskach i Zapitkach, a cała knajpa w gotowości na Młodszej Siostry przyjazd – stoi. Siostra wchodzi, gawiedź wyje i w kolejkach się prześciga, pieniądze lecą na bar,  leje się strumień braku świadomości. Tak się zaczyna bal.

Ale zaraz, zaraz. Przed nami trzy miasta, przed nami sporo klubów. Przed nami cała noc. Raz, dwa, trzy cztery, maszerują oficerki. Osiem sztuk. Jesteśmy księżniczkami nocy. Dwie siostry, z jednej Królowej Matki poczęte. Strasznie tej nocy zajęte. I dwie siostry przybrane, nieźle już nadziabane.

Tej nocy nie będę spać.

Zasypiam więc o szóstej nad ranem, przy „One night in Bangkok” i tańczącej w rytm piosenki Ewce, która podobno o ósmej biegnie maraton.

Budzi mnie brzdęk szklanek w mojej głowie i lodowaty śmiech hieny. Gdybym była wężem, chaotycznie myślę, nie miałabym tak dużej głowy. A w głowie nie zmieściłby się ten ból. Jest to jakaś myśl, ale wężem nie jestem. Mam za to we łbie wężowisko, gniazdo os. Gdzie Ewka? Biega? Dzwoni! Dzwoni i przez telefon syczy. Jak wróci – ma mnie nie być. Ma mnie nie być! O niczym innym nie marzę! Chciałabym zniknąć, zamienić się w węża! Wypełznąć z tego domu choćby na brzuchu, nie dźwigać ciężkiej jak ołów głowy. Węże się nie przewracają. Węże nie  marzną. Węże nie mają przyjaciół.

Siostra? Znikła. Wołoska? Znikła. Ja mam w torbie klucze do domu, torba wraz z nimi przepadła. Pełznę przez wieś, głowa pulsuje, w kieszeni wieje poranna pustka. Mróz i deszcz. Za telefon jak za brzytwę w toni łapię, dzwonię do Siostry, nie odpowiada, zasięgu brak. Czyli nie żyje. Wołoska odbiera i zachwycona ćwierka, że oto z Siostrą Młodszą pojechały w świat. Skąd taki pomysł? To logiczne. Okazało się bowiem, że obie są spod znaku Bliźniąt, w dodatku mają tę samą grupę krwi.

– ZERO RH MINUS!

Cudownie, stwierdzam lodowato i resztką sił w agonii rzucam soczystym mięsem w wołoskowy iPhone. Możecie się razem ratować. Lecz mnie już nikt nie uratuje. Nie, takiej grupy jak ja, nikt nie ma. Bo ja osobiście nie mam żadnej grupy krwi. A to dzięki niezwykłej fantazji moich koleżanek. Uciekłyście z moją torbą. Rozumiem, że macie wiele wspólnego. Ale co, u diabła, ma z tym moja torba? Mój klucz? Stoję pod drzwiami, stoję z migreną, w deszczu, na mrozie i w hańbie, a jakiekolwiek ślady krwi, co we mnie o świcie zostały, wybroczyłam w marszu wygnania.

– Gdzie wy, kurwa, jesteście?!

Na gdańskiej Morenie. One są na gdańskiej Morenie. Mój klucz jest na gdańskiej Morenie. W pobliżu poligonu. Na froncie, moi Państwo. Siedemdziesiąt kilometrów stąd. Kurewsko daleko od OK. Aha, przy okazji. One nie wrócą. Mają Zero RH Minus. Plus promil. Na głowę.

Chcę zabić. Nie mam kogo. Jestem sama, w dodatku martwa. Wszystkie przekleństwa świata już wypowiedziałam. Sąsiedzi świadkami. Został mi jeno jęk.

Kiedyś, z podobną migreną trafiałam do szpitala. Czy zatem powinnam zadzwonić po karetkę? Wyjście wydaje się słuszne. Przynajmniej będzie mi ciepło. Może dadzą zastrzyk. W czeluść nieświadomości znów wpadnę, trudno. I już, już wybieram numer, gdy w domu coś chrobocze, coś kaszle i nagle otwierają się drzwi. A z nich wychyla obrośnięta dredami głowa. Należąca do nieznajomego. Nieznajomego w moim domu. Nieznajomego, jak sam rodzajnik wskazuje – płci męskiej. I jeśli dredy można zaliczyć do jakiegokolwiek okrycia, jest to jego jedyne okrycie…

Czy Państwu się nie wydaje, że ta historia jest nieco za długa? Czy weekend się dopiero zaczął? Wszak dobrnęliśmy do soboty rano, a przed nami dwa długie dnie. Ciąg dalszy wkrótce nastąpi, tymczasem iść muszę, tygrysa z łazienki przepędzić…

NIKON ZŁY

Mam problem z komórką. W kółko dzwoni do mnie jakaś natrętna blerwa ze skarbówki, a w ogóle nie dzwoni przystojny brunet. Poproszę o nowy model

NIKON_ZLA

Podobnie jak reszta świata, przeczytałam wczoraj wpis o Nikonie Złym. I co ja o tym myślę? Myślę tak. Autorka zrobiła mi kiedyś zdjęcie telefonem i wrzuciła je na Facebook. Ktoś inny złośliwie zapytał, czy jestem Matką Rodzicielką. Pomyślałam sobie więc, że faktycznie jej komórka nadaje się do robienia tostów, bynajmniej nie do robienia zdjęć. Nie zgadzam się na to. Uważam, że każdy, kto robi mi zdjęcia, powinien mieć aparat profeska. Żądam więc od Nikona, żeby dostarczył wyżej wymienionej blogerce przyzwoity sprzęt!

Nie to, że nie lubię być matką. Uwielbiam. Uwielbiam robić pranie i kanapki do szkoły, pasjami lubię chodzić na wywiadówki i przepadam za wściekłym jazgotem o świcie. W sumie mogłabym się zaopiekować też i Segrittą, byłoby zabawnie. Ale ja nie o tym. Mam tu do napisania wpis roszczeniowy, bo poza Nikonem widzę jeszcze sporo zła na tym świecie. I jako blogerka czuję się zobowiązana to zło naprawiać.

Po pierwsze: moja komórka. Zepsuła się. Mam z nią ogromny problem. W kółko dzwoni do mnie jakaś natrętna blerwa ze skarbówki, a w ogóle nie dzwoni przystojny brunet. Poproszę o nowy telefon. Firma, która przyśle mi najbardziej wypasiony model, przegoni blerwę i  jednocześnie doprowadzi do porządku przystojnego bruneta, otrzyma ode mnie pakiet wymuskanych postów. Czekam zatem.

Druga rzecz, komputer. Sytuacja stała się dramatyczna. Miałam napisać Dzieło Mojego Życia, prawda? Po to poszłam do Euroagdmediamarkt. Po to prowadziłam niekończące się rozmowy z informatykami. Już mi się kraciasta flanela po nocach śniła! Zgłębiałam tajniki Internetu, śledziłam fora. Kupiłam wreszcie komputer. I co? I wciąż nie napisałam na nim żadnego DMŻ! Zobaczcie, ile czasu minęło! Że niby mam kilkadziesiąt stron tekstu? Kpiny! Gdzie skład, gdzie wydawnictwo? Ręce opadają. Nie będę nawet pisać do Acera, co o tym myślę. Po prostu żądam nowego sprzętu.

W kwestii samochodu. Wczoraj zatrzymała mnie policja. Na pytanie, jaki był tego powód, policjanci odparli:

– Zaintrygowało nas pani dziwne zachowanie.

A jak niby mam się zachowywać, jeżdżąc już trzeci rok włoskim samochodem? A panowie jakby się zachowywali? To woła o pomstę do nieba, o grzmoty blogosfery. Brak słów, żeby blogerka tłukła się starym Punto w grudniowe popołudnie po gruntowej drodze, zamiast szusować autostradą jakąś banana yellow wypasioną furą ku blogowej satysfakcji. (I tu branża samochodowa ma szansę się wykazać).

No i na koniec ja sama. Może nie powinnam pisać tak mało obiektywnie, ale w końcu każdy bloger to kontrowersyjny Narcyz, więc może wszystko. To i ja mogę, prawda? Także, drodzy Państwo, ja jestem zła. Bardzo zła. Rozsierdzona do białości. I albo spełnią się moje życzenia, albo obsmaruje wszystkich jak leci. Ostrzegam. Przeczyta to co najmniej siedmiu czytelników!

I pies z kulawą nogą.

PS.  Przy okazji. Widziałam w Biedronce Jim Bean, pół litra, oryginał. Chyba mi się należy, co?

W oczekiwaniu na koniec świata

Oko cyklonu

Czarna dziura emocji kosztuje najwięcej, żadna materialna podnieta nie jest w stanie jej wypełnić

422316_2604521108290_1472114101_nAni przejmujące zimno, ani jogurt własnej roboty, ani burbon z Biedronki, ani kolejne centymetry opadającego puchu nie są w stanie zasypać pustki, jaka panuje w moim świecie od kilku dni. Pustka, która wdarła się nad ranem w sobotę  (a sobotnie poranki mają swoje prawa, które bynajmniej nie powinny mieć nic wspólnego z pustką), tak się rozgościła, tak się we mnie rozpanoszyła, że wyparła szpik kostny, grupę krwi zredukowała do zera i wyrugowała czynnik RH. Wymiotła przy okazji z moich żył hemoglobinę, hematokryt, leukocyty i każdy promil tego, co odpowiada w organizmie za jakikolwiek wigor. Snuję się więc już trzy dni blada, żadna, przeźroczysta i nie szukając już nawet sensu życia, trwam.

Nie wiem, co się stało. Nie pojmuję tego. Zważywszy na to, że ostatnio moje życie przypominało stan permanentnej erupcji, podczas której raz po raz wybuchały kolejne niespodzianki. I tak: buch! wyjazd do Warszawy, buch! szkolenie pracowników ministerstwa, buch! hotel „Makowa Panienka”, buch! melanż z Siostrą Młodszą, buch! wyjazd do Torunia, buch! prelekcja na Uniwersytecie, buch! wykład na polibudzie, buch! przystojny brunet, buch! zgrabna blondynka, buch! chińska restauracja, buch! Polski Bus, buch! ruska załoga, buch! policja w autobusie, buch! gdzie moja walizka? buch! schowaj tę wiśniówkę, buch! spotkanie w Gdańsku, buch! kolacja w Sopocie, buch! koncert w Gdyni. Buch! czemu mam wciąż klucze od „Makowej Panienki”?! buch! idę spać. Buch! kurwa mać…

I nagle budzę się, a tu nic!

Budzę się, a tu pustka!

Rozdzierająca cisza, przepastny brak!

Żadnego: „buch”!

Idę coś kupić, jakoś się wypełnić. Zapchać się ciuchem, książką, płytą. Nic. Rzeczy wpadają w pustkę, niczym samobójcy w krater i znikają tam bez echa. Czarna dziura emocji kosztuje najwięcej, kosztuje kosmiczne pieniądze, żadna bowiem materialna podnieta nie jest w stanie jej wypełnić. Karta kredytowa jak szpachelka zdarta od syzyfowej pracy, gładzi wyrwy bez ich wypełniania. Niby jest jakieś spoiwo, niby coś się dzieje, jednak skutku brak. Pustka jak była tak jest. Pustka wieje, duje, wietrzy grudniowym przeciągiem zdumione moje „ja”.

Pracuję jak zombie, jak maszyna. Bez uśmiechu, bez smutku. Czarny golf i sprane dżinsy snują się po świecie bezpańsko, same chodzą beze mnie, bo przecież mnie nie ma, pustka mnie zjadła, pożarła nicość. Nawet mnie diabli nie porwali, jak tego nieszczęsnego Prochora Piotrowicza. Żeby chociaż! Wolałabym. Sam garnitur by siedział w pracy, a ja, nagusieńka, w piekle. Ale bym się bawiła! Tymczasem? Sama nie wiem, gdzie jestem, gdzie moja energia, gdzie mój zapał, gdzie lawa emocji, z których jestem złożona? Wszak, jeśli emocji nie ma, ja też znikam.

Śnił mi się dziś wulkan. Sprawdziłam w senniku internetowym. Szczególne przygody mnie czekają, nie to co do tej pory. Jeśli więc opisane wybuchy są jedynie pomrukami przyszłości, są tylko preludiami prawdziwej erupcji, nie ma sprawy. Moja pustka to cisza przed tornado, to oko cyklonu.

Czekam na jego mrugnięcie.

Mężczyźni są z Marsa, a kobiety są z gruntu. Złe

Żaden mężczyzna nie ma brzucha

Facetowi NIE PRZESZKADZA podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?

Całe dzieciństwo jakoś się przekolebałam w dobrych relacjach z płcią przeciwną, ściśle z płcią zupełnie odmienną (nie napiszę, że brzydszą, bo i tak się już naraziłam). No więc, nie powiem, było całkiem zabawnie. Lubiliśmy się, pożyczaliśmy sobie temperówki, graliśmy w piłkę nożną, zbudowaliśmy klub na strychu. Potem, na studiach, pędziliśmy sobie bimber, chodziliśmy na piwo, słuchaliśmy płyt i, co tu narzekać, nie było aż tak źle. Zwykłam myśleć, że chłopcy są całkiem w porządku, że w przeciwieństwie do dziewczynek nie wykazują skłonności do nabzdyczenia, a jak się dobrze trafi, to z takim chłopcem można ukraść kilka przysłowiowych koni.

Tu należałoby wspomnieć Krzysztofa K., inicjatora i głównego organizatora wyścigów ślimaków (z braku konia i ślimak dobry), który widząc mój niepohamowany apetyt, postanowił w trzeciej klasie podstawówki robić mi kanapki do szkoły. I robił!

Warto przywołać także wspomnienie Pawła S., wielbiciela tubifeksów, który przekonany o ich obecności pod skorupą lodu, w środku zimy urządzał imprezy na środku Jeziora Kortowskiego. Do dziś nie pojmuję, jakim cudem przeżyliśmy. W każdym razie – wszystko było ok.

Ale któregoś dnia dorosłam. I zaczęłam pisać. Na przykład o relacjach międzyludzkich. O wadach i zaletach obu płci (przysięgam, niejednej babie dokopałam). Ale gdy zaczęłam pisać, moje stosunki z mężczyznami się zmieniły. I nie chodzi tu bynajmniej o stosunki cielesne, ale relacje mentalne. Emocjonalne. Życiowe.  Moje pisanie, niczym klin, wbiło się między mną a mężczyzną i rozłupał naszą przyjaźń. Ściśle – faceci wpadli w furię. Bo, wybaczcie, żarty z anonsów panów na portalach erotycznych? Żarty z  impotencji? Żarty z otłuszczonych torsów plażowiczów? Żarty z dominacji? Z szowinizmu? Z żądzy władzy? Z przekonania o swojej wyjątkowości, z bycia pępkiem świata? Z braku samokrytycyzmu?

I tak, z całkiem przyjemnej blond trzpiotki zmieniłam się w brzydką, tłustą feministkę, przekuwającą swoją frustrację w pseudo literaturę, a problem polega na tym, że żaden facet mnie nigdy nie zechce, bo przecież jestem brzydką i tłustą feministką. Wszystko skiepściło się do tego stopnia, że – by ratować resztki swojej pozycji w poukładanym świecie – muszę odszczekać to co napisałam.

Tak więc odszczekuję i przyznaję, że:

  1. Mężczyźni, owszem, są z Marsa, ale kobiety są z Ziemi, a nawet z gruntu. Złe.
  2. Jeśli jednak kobieta będzie miła – facet, owszem, zabierze ją na orbitę, żeby sobie zobaczyła gwiazdy. A potem może nawet kupi jej mikser.
  3. Kobieta z racji punktu powyższego MUSI być miła, bo jak nie jest miła to normalnie,  sorry. Znaczy: lesba.
  4. Jak świat światem żadnemu facetowi NIE PRZESZKADZA podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?
  5. Faceci są ogólnie rozkoszni. Jak dzieci. Dlatego pozostają tacy (jak dzieci) do końca życia. Nie muszą odnosić po sobie talerza, wycierać butów ani składać skarpetek.
  6. Żaden mężczyzna nie ma brzucha. Ani tym bardziej, cycków. Dlatego może sobie chodzić z gołym torsem po mieście, podczas gdy, umówmy się, kobieta powinna się jednak zakryć. (Jeśli mężczyzna ma ochotę popatrzeć na gołą babę, to se ją wygugla.)
  7. Faceci mają rację. Tak jest świat ułożony. Jeśli jednak jej nie mają, nie należy się z tym specjalnie wychylać, bo przecież każdy głupi wie, że facet musi być chwalony. To chyba ma rację, co?
  8. Każdy mężczyzna, bez wyjątku, jest świetnym kierowcą. Ty zaś jesteś babą za kierownicą. Jeśli więc on siedzi obok ciebie, gdy prowadzisz, przyjmuj pokornie wszystkie: „zwolnij”, „zmień bieg”, „szybciej”, „nie hamuj”, „pas lewy”, „pas prawy”, „jedynka”, „gaz”… i broń Boże, nie protestuj! Jeśli jednak masz wątpliwości, patrz punkt 7.
  9. Świat bez facetów byłby straszny. Znikłyby wojny, zbrojenia, przepadłaby polityka. Ale to jeszcze nic, to jeszcze jakoś by się dało naprawić. Największy dramat, aż strach pomyśleć – zniknąłby kler.
  10. Mężczyźni są piękni, inteligentni i mili. Wszyscy. Nawet ten szalenie uprzejmy pan z czarnego BMW, który wczoraj chciał zaparkować akurat w tym samym miejscu, gdzie ja wjechałam, więc wiadomo, miał rację, że opuścił szybę i krzyknął do mnie: SPIE…LAJ!