Fotograf jest jak niedyskretny ginekolog

Wciągnięty brzuch twój wezdmie, skrywane wyćwiczoną mimiką wory pod oczami wyostrzy…

…wnika w najgłębsze zakamarki kompleksów, by pokazać je światu

Dostałam mandat. Przyszedł pocztą wraz z fotografią, na której wyszłam jak szara plama. Dłuższą chwilę zajęło mi rozszyfrowanie, kto jest na zdjęciu. Niestety ja. Podwójne niestety, bo za ową sesję zdjęciową:

  1. Muszę zapłacić dwie stówy.
  2. A wyglądam jak szara plama.

Mam znajomego, który rozpływa się często nad tym, jaka to jestem niby fotogeniczna. Ostatnio nawet powiedział: „Chciałbym tak wychodzić na zdjęciach, jak ty”. Sławek! A ja bym chciała wychodzić na zdjęciach jak ty! Zwłaszcza na tego rodzaju zdjęciach. Chciałabym wychodzić na zdjęciach jak ktokolwiek inny, tylko nie jak ja.

Fotografia to dziedzina straszliwa. Obnażająca. Bezlitosna. Taki fotograf jest jak niedyskretny ginekolog. Zajrzy w duszę, rozewrze ciało i wszelkie niedoskonałości, wszelkie mroki tajemne na wierzch, przed jupiter ludzkiego szyderstwa wywlecze. Wziernikiem obiektywu w najgłębsze zakamarki kompleksów wniknie. Wciągnięty bezdechem brzuch wezdmie, przed lustrem skrywane wyćwiczoną mimiką wory pod oczami wyostrzy. O ile resztki przyzwoitości się w nim telepią, łaskawie choć przez edytor przepuści, trochę Photoshop’em podleczy, zanim zmęczone i pomarszczone truchło tłumowi rzuci na pożarcie.

-Uśmiech! – słyszysz i choć ci niewesoło, ćwiczysz posłusznie głupa przed aparatem w nadziei, że nie wyjdzie ci druga broda. Że opadłe policzki skurczem mięśni podniesiesz. Fotograf pieje (oni zawsze pieją), więc roją ci się cuda, zaglądasz mu przez ramię, a na wyświetlaczu twarz zorana, zębem czasu pogryziona i milion zmarszczek od tego durnego uśmiechu powstało. No to jeszcze raz, prosisz, i tym razem do obiektywu stajesz poważna. I co? Zwis sflaczałej skóry i smutek starczy z opadniętej twarzy wyziera. I tak źle i tak niedobrze. Z góry? Cienie wątrobowe. Z dołu? Podgardle jak u zwierza. Au face? Gęba szeroka. Z profilu? Nos krzywy. Tyłem…?

Są istoty, które na widok aparatu fotograficznego rezolutnie reagują piskiem: – Nie rób mi zdjęcia! – i nakrywając głowę bieżnikiem, lądują z miejsca pod stołem. Trudno odmówić im słuszności. Nie ma bowiem nic gorszego od rodzinnych fotografii w liczbie czterystu odbitek z niezliczoną ilością kombinacji ustawienia wujków, stryjków, ciotek i siódmych wód po kisielu z purpurowymi twarzami nad rozgrzebaną gęsią i opróżnioną zero siedem. Weź to potem oglądaj! Nic mnie tak nie przeraża, jak pytanie: chcesz zobaczyć zdjęcia? Chcesz zobaczyć zdjęcia ze ślubu? Z wycieczki do Tunezji? Z pasowania na przedszkolaka?

Czy to naprawdę jest zapis życia? Czy może raczej pstrykanie w nieskończoność, bezmyślne tracenie chwil, których już nikt nie przeżywa tylko konsumuje, gromadzi jak te wszystkie koszulki z H&M? A gdyby tak wprowadzić odgórny zakaz robienia zdjęć w liczbie większej niż jedno? Raz i koniec. Jak narodziny. Jak pierwszy krok. Pierwsza miłość. Jak śmierć.

O ile zmieniłaby się wartość chwili! Mgnienie oka na wagę złota. Moment jeden jedyny, bezcenny. Bo, który z nich ważniejszy na takich właśnie wakacjach? Czy ten z pokoju hotelowego na tle gęstego od egzotyki kilimu, czy ten ze śniadania w słońcu rozgrzewającym miętową herbatę? Czy może ten z pustyni, z karawaną w oddali? Czy ten wieczorny, wśród palm oazy? Już sama rozterka wydaje się skarbem…

Indianie wierzyli, że robienie zdjęć kradnie duszę. Ile więc można tej duszy kraść? Raz, dziabnąć, w porządku. Ale sto, dwieście, tysiąc razy? Co z duszy zostanie? Gdzie dusza powędruje? Na Facebook? Na okładkę pisma? Do gazety? Do kociej kuwety?

Reasumując, na jedno zdjęcie mogę się zgodzić. Jedno zdjęcie z chrzcin, jedno z komunii, jedno ze ślubu. Jedno z urodzin, jedno z pogrzebu.

I jedno, pierwsze i ostatnie zdjęcie z podróży samochodem w stanie podenerwowania (niech nikt nie pyta skąd podenerwowanie, czynników jest aż nadto) i nieznacznego przekroczenia prędkości (z czego zaraz robić raban?) wobec nadpobudliwej migawki złośliwie ustawionego na prostej dwupasmówce radaru.

11 comments

  1. Emily

    Również nie jestem fanką robienia fotografii.. ale uwielbiam je oglądać. Po kilku latach siadamy w rodzinnym gronie mama, tata, brat, siostra.. i oglądamy nasze śmieszne facjaty sprzed n-tu lat. Dlatego nie bronie się przed ich robieniem, a wydaje mi się, że ludzie którzy nie lubią zdjęć mają kompleksy(?), uprzedzenia, boją się swojego prawdziwego JA(?). Bo przecież zdjęcie pokazuje nasze prawdziwe obnażone oblicze.
    PSSt: bardzo podobały mi się niedzielne zajęcia:)
    pozdrawiam ciepło
    Emilaa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s