Pani profesor

Ciało pedagogiczne zawsze kojarzyło mi się z czymś martwym, drętwym i zimnym

Nigdy w życiu nie chciałam być nauczycielką. Przez moment bym nie  pomyślała, że warto całe  życie poświęcić na niesienie kaganka oświaty wśród małoletniej gawiedzi, która w zamian strzelałaby we mnie plastelinowymi kulkami. Wizja kosza na śmieci na mojej głowie, tudzież poduszki pierdziuszki na moim krześle utwierdza mnie w przekonaniu – wielkie miałam szczęście, że miotając się między bioinżynierią a dziennikarstwem szczęśliwie nie zabłądziłam w meandry pedagogiki.

Boże, uchowaj!

Ciało pedagogiczne zwykle kojarzyło mi się z czymś martwym, odrętwiałym i zimnym. Jak to brzmi, ludzie! Jak mowa o majaczących członkach jakiejś mrocznej organizacji, wielkim sinym stosie bezimiennych istot w zbiorowej mogile dzieciństwa. Czy bowiem jakakolwiek nauczycielka była kiedyś dzieckiem? Wykluczone. Zasznurowana pod brodę zombie od wieków chodziła sztywno, od wieków patrzyła krytycznie, od wieków prychała pogardą. Żadnym sposobem nie miała do czynienia z huśtawką. Nigdy się nie bawiła misiem. Nie zaznała smaku lodów truskawkowych.

Pamiętam taką jedną, która w wieku lat sześćdziesięciu, tuż przed wytęsknioną przez wszystkich uczniów emeryturą, jakimś niepojętym sposobem dowiedziała się, że dziesięcioletni chłopcy różnią się od dziewcząt nie tylko imionami, lecz także zawartością spodni. Podobno jeden z uczniów po powrocie z toalety celowo nie zapiął do końca rozporka i sprawa stała się jasna. Nauczycielka cała w pąsach wszczęła raban, zwołała rodziców, dyrekcję, księdza. Już podłogi chciała zrywać, już policję chciała wzywać, podczas gdy cała szkoła miała z niej bezlitosny ubaw.

Inna, znana powszechnie z ciekawego stosowania języka polskiego, wydawała uczniom tajemnicze polecenia, typu: „Złóżcie kartkę na trzy równe połowy i tą trzecią zróbcie większą.” Gdy zauważyła, że ci z radością spisują na każdej lekcji jej sentencje, skonfiskowała bogate już archiwum i z oburzeniem pokazała je na zebraniu rodziców. Rzecz jasna, rodzice wpadli w zachwyt.

Długo można przytaczać kolejne przykłady ciał pedagogicznych, o ile to można robić z dystansem. O ile człowiek się trzyma z daleka od szkoły. O ile gaworzenie owo służy li tylko rozrywce  szanownych Państwa, którzy beztrosko pijąc poranną kawę wspomną z rozrzewnieniem dalekie czasy liceum. Podstawówki. Gdzie straszyła bezwzględna matematyczka, co się jej pod stół zaglądało udając schylanie po gumkę. Gdzie facetka od chemii ku wielkiej radości zeszłorocznych stawiała sławetne pały. Gdzie fizyczka z kamienną twarzą chodziła po szkole z dyskretnie pociętą na wysokości tylnej części ciała spódnicą. Ale im się robiło psikusy! Ale im się na nosie grało! Ale się z nich łacha darło! Ha! Ha, ha, ha!

Jeśli jednak wizja kosza na śmieci i poduszki pierdziuszki zaczyna się robić realna, zaczyna nabierać kształtów, zaczyna wiać grozą – żadne tego typu dywagacje nie są już zabawne. I właśnie to chcę Państwu powiedzieć. Mam poprowadzić wykład. Warsztaty. Mam się stać nauczycielką. Niedługo, w przyszłą niedzielę, na Politechnice Gdańskiej, będę wygłaszać wątpliwe mądrości wobec młodzieży. Ściśle wobec studentów. A trzeba wiedzieć, że studenci są najgorsi. Mają przebiegłe umysły, rozbrykaną wyobraźnię. Nieokiełznany zapał do draki. Sama byłam studentką, to wiem. Tak, byłam studentką, choć nie mam matury z matematyki. Wiem, że to niepojęte, ale jednak (tu szybko na marginesie powiem, że ostatnio śniła mi się matura z biologii, a to już zakrawa na obsesję, psycholog pilnie potrzebny!).

Wracając, byłam więc studentką i robiłam rzeczy straszne. I teraz to wszystko do mnie wróci. Jak bumerang czasu, zapętli i z trzaskiem utnie mi głowę. O ucieczce nie ma mowy. Na mój warsztat zapisała się cała klasa. Jest komplet. Lista zamknięta. Nie mam wyjścia. Z rozchichotanej trzpiotki stałam się sinym ciałem pedagogicznym, zasznurowaną belferką. I jedyne, co mogę teraz zrobić, to kupić sobie długą, elastyczną, mocno ciągnącą linijkę.

———————————————————————————–

http://medionalia.pl/gocie/warsztaty

25 comments

  1. Anonim

    „My mierzymy was w wannach i pod kołdrami. „A Ciebie to już dawno, więc czy nauczasz czy nie to nam nie robi.

  2. Piotr Gąszcz

    Dasz radę nie będą gorsi od Sablewskiej:). A do pierwszego komentarza muszę wkleić teks Kazika, bo chyba autor nie do końca zrozumiał o co chodzi: I rozmawiałem o tobie z moim najlepszym kolegą
    Że pojechać bym chciał z tobą do Hio de Janeiro
    Okazało, że dzieje się to z wszystkimi chłopcami
    My bierzemy cię w wannach albo pod kołdrami
    Czy ty wiesz o czym ja mówię?

  3. aagaaa

    matury z matematyki też nie zdawałam, ale za to z biologii…jak ja ją zdałam to nie wiem, akurat wtedy poznawałam smaki życia 😉
    a co do wykładu na luzie i z jajem proponuję do tego podejść 🙂
    i w niedzielę Pani Sylwia wchodzi na wykład z jajem… 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s