Mgła

Samoloty nie latają wcale, a samochody snują się jak zjawy…

Fot. Aneta Bogatek

Plany były dalekosiężne. Najpierw Cisowa Góra, potem most w Stańczykach. Kanapki, termosy. Lornetka. Luneta. Wszystko w pogotowiu. Będą widoki. Będzie oglądanie. Co tam oglądanie. Zdjęcia! Na Facebook się wrzuci, na blog.

Rano mgła. Nie widać nic. Nic kompletnie. Domu sąsiada. Drzewa w ogrodzie. Drogi, jeziora, rzeki, przepaści… ? Mleko wylało się na świat, mlekiem zalał się krajobraz.

Samoloty wstrzymane. Podróże sparaliżowane. Samochody zastygły, zastygło życie. Żadnego ruchu w tę czy w tę, po prostu totalny, klimatyczny jesienny paraliż. Idziemy pomału, żeby się nie przewrócić, o kamień nie potknąć, w drzewo nie walnąć. Krok za krokiem, jak dzieci gęsiego, wolniutko jak starcy. Most w Stańczykach tkwi gdzieś w mlecznej poświacie zanurzony, my na moście nie wiemy nawet gdzie przepaść. Nie ma przepaści! Jest tylko ręka, którą trzymam kurczowo i tylko głos, który mnie zza zasłony dochodzi.

– Idziemy?

– Gdzie?

– Nie wiem…

Zastygnięci, w oparach świtu zanurzeni przestajemy się spieszyć. Przecież spieszyć się nie sposób. Każdy ruch, gwałtowny zryw może się skończyć tragicznie. Siedzimy więc na moście, patrzymy na swoje dłonie, oglądamy guziki przy kurtce. Tylko guziki widać, gdy się je do oczu przybliży.

– Może choć zdjęcie zrobię? – pytasz, a ja się przekornie zgadzam, bo wiem, że na zdjęciu nic nie wyjdzie. Nikomu tego zdjęcia nie pokażę, bo przecież tej mlecznej chwili i tak nikt nie zrozumie. Pstryk, słyszę, jak chwila zastyga razem z nami w tej mgle, ale nie dbam o to. Jem kanapki z plecaka i znów oglądam guziki. Ten od twojej kurtki, zobacz, jest przyszyty niebieską nitką. Nie mogłam znaleźć czarnej, to wzięłam niebieską. Pamiętasz, jak sobie skleiłeś kiedyś buty taśmą klejącą, bo nie mogłeś znaleźć butaprenu? Śmiejemy się, bo nagle wszystkie te rzeczy, których kiedyś nie mogliśmy znaleźć, stają się niepotrzebne. Po co szukaliśmy? Przecież wszystko jest tu, pod ręką. Niebieska nitka też świetnie trzyma. Taśma klejąca też daje radę. Przepaść w Stańczykach jest pewnie piękna, krajobraz z pewnością cudny. Lot samolotem, cały ten plan oblatania Ziemi dookoła w tę i z powrotem… cały ten pośpiech, strach, że nie zdążymy, że nam życia nie starczy, żeby jeszcze to zobaczyć, tamto zaliczyć, wszystko, cały świat jednym haustem połknąć…   Ale zaraz, zaraz… Co z naszymi guzikami? Gdzie chwile nieostre, których żadną miarą na Facebook wrzucić się nie da?

Mgły są zatrzymanym oddechem jesieni. Jej snem. We mgle jest ciszej. We mgle świat się kołysze w tym swoim niepojętym letargu. We mgle samoloty nie latają, a samochody snują się pomału, jakby były zjawami. Czas nie istnieje, nie istnieją światy. Jesteśmy tylko my ze swoimi małymi rzeczami, ze swoimi guzikami na niebieskiej nitce, ze swoimi kanapkami w plecaku, z kieszeniami, w których przed listopadowym chłodem chowamy dłonie. Nic nas nie obchodzi, żaden wielki świat, my tu mamy swoje małe jesienne życie i niech ono trwa jak najdłużej.

—————————————————————————————-

BE Magazyn/)7/Slow

Fotograf jest jak niedyskretny ginekolog

Wciągnięty brzuch twój wezdmie, skrywane wyćwiczoną mimiką wory pod oczami wyostrzy…

…wnika w najgłębsze zakamarki kompleksów, by pokazać je światu

Dostałam mandat. Przyszedł pocztą wraz z fotografią, na której wyszłam jak szara plama. Dłuższą chwilę zajęło mi rozszyfrowanie, kto jest na zdjęciu. Niestety ja. Podwójne niestety, bo za ową sesję zdjęciową:

  1. Muszę zapłacić dwie stówy.
  2. A wyglądam jak szara plama.

Mam znajomego, który rozpływa się często nad tym, jaka to jestem niby fotogeniczna. Ostatnio nawet powiedział: „Chciałbym tak wychodzić na zdjęciach, jak ty”. Sławek! A ja bym chciała wychodzić na zdjęciach jak ty! Zwłaszcza na tego rodzaju zdjęciach. Chciałabym wychodzić na zdjęciach jak ktokolwiek inny, tylko nie jak ja.

Fotografia to dziedzina straszliwa. Obnażająca. Bezlitosna. Taki fotograf jest jak niedyskretny ginekolog. Zajrzy w duszę, rozewrze ciało i wszelkie niedoskonałości, wszelkie mroki tajemne na wierzch, przed jupiter ludzkiego szyderstwa wywlecze. Wziernikiem obiektywu w najgłębsze zakamarki kompleksów wniknie. Wciągnięty bezdechem brzuch wezdmie, przed lustrem skrywane wyćwiczoną mimiką wory pod oczami wyostrzy. O ile resztki przyzwoitości się w nim telepią, łaskawie choć przez edytor przepuści, trochę Photoshop’em podleczy, zanim zmęczone i pomarszczone truchło tłumowi rzuci na pożarcie.

-Uśmiech! – słyszysz i choć ci niewesoło, ćwiczysz posłusznie głupa przed aparatem w nadziei, że nie wyjdzie ci druga broda. Że opadłe policzki skurczem mięśni podniesiesz. Fotograf pieje (oni zawsze pieją), więc roją ci się cuda, zaglądasz mu przez ramię, a na wyświetlaczu twarz zorana, zębem czasu pogryziona i milion zmarszczek od tego durnego uśmiechu powstało. No to jeszcze raz, prosisz, i tym razem do obiektywu stajesz poważna. I co? Zwis sflaczałej skóry i smutek starczy z opadniętej twarzy wyziera. I tak źle i tak niedobrze. Z góry? Cienie wątrobowe. Z dołu? Podgardle jak u zwierza. Au face? Gęba szeroka. Z profilu? Nos krzywy. Tyłem…?

Są istoty, które na widok aparatu fotograficznego rezolutnie reagują piskiem: – Nie rób mi zdjęcia! – i nakrywając głowę bieżnikiem, lądują z miejsca pod stołem. Trudno odmówić im słuszności. Nie ma bowiem nic gorszego od rodzinnych fotografii w liczbie czterystu odbitek z niezliczoną ilością kombinacji ustawienia wujków, stryjków, ciotek i siódmych wód po kisielu z purpurowymi twarzami nad rozgrzebaną gęsią i opróżnioną zero siedem. Weź to potem oglądaj! Nic mnie tak nie przeraża, jak pytanie: chcesz zobaczyć zdjęcia? Chcesz zobaczyć zdjęcia ze ślubu? Z wycieczki do Tunezji? Z pasowania na przedszkolaka?

Czy to naprawdę jest zapis życia? Czy może raczej pstrykanie w nieskończoność, bezmyślne tracenie chwil, których już nikt nie przeżywa tylko konsumuje, gromadzi jak te wszystkie koszulki z H&M? A gdyby tak wprowadzić odgórny zakaz robienia zdjęć w liczbie większej niż jedno? Raz i koniec. Jak narodziny. Jak pierwszy krok. Pierwsza miłość. Jak śmierć.

O ile zmieniłaby się wartość chwili! Mgnienie oka na wagę złota. Moment jeden jedyny, bezcenny. Bo, który z nich ważniejszy na takich właśnie wakacjach? Czy ten z pokoju hotelowego na tle gęstego od egzotyki kilimu, czy ten ze śniadania w słońcu rozgrzewającym miętową herbatę? Czy może ten z pustyni, z karawaną w oddali? Czy ten wieczorny, wśród palm oazy? Już sama rozterka wydaje się skarbem…

Indianie wierzyli, że robienie zdjęć kradnie duszę. Ile więc można tej duszy kraść? Raz, dziabnąć, w porządku. Ale sto, dwieście, tysiąc razy? Co z duszy zostanie? Gdzie dusza powędruje? Na Facebook? Na okładkę pisma? Do gazety? Do kociej kuwety?

Reasumując, na jedno zdjęcie mogę się zgodzić. Jedno zdjęcie z chrzcin, jedno z komunii, jedno ze ślubu. Jedno z urodzin, jedno z pogrzebu.

I jedno, pierwsze i ostatnie zdjęcie z podróży samochodem w stanie podenerwowania (niech nikt nie pyta skąd podenerwowanie, czynników jest aż nadto) i nieznacznego przekroczenia prędkości (z czego zaraz robić raban?) wobec nadpobudliwej migawki złośliwie ustawionego na prostej dwupasmówce radaru.

Krótki kurs asertywności

W popłochu szukam riposty, bo co odpowiedzieć na taki tekst: – E, chcesz zobaczyć mojego węża?

Idę przez centrum handlowe, patrzę: wąż. Wielki, leniwy, tłusty pyton. Staję jak zahipnotyzowana z wbitym przez szybę wzrokiem w jego nieruchome oczy. Mijają sekundy, minuty, a ja z moim wężem w tym nagle stworzonym, zamkniętym, nierealnym świecie jego terrarium za szybą sklepu zoologicznego. Zawieszona trwam w wężowej przestrzeni, w aurze gada, bez wstępu do jego skóry zmiennej, jego lśniącego garnituru tak niedbale i z gracją zrzucanego przy wzroście wagi, którą ów nigdy się nie przejmuje, przeciwnie, którą się chlubi. Prążkowany, wyklęty.

Długi cętkowany kręty.

Patrzymy na siebie, milczymy na siebie, czas mija. Czas – żmija. Nie ma już mnie, nie ma już jego, jednym ciałem z szybą pośrodku jesteśmy. Jednym ciałem, jedną duszą wężową spleceni wokół drzewca przez pracownika sklepu zoologicznego do klatki wstawionego, w jednej, zupełnie nowej, tygrysio upstrzonej skórze.

I nagle słyszę z innej planety jakieś głosy, w szybie odbite postacie widzę i już się od węża odklejam, choć stoję tam nadal, już mnie w wężu zabrakło, już z jego łusek wychodzę.

Trzech łepków łysych idzie, w adidasach, z torbami najka, w dresach za luźnych, w bluzach kroczą. Stopy na zewnątrz,  klaty na zewnątrz, uda na zewnątrz. Marsz, marsz, bujają się kaptury. Maszerują chłopcy, maszerują. Patrzą na mnie i już słyszę ich tubalny rechot. I wiem, że zaraz padnie to zdanie, na które nie znam odpowiedzi. W popłochu porzucam pytona, sklejam ze stuporu ripostę, ale nie da się, nie da się, bo co odpowiedzieć na taki tekst:

– E! A chcesz zobaczyć mojego węża?

Odejdę, to zrównam i pójdę razem z nimi. Za nic w świecie. Zostanę, jeszcze gorzej. W przeciwną stronę, tyłem rakiem bezsilnie umykam, a wściekła, bo adidasami w egzotykę moją weszli. Idę i kłócę się z sobą, z tą drugą mną, z tą mądrą, z tą co ma język niewyparzony, co wie jak się odciąć łysemu w kapturze. Mówię jej, co mnie spotkało, tłumaczę. Ty wiesz, zrozum, ja lubię przyrodę. Kocham zwierzęta. Fascynują mnie węże. Tygrysy. Pająki. Muchy nawet. Przecież wiesz, znasz mnie – mówię. Zniecierpliwiona, fakt, może i nerwowa jestem. Ale zrozum. Studiowałam zoologię. Filmy przyrodnicze oglądam. Kupiłam kablówkę tylko dla programu Planet. I Discovery Channel. Odłączyli mi po miesiącu, bo się promocja skończyła. Więc gdy węża zobaczę w Manhattanie, to chyba mogę na węża popatrzeć bez kibolskich wtrętów? Co? Czy nie mogę? Co?!

A ona milczy. Mądrala. Już ją widzę, jak stoi przy szybie, przy witrynie sklepu zoologicznego i patrzy na węża. Już jest z nim jednym ciałem. Oboje milczą, lewitują w swoim świecie, w zamkniętej dżungli, w środku miasta, w centrum handlowym, dwa posągi, kochankowie spleceni w uścisku fascynacji. Ona pulchna blondynka i on – osiem metrów królewskich zwiniętych wokół drzewca z terrarium sklepu….

I nagle trzech dresiarzy, hobby siłownia, iloraz sześćdziesiąt – w szybie się odbijają, słychać żabi rechot. Wąż się wzdryga, ona stoi. Twarda jak posąg, ze stali, kurde, z brązu! Więc jeden z osiłków wychyla się zaczepnie i mówi:

– E! A chcesz zobaczyć mojego węża?

Wtedy ona niechętnie odwraca wzrok od gada, z żalem się z nim na chwilę rozstaje, i od niechcenia, z obrzydzeniem leniwym na twarzy, łysego delikwenta z tym jego przyobiecanym wężem, co go on ma taką ochotę pokazać, taksuje i mówi głośno, konkretnie, choć krótko:

– Nie.

————————————————————————————————

Kartuzy, kwartalnik literacki Światło i Cień, nr 1

Rzucił cię facet? Gratulacje

Nowe wspaniałe życie

Nie szukaj porad w internecie. Na hasło „rzucił mnie facet” wyszukiwarka podpowiada cynicznie: na łóżko…

Stało się. Odszedł. Czujesz się samotna, zraniona, oszukana. Siedzisz skulona w fotelu i rwiesz włosy z głowy. Prawdę mówiąc, szkoda czasu, ale rozumiem, że musisz się wypłakać. Gdy wreszcie skończysz z tym bezpodstawnym lamentem, przeczytaj znajdującą się poniżej instrukcję obsługi swojej świeżo darowanej wolności, a  gwarantuję, że wkrótce będziesz fruwać ze szczęścia:

1. Odkop spod ziemi wszelkie stare, nowe i potencjalne przyjaźnie. Właśnie pożegnałaś człowieka, który swą mrukliwością zabijał radość bycia w towarzystwie i teraz możesz do woli spotykać się z tymi wszystkimi koleżankami, których on nie tolerował. Przyjaciółki są niezbędne. Takie prawdziwe, z krwi i kości, co się napiją z tobą wódki, wysłuchają cierpliwie i pozwolą płakać w rękaw. Nie szukaj porad w internecie. Na hasło „rzucił mnie facet” wyszukiwarka podpowiada cynicznie: na łóżko…

2. Kup sobie te wszystkie kolorowe pisma, babskie komedie, romansidła, „durnowate” wyciskacze łez, czyli wszystko to, czym udawałaś przed nim, że gardzisz. Rozsyp je po mieszkaniu i pamiętaj, że jesteś kobietką, trzpiotką, przysłowiową blondynką, która nade wszystko kocha się zryczeć przy Tytaniku. I to jest właśnie w tobie cudowne.

3. Idź na ciuchy. Najlepiej do szmateksu. Nie ma nic lepszego od epokowej kiecki  za grosze, w której wystąpisz na zakazanej do tej pory trzydniówce. Nie zapomnij przy okazji, że zaoszczędziłaś kupę forsy i z czystym sumieniem możesz ją puścić na wściekle czerwoną pomadkę, której do tej pory nie odważyłaś się użyć.

4. Chcesz coś w sobie zmieniać, nie daj Bóg, katować się na siłowni, by schudnąć? Niepotrzebnie. Jesteś cudowna. Tylko w uwierz w siebie. Poza tym, to bzdura, że mężczyźni lubią chude laski. Jeśli on tak twierdził, to znaczy że jest gejem. Kup sobie zatem ulubiona kremówkę i zjedz ją przed telewizorem, w porze TVN TURBO, pamiętając oczywiście, by przełączyć na TVN STYLE.

5. Zacznij chodzić nago po domu. Względnie we frymuśnej bieliźnie. Koniecznie w tych zabójczych butach, które trzymałaś w szafie przez trzy lata, bo mimo że miałaś faceta, nigdzie z nim nie chodziłaś. Mówisz, że jesteś sama w domu i nikt cię nie widzi? Nieprawda. Widzi cię najważniejsza osoba na świecie. Ty.

6. Zapisz się na salsę. Albo na zumbę. Albo jeszcze lepiej – na tango. Zapisz się na cokolwiek, co sprawi, że poczujesz radość bycia z innymi. Jeśli jednak jesteś samotnikiem, nie chce ci się jechać do klubu, albo nie masz pieniędzy na kurs – pożycz od przyjaciółki (patrz. pkt 1) koncert Madonny, włącz volume na max i poszalej w salonie. I żeby ci do głowy nie przyszło, że robisz to po to, by zrzucić jakieś kilogramy. Przeciwnie, jesteś obłędnie atrakcyjna i po prostu lubisz tańczyć.

7. Zacznij mówić to, co myślisz. Głośno i wyraźnie.  Nie wstydź się. Nie zasłaniaj rękami ust. Nie ustępuj. Nie schodź z drogi. Nie oddawaj najlepszej porcji tiramisu żadnemu facetowi, który ma focha, w nadziei, że zobaczysz na jego twarzy uśmiech. Nie zobaczysz.

8. Odkryj w sobie pasję. Nieprawda, że jej nie masz. Każdy ma jakąś pasję. I każda jest super ciekawa. Zbieranie grzybów? Fotografowanie motyli? Ba, nawet obserwowanie mrówek faraonek może być odkrywcze. Pamiętaj, że teraz wreszcie nikt ci nie będzie w tym przeszkadzał.

9. Powieś na ścianach swoje ulubione obrazy, te wszystkie, które mu się nie podobały. Nawet jeśli miałyby to być plakaty Johna Deppa z Bravo Girl. Otocz się rzeczami, na które lubisz patrzeć. Które pomogą ci zbudować twoją siłę, dodadzą ci energii. Może sama zacznij malować? Pisać? Tworzyć? Kleić z gliny? Zrób sobie swoją galerię. A potem zaproś znajomych. Masz jak w banku, że któryś z nich przekaże twojemu ex, jak świetnie sobie radzisz.

10. Oglądałaś ten film „Poznasz przystojnego bruneta”? Natychmiast obejrzyj. I zapamiętaj żelazną zasadę wszystkich rozstań w historii ludzkości. Otóż w ogólnym rozrachunku, z perspektywy czasu – to kobieta zawsze wygrywa. A dzień rozstania jest pierwszym dniem jej nowego wspaniałego życia.

—————————————————————————————–

dla moich przyjaciółek z Pkt.1

Horoskop explicite

W poszukiwaniu lepszej gwiazdy

Skorpion to znak zodiaku, który gotów jest sam siebie zabić, by przy okazji choćby drasnąć wroga

Byk w żeńskiej wersji to… Krowa?

Baran to katastrofa astrologiczna. Międzygwiezdny kataklizm. Jeśli jest coś, co Barana zatrzyma, to tylko ostateczność, do której dąży ślepo, porzucając po drodze wszelką szansę na szczęście i spokój. Spokój zresztą mało go interesuje, spokój jest synonimem przeraźliwej nudy, której to Baran unika jak ognia. Skoro o ogniu mowa – jest to żywioł szalenie Barana frapujący, dlatego już jako dziecko podpala ukradkiem wykradzioną rodzicom zapalniczką wersalkę, firany, a późnym latem – za pomocą skonstruowanego z dezodorantu miotacza ognia – muchy.

Zdenerwowany Baran jest niebezpieczny jak Godzilla, a warto podkreślić, że Baran jest zdenerwowany bez przerwy. Analizując te wszystkie cechy żywię wielki żal do moich rodziców, że mnie tak lekkomyślnie poczęli, by wydać na świat właśnie w kwietniu. Każdy inny znak jest lepszy, łatwiejszy, milszy.

Ot, na przykład taki Byk. Wprawdzie Narcyz, zadufany w sobie, leżący na wspomnianej wyżej, spalonej wersalce przez moment nie pomyśli, żeby zdjąć wałki z głowy, choćby akurat gościł Angelinę Jolie. Będzie się za to pysznić później, że Angelina ma więcej od niego zmarszczek i głupio skrojony kostium Chanel, podczas gdy on, Byk, właśnie nabył w lumpeksie o niebo ciekawszy. On ma zresztą wszystko ciekawsze i lepsze. Ludzie są ogólnie głupi, świat zwariował, kiedyś to były czasy, hyc! – na wersalkę. Matko, już jestem zdenerwowana…

To może Bliźnięta? Rozszczepienie jaźni. Siedzi toto z tobą gada, uśmiecha się, niby ok., a za diabła nie wiesz, co tam sobie myśli. Twierdzi, że nie pije, a nazajutrz wali absynt z gwintu. Obiecuje cuda, nie odbiera telefonu. Niby jeden człowiek – dwie osobowości. Tajemnica, z którą z nich masz właśnie do czynienia. Dopóki sobie drugiego takiego nie dobierze – telepie się w poczuciu prenatalnego deficytu…

Rak. Dom – Obiadek. Kocyk. Papucie na nogach, z głośnika sącząca się muzyczka. Przeźroczysty, nieprzytomny, zamglony typ. Pękiem róż, nutą szopenowską naznaczony odwiecznie niewinny, zdziwiony romantyk, któremu wersy życia składają się na poemat ułudy, że niby on jest najmądrzejszy, najładniejszy i najciekawszy na świecie. Oczywiście to bzdura.

Lew? Coś jak paw. Więcej grzywy niż rozumu. Chełpliwość zastępująca kompetencje. Przypadkiem ląduje na kierowniczych stanowiskach i lawiruje przed odpowiedzialnością. Nie umie nic, lwim swędem przeciska się przez szkoły. Płeć przeciwną czaruje utartymi metodami, ślepo wierząc w moc pozorów. Dopiero zaczęłam opisywać, a już jestem zmęczona tą jego niespożytą energią lidera, bo dla lidera jest tylko jedno miejsce i to mnie denerwuje potwornie, że mógłby je zająć taki Lew.

Panna. Ratunku! Panna i jej bibeloty przodków w buduarze, który z pasją równą tworzeniu Piątej Symfonii odkurza codziennie puchatą szczotką z Lidla. Niedziela w kościele, sobota w pralni. Porządek przerażający. To się może wydawać zadziwiające, ale podobno jest taki kraj na świecie, w którym mieszkają same Panny. To Niemcy.

To może Waga? Znak idealny, zrównoważony… tylko umrzeć z nudów. Można się nie czepiać ideałów, ale prawda jest taka, że ideałów na świecie nie ma, więc cały ten etos sprawiedliwości to jedna wielka bzdura. Waga jest tak przemądrzała, jakby zjadła wszelki rozum, którego jej niestety drastycznie brakuje.

Ciekawy jest za to Skorpion, może nawet najciekawszy. Paraliżująca inteligencja, ambicja, czar i niewyczerpane źródło seksualnych przygód… Wspaniałomyślnie omijam kwestię mściwości, zawiści i masochistycznej wręcz zajadłości, z którą ów dźga własny odwłok trującym oszczepem tępego „ja”. Tak, Skorpion to jedyny znak na Ziemi, który gotów jest zginąć w męczarniach, sam siebie zatłuc, by przy okazji choćby drasnąć wrogów, których rzecz jasna, ma na pęczki.

Strzelec. Sama nie wiem, czemu nagle mam zmienić ten znak i czemu niby miałby nim być Strzelec? Ten niedojrzały, wiecznie poszukujący chłopiec z plecakiem? Ten zakochany w sobie pozornie zabawny fircyk o przytępionym poczuciu humoru, który się kończy na gnębieniu towarzystwa nieśmiertelnym gagiem z „Chłopaki nie płaczą”? Boże, uchowaj!

Koziorożec. Słaniający się z niespełnionych ambicji frustrat. Obrażony na cały świat, który nie widzi tego, jaki on, Koziorożec, jest świetny, jaki mądry, stojący na ziemi mocno, realny do bólu, przeraźliwie zajęty, poukładany, nieśmieszny i NIESPONTANICZNY! Sztywniak pozorujący brak sztywności, czego efektem jest kuriozalny strój młodzika na zmęczonym ciele starca. Dramat.

Wodnik. Człowiek, który nigdy nie ma racji, choć oczywiście zdaje mu się, że ma ją zawsze. Gdy mu się udowodni jej brak, zapada na śmiertelne choroby i ostentacyjnie mdlejąc, wywołuje w otoczeniu poczucie winy. Właściwie diabli wiedzą, jaki jest Wodnik, bo jak zwykle pali głupa i udaje kogoś innego. Dziś idzie do zakonu, jutro podrywa zakonnice. Dziś wyznaje ci miłość, jutro odchodzi z koleżanką. Czepia się wszystkich i wszystkiego, zamęczając świat swoimi mało odkrywczymi komunałami.

Ryby? To jest w ogóle taki znak? To nie żart? Ten transparenty, cherlawy i wiecznie wpadający z roztargnienia pod samochód typ, to właśnie Ryby? To chyba jakaś pomyłka. Proponuję zupełnie inną nazwę dla tego znaku zodiaku: Plankton.

Szanowne Gwiazdy! To ja już wolę być sobą. Znów chcę być Baranem! Uwielbiam palić muchy, uwielbiam się w trzy minuty zakochać, uwielbiam to swoje rozdygotanie i nikim innym, broń Boże, nie chcę być!

————————————————————————————-

BE Magazyn/)7/Slow

Pani profesor

Ciało pedagogiczne zawsze kojarzyło mi się z czymś martwym, drętwym i zimnym

Nigdy w życiu nie chciałam być nauczycielką. Przez moment bym nie  pomyślała, że warto całe  życie poświęcić na niesienie kaganka oświaty wśród małoletniej gawiedzi, która w zamian strzelałaby we mnie plastelinowymi kulkami. Wizja kosza na śmieci na mojej głowie, tudzież poduszki pierdziuszki na moim krześle utwierdza mnie w przekonaniu – wielkie miałam szczęście, że miotając się między bioinżynierią a dziennikarstwem szczęśliwie nie zabłądziłam w meandry pedagogiki.

Boże, uchowaj!

Ciało pedagogiczne zwykle kojarzyło mi się z czymś martwym, odrętwiałym i zimnym. Jak to brzmi, ludzie! Jak mowa o majaczących członkach jakiejś mrocznej organizacji, wielkim sinym stosie bezimiennych istot w zbiorowej mogile dzieciństwa. Czy bowiem jakakolwiek nauczycielka była kiedyś dzieckiem? Wykluczone. Zasznurowana pod brodę zombie od wieków chodziła sztywno, od wieków patrzyła krytycznie, od wieków prychała pogardą. Żadnym sposobem nie miała do czynienia z huśtawką. Nigdy się nie bawiła misiem. Nie zaznała smaku lodów truskawkowych.

Pamiętam taką jedną, która w wieku lat sześćdziesięciu, tuż przed wytęsknioną przez wszystkich uczniów emeryturą, jakimś niepojętym sposobem dowiedziała się, że dziesięcioletni chłopcy różnią się od dziewcząt nie tylko imionami, lecz także zawartością spodni. Podobno jeden z uczniów po powrocie z toalety celowo nie zapiął do końca rozporka i sprawa stała się jasna. Nauczycielka cała w pąsach wszczęła raban, zwołała rodziców, dyrekcję, księdza. Już podłogi chciała zrywać, już policję chciała wzywać, podczas gdy cała szkoła miała z niej bezlitosny ubaw.

Inna, znana powszechnie z ciekawego stosowania języka polskiego, wydawała uczniom tajemnicze polecenia, typu: „Złóżcie kartkę na trzy równe połowy i tą trzecią zróbcie większą.” Gdy zauważyła, że ci z radością spisują na każdej lekcji jej sentencje, skonfiskowała bogate już archiwum i z oburzeniem pokazała je na zebraniu rodziców. Rzecz jasna, rodzice wpadli w zachwyt.

Długo można przytaczać kolejne przykłady ciał pedagogicznych, o ile to można robić z dystansem. O ile człowiek się trzyma z daleka od szkoły. O ile gaworzenie owo służy li tylko rozrywce  szanownych Państwa, którzy beztrosko pijąc poranną kawę wspomną z rozrzewnieniem dalekie czasy liceum. Podstawówki. Gdzie straszyła bezwzględna matematyczka, co się jej pod stół zaglądało udając schylanie po gumkę. Gdzie facetka od chemii ku wielkiej radości zeszłorocznych stawiała sławetne pały. Gdzie fizyczka z kamienną twarzą chodziła po szkole z dyskretnie pociętą na wysokości tylnej części ciała spódnicą. Ale im się robiło psikusy! Ale im się na nosie grało! Ale się z nich łacha darło! Ha! Ha, ha, ha!

Jeśli jednak wizja kosza na śmieci i poduszki pierdziuszki zaczyna się robić realna, zaczyna nabierać kształtów, zaczyna wiać grozą – żadne tego typu dywagacje nie są już zabawne. I właśnie to chcę Państwu powiedzieć. Mam poprowadzić wykład. Warsztaty. Mam się stać nauczycielką. Niedługo, w przyszłą niedzielę, na Politechnice Gdańskiej, będę wygłaszać wątpliwe mądrości wobec młodzieży. Ściśle wobec studentów. A trzeba wiedzieć, że studenci są najgorsi. Mają przebiegłe umysły, rozbrykaną wyobraźnię. Nieokiełznany zapał do draki. Sama byłam studentką, to wiem. Tak, byłam studentką, choć nie mam matury z matematyki. Wiem, że to niepojęte, ale jednak (tu szybko na marginesie powiem, że ostatnio śniła mi się matura z biologii, a to już zakrawa na obsesję, psycholog pilnie potrzebny!).

Wracając, byłam więc studentką i robiłam rzeczy straszne. I teraz to wszystko do mnie wróci. Jak bumerang czasu, zapętli i z trzaskiem utnie mi głowę. O ucieczce nie ma mowy. Na mój warsztat zapisała się cała klasa. Jest komplet. Lista zamknięta. Nie mam wyjścia. Z rozchichotanej trzpiotki stałam się sinym ciałem pedagogicznym, zasznurowaną belferką. I jedyne, co mogę teraz zrobić, to kupić sobie długą, elastyczną, mocno ciągnącą linijkę.

———————————————————————————–

http://medionalia.pl/gocie/warsztaty

AFTER

polskalokalna.pl

„Donoszę z pewnych źródeł, że w miniony weekend, we włościach nachalnie lansowanej ostatnio w mediach trójmiasta pisarki, blogerki Sylwii K. odbyły się uroczystości (prawdopodobnie) imieninowe.

Oburzeni sąsiedzi zanotowali skandaliczne naruszanie ciszy nocnej, bezprawne odgłosy fajerwerków, brak odpowiedzi na telefony kierowane do gospodarzy posesji, brak jakiejkolwiek reakcji obecnego na wydarzeniu szemranego towarzystwa na groźby i wołania. Licznym hałaśliwym kursom do osiedlowego sklepu nocnego towarzyszyły emisje lampionów, których światło ściągało kolejne rzesze lokalnej młodzieży, szukającej niewybrednej rozrywki. Godnym pożałowania jest też fakt, ze zaproszenia na imprezę były rozprowadzane w wielkiej tajemnicy, nikt oficjalnie nie przyznał się wcześniej do bycia zaproszonym na tę spektakularną uroczystość. Ubolewać należy, że tradycja kulturalnych zabaw przechodzi z elit do nizin społecznych, osiągając przy tym tak żałosny skutek.

Podpisano:

Życzliwy”