O komunikacji międzygatunkowej, czyli: „Ciemność widzę, ciemność!”

Szarpał smycz całą drogę. Wreszcie, gdy się upewniłam, że wokół nie ma żywego ducha, zdjęłam kolczatkę z charczącej szyi i wrzasnęłam: – Biegaj!

Proste, jasne i zupełnie odwrotne do zamierzonego skutku komunikaty. Dotyczy obu gatunków…

Człowiek nie dość że ślepy, nie dość że niewyspany, noce zarywa, po nocach pisze, to pies z kulawą nogą nad człowiekiem się nie pochyli, pies z kulawą nogą człowieka nie zauważy, pies z kulawą nogą człowieka nie przytuli. W kwestii psa szukać mi go pozostanie, byle był szkolony na przewodnika. Widziałam takiego (jeszcze wtedy widziałam), kolor biszkopt, rasa labrador. Rasa labrador! Zaprzęgnięty w szelki, opanowany jak Kung Lao, prowadził niewidomego człowieka.

Jakież było moje zdumienie!  Miałam bowiem kiedyś do czynienia z przedstawicielem tej rasy i bynajmniej nie był to osobnik o mentalności mnicha. Rozdygotany jak izotop rtęci skakał na mój widok rwąc mi rajstopy, tytłając białe spodnie, szarpiąc kieckę za milion. Nie muszę chyba dodawać, że budził przy okazji wszystkich lokatorów pobliskiego cmentarza. Obserwująca Pańcię, która wciąż nie mogła opanować żywiołu swego biszkoptowego pupila i pomna doświadczeń z Dragonem, który podobnie jak izotop skakał, lecz wybiegany osiągał ZEN – postanowiłam zabrać psa w plener, zmęczyć, zmordować, ciśnieniem dwieście na sto tętnicę w kłębie rozerwać i znojem tym bestię ukorzyć.

Szarpał smycz całą drogę do lasu. Wreszcie, gdy się upewniłam, że wokół żywego ducha i, co ważniejsze, śladu samochodu (zwierzę bowiem z upodobaniem rzucało się pod koła, Pańcia wielokrotnie regulowała należność z odpowiedzialności cywilnej za pogniecioną maskę), zdjęłam kolczatkę z charczącej szyi i wrzasnęłam:

– Biegaj!

Jakaż eksplozja rozrywała stęsknione za tym słowem mięśnie!

Dragona. Ergo owczarka. Ergo – psa o ilorazie inteligencji wyższej niż skład rządu amerykańskiego. Psa, który rozumiał, że hasło: „biegaj” jest jedyną i niepowtarzalną okazją na poczucie zewu natury. Na wiatr w sierści. Na pianę w nozdrzach. Na niczym niezmącone szczenięce szaleństwo.

Labrador jednak słysząc tę komendę uznał za stosowne wykonać następującą figurę:

  1. Melancholijny spacer wokół dmuchawca.
  2. Powąchanie dmuchawca.
  3. Legnięcie na dmuchawcu.

I żadne prośby, błagania, tłumaczenia, nic, absolutnie nic nie trafiało do jego zgąbczałego nagle mózgu. Jakbym wydała z siebie zaklęcie zamieniające psa w przeżuwacza. Jakby drapieżna natura cudownym sposobem w nim wygasła. Co gorsza: na zawsze! Z rozdygotanej bestii pies bezpowrotnie zamienił się w cielę. I jak to cielę – zapadł w stupor.

Ledwo go do domu doniosłam. Jak się nietrudno domyślić, w przydomowym ogrodzie wywąchał dmuchawca, po czym na nim legł i wbił spojrzenie w nicość. Zduszonym szczekiem oznajmił światu, że już się nigdy nigdzie nie ruszy. Będzie leżał i myślał. I żuł.

Pańcia najpierw się śmiała, potem zaczęła mnie podejrzewać o czary, potem się wściekła, wreszcie poszła do weterynarza. Weterynarz dał jakieś krople i radził zapisać na szkolenia. Daremnie. Sześć intensywnych kursów i praca z psychologiem nie obudziły w nim żadnych emocji. Wciąż jego ulubionym zajęciem było leżenie na dmuchawcu.

A ja zrozumiałam, że rasa labrador to uosobienie przekory. Ba! To przekory szczyt! Gdybym wiedziała wcześniej, powiedziałabym przecież: – Leż! Pies by się wybiegał i wszystko by było dobrze. Chcąc wracać, krzyknęłabym: –  Uciekaj! – i miałabym psa przy nodze.

Kto wie, może tamten pies przewodnik też był przekorny? Możliwe. Może tajemny środek, metoda wychowania tkwi właśnie w tej wiedzy? I treser (treserka?), która wykuła ten niezwykły talent w biszkoptowym buncie, właśnie ją posiadła?  I mając psa o imieniu Pikuś, woła doń:

– Hefajstos!?

Boże, o czym to ja chciałam napisać? O samotności? O sensie życia? O bólu egzystencji? A może o problemach w komunikacji interpersonalnej, ściśle damsko-męskiej? Chyba lepiej zacznę zwoływać Szanowne Grono na spotkania, podczas których wszystko nieco składniej opowiem. Muszę bowiem kupić okulary. Zepsuł mi się wzrok. Kompletnie nic nie widzę i piszą mi się bzdury.

10 comments

  1. JA

    Jak się na to patrzy, to aż by się chciało skomentować w najprostszych, najbardziej kolokwialnych i prymitywnych słowach. Tekst praktycznie perfekcyjny, o ile planuje się wydanie podręcznika dla żółtodziobów w dziedzinie twardej grafomanii. Rozdział pierwszy: „Jak zamienić ciekawą historię w pretensjonalny, niedający się czytać bełkot?”. Jeśli jednak mamy inne plany, lepiej byłoby pozostać przy trzech punktach opisujących całą historię. Cała reszta to przepełniony zbędnymi, skomplikowanymi figurami stylistycznymi pseudofilozoficzny szmelc, wypocony tylko po to, by pokazać całemu światu NIEWĄTPLIWY kunszt literacki i oryginalny, krystalicznie czysty talent.

  2. JA

    Nietrudno się chyba jednak DOMYŚLEĆ, że nawet miliony pytań retorycznych nie ukryją braku wyczucia stylu, nie mówiąc już o skomplikowanych zasadach ortografii.

  3. bratzacieszyciela

    Nie sposob sie nie zgodzic z przedmowca, zarzuty o grafomanie to najbardziej latwy do rzucenia argument, i nie do odparcia, tworca nie moze klarownie i z sensem z takim zarzutem dyskutowac. Rzeczywiscie, autorka to straszny grafoman, niestosujacy sie do regul rzadzacych jezykiem naszym ojczystym, to chwast na zdrowym ciele literatury polskiej, ladaco, wulgarna, przeklinajaca, zajmujaca sie niczym szczegolnym, bo czymze jest zycie codzienne… Rzeczywiscie, wystarczyloby w punktach przedstawic glowne tezy tekstu, niepotrzebnie rozciagnietego, przeladowanego zbednymi ozdobnikami, sztucznie lansujacego watpliwe zalety umyslu autorki. Tani blichtr, kuglarskie sztuczki, cekinowatosc, az wylazi z kazdego zdania. Zastanawia tylko fakt, iz autor tej jakze trafnej recenzji wlozyl tyle wysilku, aby te mialkosc podkreslic, ba nawet nie omieszkal dwukrotnie zawitac na lamy tego smietnika intelektualnego… Ciekawe… czekamy na wiecej.
    Co nie zmienia postaci rzeczy, ze jakos nie moge sie od tych grafomanskich niewatpliwie tekstow Qbrynskiej oderwac, a ciagle czekam na wiecej. Ewidentnie cos ze mna nie tak… Ale ja sie nie znam…

  4. bratzacieszyciela

    nie bez kozery moznaby bylo zaryzykowac twierdzenie, ze ten caly Bratzacieszyciela to kreacja stworzona przez autorke, zeby samej nie bronic swoich wypocin, zobaczcie, jak on bezkrytycznie lyka wszytstko, co ta napisze…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s