24.09.2012 Zmiany, czyli weź się zatrzymaj

Wszelkie zaobserwowane przeze mnie zmiany wynikają z progresywnej i niekończącej się potrzeby posiadania kolejnych rzeczy

w kwestii wstążek

Po pierwsze chcę poinformować, że mam diabła w pudełku, ściśle autobiografię Rushdiego (z pudełka chwilowo wyjętą). Po drugie przeczytałam już jej 16 stron i jak przeczytam więcej to na pewno będę się dalej wymądrzać. Po trzecie, jak to zwykle bywa, gdy czytam przełomową książkę – kiełkują we mnie decyzje.

Decyzje są to radykalne i okrutne i nic na nie poradzić nie można. Człowiek dojrzewa, dorasta, obrasta i po prostu coś tam musi. Inaczej się udusi. Więc ja, proszę Państwa, się duszę i jak czegoś natychmiast nie zmienię, to niczym karp na łazienkowej posadzce ustami zmęczonymi  łapaniem skutego w niedostępne dla skrzeli powietrze – ducha wyzionę.

Zmiany są zwykle przeze mnie przyjmowane z euforią, nie ma bowiem na świecie większego entuzjasty zmian niż ja. Prawdę mówiąc, szaleję za zmianami i nigdy, najstraszliwsza choćby, nie wywołała we mnie cienia strachu. Zmiany zatem wprowadzam bezustannie, przestawiam meble, upinam firanki, modyfikuję dietę. Planując urlop, wyjeżdżam po kolei do Maroko, Rzymu, Barcelony i Wilna, by na koniec wylądować w Gutkowie nad jeziorem Ukiel. Piszę kryminał, kończę romansem. Nakładam spodnie, wychodzę w sukience. Zasypiam brunetką, budzę się blondynką. W marzeniach zaś bywam ruda. (W rzeczywistości nie mogę, w Dotyku Piękna już kilka razy próbowali i efekt zawsze ten sam: płacz i zgrzytanie zębów.)

Tak więc, jak sami Państwo widzą, w moim przypadku najbardziej szokująca zmiana to absolutny, kategoryczny i pełnowymiarowy brak zmian. (No, może poza tymi wstążkami w nagłówku, ale proszę mi wierzyć, gdy je ujrzałam w Parku Heweliusza, kompletnie oszalałam na ich punkcie i gwarantuję, każdy z Was by oszalał.)

Dlatego, choć świat mnie kusi, niczego nie kupuję, niczego nie przemalowuję, nie rzucam pisania, nie zmieniam celu w życiu, nic, po prostu trwam nieruchomo jak spławik na wspomnianym akwenie. Podstawą wszak dobrego komplementu jest okrzyk koleżanki z przedszkola:

– Nic się nie zmieniłaś!

Obserwuję za to zmiany u innych. A polegają one na progresywnej i niekończącej się gonitwie w celu posiadania kolejnych rzeczy. I myślę sobie tak. Gdyby, załóżmy, przyszedł jednak ten Bóg. I gdyby okazał się bezkresem miłości. I gdyby tak każdemu, jak osobliwy święty Mikołaj, zechciał spełnić każde życzenie. Każde. Pod jednym, wywrotowym warunkiem. Otóż życzenie nie mogłoby się zaczynać od:

– Daj…

Tylko musiałoby się zaczynać od:

– Zabierz…

Czyż Jego prezenty nie byłyby najpiękniejsze?

21.09.2012 Miasto Miłości

Zakochałam się w diabłach, w aniołach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej Rudej spod deski. I jakby było mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca…

fot. Tania Pacha. Nieszczęśliwie zakochana w tym samym mieście

Nie wiem, czy ja z tym Memlingiem przypadkiem nie ściemniam? Może go zobaczyłam później, niż w wieku dziewięciu lat? W końcu nie byłby to czas odpowiedni. To byłoby jednak za wcześnie. Bo gdy go zobaczyłam, poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej, miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, doznałam występnej, acz wielce kuszącej urody poliamoryzmu.  Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej Rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na która się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie.

Wreszcie to, co ujrzałam z góry, odarło mnie z ciała. I stanęłam nagą duszą wobec tego miasta, które ktoś przez wieki budował, które ktoś w jednej chwili burzył, które ktoś historią wypełniał, które ktoś na mapach rysował, w którego uliczki brukowane ktoś strumień życia wlał. A wszytko po to, bym się tego dnia, gdy skończyłam dawno lat dziewięć – na śmierć, a przede wszystkim życie – zakochała.

Mnie też ktoś kiedyś pokochał. I wyznał mi to na Pańskiej, poprzecznej od Szerokiej, tuż obok bazaru z rybami. Jestem pewna, że chciał się za straganem ukryć przed tym zazdrośnikiem Memlingiem i grozą kościoła na Piwnej, bo faktycznie nie było nas widać z wieży. I ja się dalej ukrywam, między miłością wiekuistą a człowieczymi wyznaniami w bramach, od Zielonej po Złotą – rozdarta.

Mówią, że gdy od morza wieje, w Gdańsku jest cisza.

19.09.2012 Diabeł w pudełku

Gdyby człowiek był pewny, że książka jest dobra, zapłaciłby każde pieniądze. Ale nikt tych pieniędzy nie chce

Fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Codziennie budzę się z przerażająca myślą, że to już koniec, że nic nie napiszę. Nie zdołam wymyślić żadnego tekstu, nie stworzę choćby pół zdania. Widzę siebie jako kolebiącą się na wietrze czasu roślinę, zduszoną niemotą, wysuszoną milczeniem. Łapię wtedy za jakąś książkę, by się nasycić jej światłem, by nakarmić ten swój chlorofil kwantami oświecenia i wygenerować kolejną cząsteczkę tlenu, tego właśnie, dzięki któremu żyję.

Z książkami bywa różnie, jak różnie bywa z powietrzem. Czasem ich świeżość zatyka dech w piersiach, czasem ich gnuśność zatyka pory. Są dzieła niezwykłe, po których przestworzach fruwa się z wielką radością. Są także gnioty, przez których smog przebijać się trzeba maczetą. Ból brnięcia przez złą książkę jest tym dotkliwszy, że się na babol wydało pół bańki i to ostatnie pół bańki w miesiącu.

W tych ciężkich chwilach człowiek myśli, że mógłby się zapożyczyć i wydać po stokroć tyle, gdyby miał pewność, że książka jest dobra. Gdyby miał pewność, wydałby fortunę. O pewność tę trudno, choć trzeba przyznać, że się zdarza. I właśnie ja mam tę pewność od wczoraj i od wczoraj się miotam w bezsilności, bo choć mam pewność stuprocentową i chcę wydać pieniądze – nikt tych pieniędzy nie chce, a ja książki wciąż nie posiadam!

Rano w pracy, przeglądając prasę i międląc w myślach poczucie bezsensu, trafiam nagle na całą stronę tekstu, z którego każda litera jest odlana z miodu. Miodu na moje serce. Gdy człowiek się cieszy, głupoty mu po głowie chodzą. Litery skaczą i tworzą anagramy, w głuchy telefon się bawią i komunikaty frymuśne plotą:

– A może to jakieś konszachty… mój Boże, takie są fakty… szatan napisał wersety… sza tam, napij się sety… książka od dzisiaj w księgarni… mąż Zdzisia spalił piekarnik…

Idę. Lecę. Nareszcie. Jak dobrze, że go muzułmanie nie zabili! Jak dobrze, że on żyje! Że pisze! Och, gdyby żył jeszcze Bułhakow! Ile bym dała, żeby coś napisał? A ten, proszę. Żyje i pisze. A ja sobie beztrosko wsiadam w Punto i jadę! Po na sto procent świetną książkę! I już wiem, co mam robić. Już mam plan. Przeczytam, a potem z zastygłego chlorofilu komórek zielonego pojęcia wystrzelę ten swój tlen. Tylko mi światła dajcie! Tylko pozwólcie oddychać!  Niezrozumiałe dla głów blaszanych wersy pokażcie. Dla palących książki niepojęte słowa mi zdradźcie. Dla fanatyków z nożami w zębach zbyt trudne historie powiedzcie. Dla zacietrzewionych złodziei wiary, gorejące jak ich czapki stronice otwórzcie!

– Dzień dobry, poproszę książkę pod tytułem: Joseph Anton, Salmana Rushdie.

– Jak to się pisze?

– J-o-s-e-p-h- A-n-t-o-n – S-a-l-m-a-n- R-u-s-h-d-i-e.

– No. W komputerze jest. Osiemnaście sztuk.

– Poproszę jedną.

– Ale to niemożliwe.

– Dlaczego?

– Bo na półce nie ma.

– A gdzie jest?

– W kartonie.

– To wyjmijcie z kartonu i wstawcie na półkę. Ja wezmę z półki i zapłacę.

– To niemożliwe.

– Dlaczego?

– Bo to nowość.

-?

– Nowości sprzedajemy tylko w środę.

– Ale dziś jest premiera tej książki. Na całym świecie.  We wszystkich gazetach o tym piszą.

– Ale to jest nowość. A nowości w Empiku są w środę.

Źle trafiłam. W Empiku bowiem premiery są, owszem, codziennie, ale są to premiery książek starych. Po nowość trzeba się udać w środę. Wreszcie jest środa. Jadę po książkę. Niestety, za wcześnie. Jeszcze jej nie postawili na półkę. Nadal jest diabłem w pudełku.

17.09.2012 Dyplomy jak pokemony czyli wiem, że wiem wszystko

Darmo dziś szukać człowieka głupiego. Człowiek głupi jest na wagę złota. Człowiek głupi – unikatem!

umysł wykształcony doskonale zamknięty

Od jakiegoś czasu obserwuję w naszym społeczeństwie brawurową skłonność do wysokiej samooceny własnej ogłady. Śmiałe, wręcz buńczuczne frazy o „świetnym wykształceniu” dopadają mnie na każdym kroku. Widzę je nie tylko w uszczypliwych felietonach dworujących ze zjawiska profesorów starej daty (których faktycznie mogę podejrzewać o świetne wykształcenie), ale w listach do redakcji, na grupach dyskusyjnych, słyszę także w wynurzeniach znajomych. Każdy, proszę Państwa, jest dziś mędrcem co najmniej. Specjalistą filozofem. Omnibusem. Poliglotą. Mentorem.

Nie ma dziś ludzi wykształconych średnio. Nie ma też niedouczonych. Nie ma szukających, nie ma pytających. Wszyscy wszystko wiedzą. Wszyscy wiedzą świetnie. Mają na to papier. Co tam papier! Skład makulatury! Pół lasu zamienione w zacne ich dyplomy. Podyplomy dyplomów. Wyróżnienia wyróżnień. Doktoraty. Certyfikaty. Tytuły tytularne, profesury nadzwyczajne. Listy, mianowania. Laury, honory, zaszczyty.

Darmo dziś szukać człowieka głupiego. Człowiek głupi jest na wagę złota. Człowiek głupi – unikatem! Człowiek głupi, którego  głupota niesie ze sobą nadzieję na skromność, ciekawość, wnikliwość – nie istnieje. „Wiem, że nic nie wiem” – kto to powiedział? Czyżby szaleniec, samobójca, co publicznie i na wieki obnażył swą ignorancję? Z pewnością. Dziś bowiem są tylko „świetnie wykształcone młode polki”, są świetnie wykształceni w długim okresie czasu swej edukacji”, są też tacy, co „zrobili bynajmniej dwa fakultety” i tacy, co „mają w każdym bądź razie magistra”.

Co za śmietanka! Towarzyska ambrozja! Kwiat polskiej inteligencji, nadzieja narodu. Wielkie umysły w młodocianych zwojach, mistrzowie pióra i erudycji. Tylko dlaczego na bezrobociu?

Adepci pióra piszą z obowiązkowym dąsem, bo (w domyśle) żaden wydawca z pewnością nie pozna się na ich sztuce. Jeszcze im zwróci uwagę! Jeszcze im każe coś zmienić! Albo, co gorsza, wyrzucić! A dzieło zamknięte w swej doskonałości jest niczym jajo zgniłe, nie do ruszenia. Z kolei kandydaci na pracowników wysyłają swoje życiorysy, śląc jednocześnie spod nosa mrukliwe fumy wywołane wróżbą porażki, która przecież wynika li tylko z głupoty potencjalnego pracodawcy. Setne odrzucenie podania nie jest, broń Boże, powodem do tego, by pogmerać w swojej ofercie, zmienić taktykę, poszukać dodatkowego zajęcia, przekuć wykształcenie w działanie i może wreszcie przestać kolekcjonować dyplomy, te martwe papierki, z których największy pożytek zrobiłby mistrz origami?

Abiturienci, którym słabo poszło na maturze – są wkurzeni na testy, ministra oświaty i ławkę krzywą. Kursanci szkół jazdy –  na pogodę i przecinający im drogę tramwaj. Prawda jest bowiem taka, że wszytko wokół jest winne, wszystko się uwzięło, wszystko jest głupie i złe.

Jechałam niedawno przez Warszawę. Student z plecakiem łapie mnie na stacji benzynowej i prosi o podrzucenie do domu. Tłumaczy jak jechać. To prosta droga, zapewnia, nie da się zabłądzić. Lituję się nad chłopcem, zabieram manatki, jedziemy.

– Prosto, prosto, prosto, a potem w lewo i już.

– Tu w lewo?

– Nie, jeszcze kawałek.

– Tu?

– Nie, za chwilę.

Za chwilę jest skręt, ale w prawo. Przejeżdżamy. Pasażer wstrząśnięty woła:

– Tam w lewo trzeba było!

– Nie było w lewo drogi, skręt był tylko w prawo…

– No przecież mówię!

13.09.2012 Fokus pokus

Doktor, podrażniony samogonem i żartami na temat powiatu bełchatowskiego, wpadł nagle w niepojętą furię i przyłożył nasadą nosa w pięść kolegi z Przasnysza

jak widać: widać

Mam!  Poszłam wczoraj do takiego sklepu, co całe życie dla mnie nie istniał i zwykle w swej ofercie był dla mnie doskonale niewidzialny. Podobnie jak słodycze. Słodycze bowiem są dla mnie przeźroczyste, półki ze słodyczami w sklepach nie istnieją i tylko w rzadkich chwilach rodzinnych zakupów, wśród jazgotliwych roszczeń i w wielkim zaskoczeniu stwierdzam, że jest coś takiego na świecie jak czterdzieści milionów gatunków batonów.  Tak więc słodyczy nie jadam, ale okulary noszę. Swoją drogą niezła jazda. Czy słodycze też powodują stan odurzenia? Bo, gdy wczoraj nałożyłam okulary, natychmiast poczułam się jakbym dziabnęła całkiem przyzwoitą lufę. Nie był to jednak dogodny czas na chwiejny krok, więc je zdjęłam i poszłam do Klubu Żak na film „Raj: Miłość”.

I w tym miejscu muszę Państwa szczerze zmartwić. Moja książka, a mówiąc językiem literackim – książka mojego autorstwa, a mówiąc językiem politycznym – książka autorstwa mojej osoby, w skrócie Last Minute – powszechnie znana jako pierwsza polska książka o seks turystyce – to małe miki. Choć to chyba jednak zbyt ciężkie słowo. Bezpieczniej będzie użyć określenia: pikuś. Moja książka to pikuś.

Nie ma w niej bowiem żadnej pornografii. Nie ma rażącego rasizmu. Nie ma pięćdziesięcioletnich otyłych kobiet z afrykańskimi chłopcami w łóżku. Nie ma plaskających białych cycków i obwisłych pomarszczonych brzuchów. Nie ma grupowego napastowania czarnoskórego chłopca, którego pięćdziesięciolatki komentują: „Tyłek jak u nastolatka” (on jest nastolatkiem!), a gdy nie mogą od niego dostać, czego chcą, wyrzucają za drzwi wymieniając refleksję: „Kurtowi też tak do połowy stał”.

Daleko mi do pruderii, jednak ten film najnormalniej w świecie mnie zszokował. I chyba nie umiałabym napisać takiej książki o seks turystyce. Napisałam więc Last Minute. I niech sobie moja Last Minute zostanie tym czym jest, niech się w niej tli nadzieja na człowieczeństwo.

Wracając do okularów. Miałam na studiach kumpla o ksywie Doktor. Doktor pochodził z Zelowa, co – jak twierdził – poważnie zobowiązuje. Był więc jednym z  intensywniej używających studentów na roku i wszystko by szło wyśmienicie, gdyby podczas pewnej imprezy nie stłukł okularów. Miał takie okrągłe, coś w stylu „mysz Aleksander” z Pszczółki Mai. Z serialowym bohaterem łączyło go również to, że bez okularów zachowywał się dokładnie tak samo jak on, czyli macał ściany na przemian z podłogą. Tak więc, gdy Doktor potłukł swoje okulary, w try-miga wytrzeźwiał, dobrnął po omacku do swojego portfela, manualnie przeliczył resztę studenckiego wiktu i z rezygnacją udał się do optyka. Jak się nietrudno domyślić, po tej wizycie nic mu w portfelu nie zostało, co z kolei znaczyło, że Doktor nie będzie w najbliższych tygodniach:

  1. Jadł
  2. Pił (!)
  3. Palił (!!!)

Ale za to będzie widział.

Choć nie byłabym tego do końca taka pewna. Na drugi dzień bowiem niejaki Profesor (z pokoju obok) ukończył destylację, w związku z czym zaprosił do siebie całe piętro. I Doktora, rzecz jasna, też. Impreza była na tyle energetyczna, że nowe, warte miesięczną dietę doktorskich studiów okulary przypłaciły to koherencją.  Łagodny do tej pory Doktor, podrażniony samogonem i żartami na temat powiatu bełchatowskiego, wpadł nagle w niepojętą furię i przyłożył z całej siły nasadą nosa w pięść kolegi z Przasnysza. Tym sposobem wyklarował sobie plan na najbliższe tygodnie, czyli – patrz wyżej i dodaj punkt następujący:

4.   Będzie pożyczał od koleżanki z roku taśmę typu Klebeband. Kolor brąz.

Moje okulary na razie są w całości, a zauważalny efekt ich posiadania to zawroty głowy i zmiana wizerunku. Mogę teraz udawać kogoś zupełnie innego. Kogoś naprawdę zaskakującego. Mogę, na przykład, wygłupiać się, że mam czterdzieści lat, jestem urzędniczką, a moim ulubionym zajęciem jest pisanie książek.

10.09.2012 Nieznośna lekkość powietrza

Redaktor twierdzi, że scena erotyczna to małe arcydzieło. Skoro książka ma trzysta stron, a scena erotyczna dziesięć, to udało mi się… w  trzech procentach?

Bez Cenzury 2011, Park Heweliusza, Gdańsk. Jak widać, idzie mi dość niesamowicie. Leżenie.

Oderwana od Dzieła Mojego Życia jak rzekotka od drzewa, nadal na ślepo (choć z nadzieją, bo dziś do okulisty idę) – szybko relacjonuję, jak się mają sprawy.

Sprawy się mają nienadzwyczajnie, bo już jednak wrzesień, a we wrześniu jak w garncu, opadają liście i leżą na leniwej, rozgrzanej jeszcze latem ziemi. Wśród liści i to w miejscach publicznych i to notorycznie, bo rok w rok – leżę również ja. I Jakub Noga. I Barbara Piórkowska. I parę innych jeszcze osób, którzy – cytując przechodnia sprzed roku: „nudzą się, sami nie wiedzą co mają ze sobą zrobić, leżą i piszą, popierdoleni artyści.”

Mówię to, bo zbliża się akcja BEZ CENZURY, która polega właśnie na tym, ze w najbliższą sobotę o 13.00 w Parku Oliwskim w Gdańsku będziemy leżeć na ziemi, ściśle na kilometrowym arkuszu papieru i pisać  te swoje duby smalone. A co z tego wyjdzie – jak zwykle diabli wiedzą.

Poza tym? DMŻ. DMŻ. DMŻ. DMŻ. Ściśle i kompletnie jestem w nim zanurzona.

Pół nocy dziś nie spałam, pół nocy myślałam, słońce na dworcu kętrzyńskim świeciło, burakiem cukrowym pachniało. Kto zna Kętrzyn ten wie. W całym mieście czuć było kiedyś, z ulicy w ulicę, jak szło się od Babci do Małpy Tarzana, to tak: słodem, chlebem, paluszkami, rozgrzanym karmelem, wreszcie cykorią, piernikiem, bitą śmietaną i majonezem kętrzyńskim.

Gdzie są te zapachy, pytam!? Gdzie zapachy miasta? Czemu zniknęły? Czemu zostało puste, przeźroczyste powietrze, zmętnione li tylko podróbką perfum przechodniów? A przemysł, a wytwórnie? Piekarnie? Cukrownie? Nie mówię o jednym Kętrzynie. Mówię na przykład, daleko nie szukać, o Gdańsku! Mój Boże, jeszcze niedawno w całych Kuźniczkach pachniało z Browaru, Moi Drodzy, Heweliusz! A teraz co?!

No więc w mojej książce pachnie dalej w najlepsze.

Więcej nic nie zdradzę, więcej nie napiszę, w końcu to ma być książka, a nie powieść w odcinkach. Potem pies z kulawą nogą do księgarni się nie pofatyguje. O ile do księgarni DMŻ w ogóle trafi, bo wieść branżowa niesie, że książka się kończy, książka to przeżytek, dzisiaj nikt nie czyta, za to wszyscy piszą.

Świadomość tę mam wręcz bolesną i słuchając czasem wesołych wywodów aspirujących skrybów, którzy roztaczają wizję swego bogactwa i sławy z racji napisania dwóch rozdziałów zapierającej dech w piersiach historii swojego życia, w milczeniu jeno ciężko wzdycham.

Tak więc nie wiadomo jak będzie. To, że nie wiadomo jak będzie napisałam w uroczystym oświadczeniu, gdy DMŻ rozpoczęłam. Paradoks polega na tym, że nigdy nie wiadomo, czy to co zaczynamy tworzyć, tymże się w rezultacie stanie, a dowodem na to niech będzie wałkowany ostatnio reżyser, który twierdzi, że każdy film rozpoczyna z myślą o arcydziele, w efekcie uzyskuje arcydzieła jakieś czterdzieści procent.

Jakiż ogrom sukcesu!

Gdy dostałam Last Minute po redakcji, w mailu Redaktora wyszperałam zapis: „Scena erotyczna to małe arcydzieło.” Objętościowo scena erotyczna zajmuje jakieś dziesięć stron, cała książka ma ponad trzysta – można zatem zaryzykować brawurowe stwierdzenie, że udało mi w ponad trzech procentach.

Tak czy owak, mierzyć należy wysoko, a gdy się w finale uzbiera choćby promil – znaczy, że warto było. Najważniejsza jest bowiem droga. Cel, jako rzecze Kundera, jest zawsze niejasny.

06.09.2012 Hollywood Ending

Czy to syndrom neurotycznego twórcy, co mając szansę jedną na milion, kładzie wszystko z powodu nagłej utraty wzroku?

Cały dzień mościłam się na ten wieczór, w którym napiszę kolejne rozdziały DMŻ (Dzieła Mojego Życia). A teraz siadłam, rozłożyłam Acera i ściskam powieki, raz, dwa, trzy, wgniatam palcami gałki oczne, i znów mrug, mrug, mrug, pokrętła w mózgu się grzeją, litery skaczą, jeden wniosek z tego taki: jestem zgubiona. Straciłam wzrok.

Nie mogę pisać. Nic nie napiszę. Na nic pies przewodnik. Choćby labrador. Wszak pisać za mnie nie będzie.

Czy to syndrom neurotycznego twórcy o żydowskich korzeniach, który mając szansę jedną na milion – wyreżyserowania filmu z gwiazdorską obsadą pod okiem hojnego producenta – kładzie wszystko z powodu nagłej utraty wzroku? I czemu nie dziwi to jego syna, który otwiera mu drzwi po latach i jednym miotnięciem intuicji:

– Oślepłeś psychosomatycznie – bezbłędnie stawia diagnozę?

Bo jest taki sam. I ja mam to samo. I mnie los postanowił sprzątnąć sprzed nosa wygodę, wpędzając w zaułek ironii:

– Mało miałaś czasu? Narzekałaś na  chaos, obowiązki, brak weny? To masz teraz ślepotę. Jeszcze trochę ponarzekasz, to ci urwę rękę. Prawą.

Dlatego siedzę cicho. I piszę DMŻ. Val Waxmann też po cichu kręcił swój film. Jak wyszło tak wyszło. Jeszcze w liceum filmy się oglądało na taśmach wideo. Chodziło się do Beverly Hills, brało się kasety. Idę więc z kumplem, patrzymy, szukamy, co by wypożyczyć. Wreszcie trafiamy na Woody’ego Allena. Ja chcę już brać, już mnie moja pokręcona natura korci, lecz kumpel mnie trzeźwo:

– Daj spokój, to półka dla zjebów – ze ścieżki tej krętej zawraca.

Bez skutku. Bo od lat, choć po omacku, kolebię się na tę półkę.