01.08.2012 Ubezpieczenie gratis

Trzeba go było wywieźć do lasu i zakopać. Sama nie dałabym rady. Przekazałam go więc Mikołajowi, który zatrzasnąwszy bagażnik samochodu, z miejsca o sprawie zapomniał

Ja, Whisky i Dragon. Jeszcze przed Wielkim Kryzysem.

Nie ma chyba na świecie mniej interesującej formy puszczania kasy, niż opłata OC. No, może jeszcze podatki. I ZUS, to też nużąca rozrzutność.  Tę ostatnią dobrze poznałam, prowadząc przez kilka lat własną działalność. Trudno o mniej zabawną rozrywkę. Wysyłasz co miesiąc równowartość  połowy Epiphone Casino w przysłowiowe błoto i nie masz z tego literalnie nic.

Ale wróćmy do OC. Niedawno zostałam posądzona (w ramach obelg na temat mojego bałaganiarstwa) o niepłacenie ubezpieczenia samochodu i braku jego przeglądu. Aby nie dać powodu do dalszych oszczerstw, z terminem końca umowy grzecznie udałam się do firmy ubezpieczeniowej i z milczącą godnością wydałam ćwierć bańki na niewiadomo co.

Kobiecina przyjmująca banknoty, patrząc jak cierpię, zagaiła mnie nagle o urlop. Potem o dzieci. Potem o szkołę, pracę, plany, życie. A jak to było kiedyś? Wreszcie okazało się, że obie trajkoczemy jak najęte, a moje „niechże mam to za sobą” rozłożyło się na parapecie niczym znudzony kot. Zagajana serdecznie, zaczęłam opowiadać. I tak przypomniałam, jak to było kiedyś, dawno temu, gdy przyjechałam nad morze.

A było tak.

Amerykance, co uciekła z Francuzem i zostawiła mieszkanko na Mazurach wraz z wyposażeniem, w tym flaszką perfum Opium, kompletem cieni do powiek, psem dwa metry w kłębie i gronkowcem w jego uchu – podprowadziłam niemal wszystko, oprócz samego mieszkanka. Na mieszkanko zabrakło odwagi, bo łapę kładł już jakiś urząd, choć dziś wiem, że mogłam sobie zamieszkać i nikt by mnie stamtąd nie ruszył. Trudno.

Tak czy owak, Amerykanka wyjechała, ja zostałam, został mi pies, a nawet dwa (bo swojego półtora w kłębie, Dragona – miałam już wcześniej), cienie do powiek i dziecko. Skąd dziecko? Nie pytajcie o takie rzeczy! Dorośli jesteśmy. Wzięłam więc psy, zrobiłam makijaż i wyjechałam nad morze. Wyjazd nad morze to był plan doskonały, opracowany w dniu skończenia dziewiątych urodzin, gdy pierwszy raz w życiu ujrzałam Memlinga. Tak więc, gdy mnie już nic na Mazurach nie trzymało, plan był powinien wejść w życie.

Nad morzem się nie przelewało. Czako (ten z gronkowcem) się rozchorował, na antybiotyki nie było, na mięso też nie było. Nic mi po dżemie od babci, psy dżemu nie jedzą. Choć są tacy (ludzie), co mają inne zdanie. Powiem tak. Obserwowałam – nie jadły. Pięćdziesiąt złotych poszło na antybiotyk. Gronkowiec go nosem wciągnął, wypuścił uszami. W dodatku zagroził dziecku.  Patrzyłam z trwogą na Dragona, a raczej na to, co po nim zostało, gdy z miski zabrałam ostatnią porcję jego karmy wymienioną na równowartość eutanazji. Jednak Dragon przeżył. Ale trzeba było zakopać Czako. Kolejny problem – ze swoim inwentarzem, bez łopaty i wygłodzona, sama nie dałabym rady. Przekazałam więc zwłoki Mikołajowi, który zatrzasnąwszy bagażnik, z miejsca o sprawie zapomniał. Jakże było zdumienie jego ojca, gdy ten po kilku dniach zajrzał do samochodu!

W każdym razie postanowiłam pójść do pracy i tym samym uratować jeszcze jakieś istnienie. I tak, ja, wnuczka króla Kętrzyna (tak, mój dziadek w stanach weselszych nazywał się królem Kętrzyna), ja, córka przemytniczki ruskich brylantów – stanęłam w kolejce do Urzędu Pracy w Gdyni i wypełniwszy formularze, w których ku mojemu zdumieniu, nikt nie spytał o siedem zeszytów wierszy, o świadectwa z czerwonym paskiem, ani o odznakę Wzorowego Ucznia  – otrzymałam propozycję pracy w przetwórstwie ryb.

– I co? – spytała ubezpieczycielka.

– W porządku – odparłam i uśmiechnęłam się do niej. – W końcu radzę sobie z obrabianiem okonia.

Nie wiem, ile kosztuje psycholog. Wiem tylko, że  czasem warto sobie parę rzeczy przypomnieć. Gdy byłam dzieckiem, śpiewałam piosenkę „Szanujmy wspomnienia” przekręcając dalej słowa: „nauczmy się jedzenić…”. I dziś opowiadałam obcej kobiecie jak to jest, gdy się przez cały miesiąc je dżem z porzeczki i rozumiem własną interpretację Powtórki z Rozrywki. Szanujmy wspomnienia. Choćby przy pani od ubezpieczeń. A kasę z wizyt na leżance przeznaczmy na Epiphone Casino.

10 comments

  1. Toja Oszołomska

    Coraz dorsze te ubezpieczenia. Dobrze, że przy okienkach składek obowiązkowych zaczęli zatrudniać ludzi z wyobraźnią, a nie tylko z kalkulatorem.

  2. jadwiga

    a ja wpieprzałam dżem zrobiony z jabłek, bo akurat jabłonka była w obejściu gdzie mieszkałam i jakoś ten miesiąc przeżyłam, dawalismy rade, było inaczej byliśmy młodzi z innym spojrzeniem na wszystko co sie zaczynało na nie…

      • jadwiga

        Tak to były piekne czasy pomimo wiatru w lodówce i w głowie, młodość była naszą siłą, zreszta najważniejsza jest pogoda ducha, której do dzisiaj mi nie brakuje, pozdrawiam
        j

  3. ja

    Jadwiga, bez teh pogody to nawet lodówka po brzegi i systematycznie zasilane konto nic nie pomoże .Jak słyszę, ile dziś „problemów” (nie ten kolor firanek, zbyt głosna zmywarka) dzieli ludzi od szczęscia, myślę, że w ogóle nie chca go zaznać…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s