31.08.2012 Dzieło Mojego Życia, start!

Miłość jest w każdym zdaniu, najprostszym i banalnym, nawet, gdy nie słychać tych głosek: M, I, Ł, O, Ś,Ć – to ona i tak tam jest! 

na tako

Szanowni Państwo! Jestem oto niezwykle uroczysta, bo z trzydniowego stuporu wycisnęłam wreszcie sens, po czym grom z jasnego nieba na mnie spadł i mam wreszcie to, czego pragnęłam, mianowicie wściekły zapał. Do napisania książki.

To prawda, jest to kolejna moja książka po jednej opublikowanej i dwóch zastygłych w szufladzie i diabli wiedza, jaki też ją spotka los. Ale wiem, że sens życia nadaje dzieło życia, a tworzenie daje szansę dla jego powstania. Jeśli zatem uznam, że to jest TO (a tym z szuflady bez żalu każę czekać) – mam dziś wielkie prawo, by czuć się uroczyście, nałożyć białą bluzkę, a choćby i usta pomalować. A propos ust, kiedyś dostałam w prezencie książkę, na której okładce były właśnie takie usta i z jaskrawych powodów wcale nie chciałam jej czytać. Z nudów się jednak przemogłam i co powiecie? Świetna rzecz! Wspaniały opis kultury żydowskiej z punktu widzenia nowojorskiej lanserki.

Wróćmy do meritum.

Napisałam pierwszy rozdział i jakoś mnie nosi, żeby się z Państwem podzielić. No może nie całym rozdziałem, ale choć wstępem. Strach wielki, że mnie rozniesiecie na butach, ale jeszcze większa ciekawość: czy wola zwycięży porażkę?

Zatem zapraszam:

——————————————————————————

Nie słyszałam żadnej przysięgi. Zresztą nikt, poza samymi przysięgającymi jej nie słyszał. Skoro w obliczu Boga znaczy: w kościele, a nie wobec kortowskiego jeziora – to przecież nic się nie stało. Nikt słowami: ślubuję ci miłość, wierność, oraz to, że cię nie opuszczę… – przejąć się nie mógł. Nikt nie dopomógł, choć o dopomożeniu tam było. Żadni święci, ani Bóg Wszechmogący w Trójcy jedyny, tym bardziej.

Tak sobie tylko powiedzieli, bo wino wypili, bo się zakochali. Bo tylko siebie mieli, poza parą spodni i jedną sukienką – nic więcej. Bo tym językiem osobliwym, dla nikogo niezrozumiałym, w swym dwuosobowym państwie zaczęli rozmawiać. A w tym języku jest niezwykłe bogactwo odmian jednego słowa. Miłość. Miłość jest w każdym zdaniu, najprostszym i banalnym, nawet, gdy jej nie słychać, gdy nie słychać tych głosek: M, I, Ł, O, Ś,Ć – to ona i tak tam jest! Niewerbalna, przeźroczysta, delikatna i silna jak pajęczyna. To słowo to głucha sylaba języka prymitywnych plemion, narzecza pierwszych ludzi, unikalne brzmienie hopi, nigdy dostatecznie nie wyśpiewana i nigdy nie sfałszowana pieśń. Coś, czego nie słychać, a krzyczy. I choć nie słychać, nie można ukryć. Gdzieś tam, między strunami głosowymi drga i w zwykłym mówieniu wybrzmiewa tysiącem akordów.

– Ślubuję ci miłość, wierność oraz to…

– Zobacz, jakie drzewo wielkie!

– To nasze drzewo.

– Jak ono się nazywa?

– Buk.

– To nasz BUK.

– To nasz BÓG.

– Tak nam dopomóż…

Zdecydowali, że nie wrócą do domu. To znaczy on nie wróci do żony, bo już, mimo młodego wieku się gdzieś zaplątał, już go ze studiów wyrzucili, już na parowozach pracował, już przeklinał, już papierosy palił, już był dorosły, już miał nawet synka. Ona jeszcze w szkole, w liceum, krótka sukienka i włosy długie.

Nigdy nikogo tak nie kochała. Choć wcale piękny nie był. Dziewczyny mówiły, że straszny, że diabeł. Chudy, z nosem garbatym, ciemny, krzaczasty, żylasty. Impulsywny. Szalony. Piękny.

Zimne te noce kwietniowe. Krótka sukienka na zmarzniętych udach. Jak do domu nie wrócę, matka mnie zabije.

– Nie zabije.

Nie zabiła. Od zabijania był on.

30.08.2012 Babie lato znów

Jesień to pomnik przemijania, fotografia nietrwałości. Bursztynowe zaklęcie – czasu w nieskończoność, rozdygotania w bezruch

Silva Autumnus

Dziś jest ostatni dzień sierpnia, a to zobowiązuje. I choć słońce jeszcze niby grzeje, jednak, umówmy się, czuć w powietrzu nadchodzącą zagładę plaż. Czuć wyschnięte, gotowe do opału, drewno. Czuć mokry zapach pajęczyn. Czuć jesień.

Wiem, zaraz ktoś powie, że w naszym klimacie panuje permanentna jesień, ale ja nie chcę o tym dyskutować. Malkontentom utyskującym na północny klimat mówię NIE. Nie interesuję mnie ich narzekanie o nieprzychylnym wietrze, o słocie, deszczach i chłodzie. Niech sobie jadą gdzie indziej. Niech leżą na piasku pustyni, niech ich pchły pustynne pogryzą. Niech ich uwiera ramiączko na spalonych plecach. Niech im puchną stopy, niech im się lepią dłonie.

Ja tymczasem spojrzę na niskie słońce babiego lata, na bujne korony drzew, na złotą poświatę mgły i z rozkoszą poczuję mój refleksyjny chłód. I o tym właśnie chcę dziś napisać. O jesieni marzycielskiej, o jesieni dla zakochanych, o tęsknocie do nie wiadomo czego, o starych piosenkach, o kołnierzu z lisa i o zgubionych parasolkach.

O butach botkach, o pończochach, o płaszczykach, apaszkach i szalikach. O walizkach w kratkę jesienną szkocką. O szkockiej whisky. O czerwonym winie. O srebrnych łyżeczkach  na Mariackiej. O deszczu, chmurach i poziomym świetle. O pająkach krzyżakach i apokaliptycznej zagładzie rozhisteryzowanych much. O zapachu liści. O popołudniowym kinie Helikon. O mokrym bruku gdańskiej starówki. O ciut za długich chwilach milczenia. I wreszcie – o herbacie z zatopionym słońcem.

Czy jest coś piękniejszego od barw jesieni? Nachalna pstrokacizna letnich fatałaszków nie ma startu do wełnianej elegancji. Wystarczy wejść do pierwszego lepszego sklepu, gdzie sponiewierane tandetne i tanie niedobitki lata wiszą pod ścianą z napisem WYPRZEDAŻ, kryjąc się jakby ze wstydu przed królującą wytwornością jesiennych kolekcji. Spokój szlachetnych materiałów tworzy aurę dostojności.

Patrzę na spowite srebrem pajęczyn wierzby i przypominam sobie jak w majowym słońcu sterczały z ich pni przycięte kikuty ledwo porośnięte niecierpliwym listowiem. Dziś wyglądają zupełnie inaczej. Piękniej. Tak, wyglądają pięknie, a jeśli ktoś ma na to lepsze określenie, niech je sobie zatrzyma w spokoju. Bo jesień to duma i spokój. Jesień to pomnik przemijania, fotografia nietrwałości. Bursztynowe zaklęcie – czasu w nieskończoność, rozdygotania w bezruch.

Jesienią  mam wrażliwość artysty i zauważam rzeczy, których zazwyczaj nie widzę. Słonia indyjskiego w filiżance kawy. Mapę Himalajów w szpinaku. Nuty na balustradach.

Jesienią zawsze się zakochuję. Oczywiście, w sobie.

28.08.2012 Blog Forum Gdańsk 2012

Dziś się dowiedziałam, że prawie wszyscy piszą blogi, co oznacza, że blogi pisze jakieś siedem miliardów ludzi minus kilka tych osób, którzy z niepojętych przyczyn JESZCZE blogów nie piszą. Inna rzecz, że tego nikt, oprócz samych autorów nie czyta, co by się w sumie zgadzało w odniesieniu choćby i do innych pól ekspresji, takich jak zanikająca w czytelnictwie, a pączkująca w twórczości –literatura.

Taki to początek wpisu od czapy stworzyłam bez większych jednak obaw o krytykę, bo: patrz wyżej. A propos, zbliża się Blog Forum Gdańsk 2012 i tak mnie naszło w temacie. Impreza ta bowiem skupia ludzi, których blogi są nawet czytane, których blogi są, proszę Państwa, rozrywane, których blogi karmią masy, kreują opinie, wywierają nacisk. Na Blog Forum Gdańsk przybywają gwiazdy blogosfery i bynajmniej ja, pałętająca się tam w poczuciu zagubienia i syndromu dnia poprzedniego – nie mam z tym gwiazdorstwem nic wspólnego.

Dlatego w tym roku wzięłam na październik urlop i wykupiłam lot do Marakeszu.

Właściwie to chciałam wykupić. Bo mi zabrali połączenia do Hahn, Stuttgartu i Barcelony. Bo w Maladze podskoczyły promy. Bo wszystkie korytarze powietrzne zatkało. Bo opłaty lotniskowe podnieśli. Bo mi się ważność paszportu skończyła. Bo się cała branża lotniczo morska zawzięła, że nie mogę lecieć, płynąć, jechać. Bo tysiąc innych powodów, dla których zostaję i będę się znów po BFG pętać, a nawet w korytarzu hotelowym krótką chwilę z gwiazdą blogosfery przeżyję i wypiję buder z rudymi kotami, i zagadam na śmierć Segrittę, i Kominka poczaruję, i duszy oraz jaj poszukam, i diabli wiedzą, co jeszcze durnego wykonam, może wreszcie ten piernik kętrzyński?

W każdym razie – będę.

————————————————————————————

Blog Forum Gdańsk 2012 odbędzie się w dniach 13-14 października na stadionie PGE Arena. Więcej informacji wkrótce.

21.08.2012 Gdy blog ma JA…*

Moja popularność wynika z własnych interakcji. To ja odpisuję sobie samej na kolejne wpisy, a potem kłócę się ze sobą na forum, by na koniec dźgnąć żelazem argumentu rozdygotane przez siebie dywagacje.

Tak, przyznaję się. Bo wreszcie zostałam zdemaskowana. Bo podejrzenie, które dziś do mnie dotarło, jest trafne i zupełnie niesłusznie chwieje się w trybie przypuszczającym, tudzież w mętnych słowach: „może…?”, „rzeczywiście…”? Kto tam coś przypuszcza, kto domniema – niech przestanie. Nie ma: może. Tak jest. Jakakolwiek, choć wątpliwa moja popularność, a raczej jej pozór, wynika tylko i wyłącznie z moich własnych reakcji na moje własne, przeze mnie wyłącznie inicjowane akcje. To ja odpisuję sobie samej na kolejne wpisy, a potem kłócę się na forum, by na koniec dźgnąć żelazem argumentu rozdygotane przez siebie dywagacje.

Ja jestem autorem wszelkiego hejtu, tudzież lajku, co rzecz jasna odbija się na społecznościowych portalach. Założyłam do tej pory 228 kont na Facebooku i każde z nich wyposażyłam w znajomych, hobby, wykształcenie i rodzinę, po czym polubiłam nimi samą siebie.

Książki. Myślą Państwo, że kto je kupuje? Ja. Wykupiłam cały nakład Last Minute. I wykupię każdy dodruk. A każdą następną, którą wydam – zmiotę z powierzchni Ziemi. Gorzej – ja je wszystkie przeczytam! Przeczytałam cały nakład własnej książki i nie zamierzam na tym poprzestać. Moje książki będą najczęściej i, co najważniejsze, najwnikliwiej czytanymi książkami na świecie.

Każdy wywiad ze mną ja sama przeprowadziłam. Potem darłam do kiosków, by wykupić wszystkie gazety. Z radiem było niełatwo, modulacja głosu, te sprawy. W telewizji dopiero! Proszę sobie wyobrazić, jak trudno się przebrać za Dorotę Wellman i ciskać w siebie skandalizujące pytania. Jak ciężko zapaść się w fotel i mentorskim głosem Lwa Starowicza kpić z własnych postulatów. I jak się wypacykować (co już zakrawa na szczyt lansu), by stać się w jednej chwili: Tomaszem Kamelem, Agnieszką Szulim i wreszcie, mną?!

Szanowni Państwo. Jesteście moją wielokrotnością, bo prawda jest taka, że każde wejście na tę stronę wynika tylko i wyłącznie z mojej własnej aktywności. Kliknęłam tu kilkadziesiąt tysięcy razy (za każdym razem z innego komputera, bo inaczej mi portal nie liczy), o Fe!mini, Seksie Wzbronionym i innych śladach mojej autoszajby nie wspomnę.

Jestem wielkim kreatorem. A będę jeszcze większym. Założę jeszcze raz tyle kont na Facebooku, albo i jeszcze raz i jeszcze. Milion ich założę! Dwa miliony! Jeszcze siebie zaskoczę. Jeszcze o sobie usłyszę. Będę najpopularniejszą mną wśród wszystkich mnie.

I żaden inny niż ja autor nie stworzy lepszej więzi z czytelnikiem. Znaczy: ze mną.

———————————————————————

* …JA

15.08.2012 Gwiazda, która nie gaśnie

Laila Tov, Dawid

Dawid podszedł do mojego stolika i spytał po hebrajsku, czy jestem księżną. Tak mi przynajmniej później tłumaczył. Należy przyznać, że podryw pierwszorzędny. Od kwadransa obserwowałam go dyskretnie i zastanawiałam się, czy odważy się zagaić. A ten wyleciał mi z jakimś psalmem o jutrzence (to się okazało jeszcze później, wcale nie spytał o to, czy jestem księżną, tylko wyrecytował coś z Biblii, jajcarz). Odpowiedziałam po angielsku, że nic nie rozumiem, wtedy zaskakującą polszczyzną wyjaśnił:

– Byłem przekonany, że zna pani hebrajski!

– Niestety, znam tylko jidysz.

Pacnął otwartą dłonią w czoło, jakby się skarcił za przeoczenie takiej oczywistości i oboje wybuchliśmy śmiechem. Pewnie pytanie, czy jestem księżną, bym zrozumiała. W końcu to taki melanż niemieckiego z polskim i ruskim. Ale oczywiście, nie znam jidysz.

Tak więc Dawid przysiadł się do mojego stolika i obrócił słońce w moją stronę, dając pełne świadectwo słuszności powiedzonka mojej matki, która zarzucając mi kombinatorstwo, nieraz mawiała z wyrzutem: – Kręcisz jak Żyd słońcem.

Kiedyś sprezentowała mi kołnierz z lisa srebrnego, a wiozła go swoim zwyczajem ze wschodu, pewnie z jakichś syberyjskich łowów. Nałożyłam go i wyszłam na warszawską starówkę, by wraz ze świeżo upieczonym przyjacielem zatańczyć walca na Krakowskim Przedmieściu do tej muzyki Kazaneckiego z filmu Noce i Dnie: Lalalala lalala, lala lala lalala, lalalalaaa, lalala, lala lala lala lala…

Kołnierz zsunął się z ramion i miękko spadł na bruk. Jakże bym płakała, gdyby on tego nie zauważył!

Znów jadę do Warszawy. Tym razem nie będę występować w żadnej telewizji, przynajmniej tego nie planuję. Jadę na warsztaty w ramach konkursu, o którym pisałam niedawno. Znowu poznam ludzi, znów się coś wydarzy, nie wiadomo co. Jedno jest jednak pewne. Nie spotkam Dawida.

Dawid nie wyjdzie po mnie na peron, nie przyniesie konwalii, ani baklawy. Nie wysupła ze swojego prochowca starego egzemplarza „Wenus w futrze”, ani niczego Kundery, ani „Szatańskich Wersetów”. Nic mi nie zdobędzie ze swojej rodzimej biblioteki wrocławskiej, w której nie ma już żadnych chodów, bo go już dawno nie lubi kierowniczka. Nie sprezentuje mi też żadnego wisiorka z Białego Bociana i nie opowie, jak pięknie wygląda dziś synagoga. Nie zaciągnie mnie też na żaden kebab przy dworcu, ani sam też nie zrobi ośmiornic z makaronem. Nie upijemy się tanim piwem w studenckim barze, którego nazwy po raz setny nie przekręcę, a on mnie po raz setny nie poprawi, nie wywracając znacząco oczami. I nie powiem mu, żeby się broń Boże przypadkiem we mnie nie zakochał, a on nie zapewni mnie z rozbrajającą nieszczerością, że ostatnia rzecz, na jaką ma ochotę, to się zakochać w takiej flądrze jak ja.

Mój ojciec, gdy się dowiedział, że Jolka nie żyje, rzekł:

– Kurwa mać.

Wstyd się przyznać, ale ja też tak zareagowałam na wieść o śmierci Dawida. Weszłam do wanny, nalałam wody gorącej i patrząc gdzieś w nieskończoność powiedziałam głucho te słowa. Jestem pewna, że Dawid to słyszał. Wiem, że mnie wtedy zrozumiał. A dziś, gdy myślę o wyjeździe do Warszawy i też mi się nasuwa ten bezsilny zwrot, podziela moje zdanie.

– Kurwa mać, Dawid, że my się nie spotkamy.

– Kurwa mać, Sylwia, że my się nie spotkamy.

12.08.2012 Samobójstwo, czyli ja wam pokażę!

Donieśli mi, że mój Ex w rozpaczy po rozstaniu trzasnął motorynką w drzewo, ale żyje, leży w szpitalu i czeka na mnie. CZEKA!

z całej afery pozostała mi miłość do motocyklowego stylu;)

Gdy miałam lat szesnaście poznałam chłopaka o ksywce Patafian. Diabli wiedzą, skąd takie przezwisko. Grunt, że miał motor i umiał nim jeździć. Ten żelazny atut przesłonił mi wtedy oczywiste przeszkody na drodze do wspólnego szczęścia. Na przykład to, że na pytanie o Hemingwaya facet odpowiadał, że go zna z widzenia. Przymykałam oko na tego rodzaju wpadki i trzeba przyznać, że chwilowo było fajnie, chwilowo mnie zaczarował, ściśle zaczarowała mnie jego motorynka o wdzięcznej nazwie Jawa.

Na krótko. Szczerze mówiąc, na chwilę. Niecały miesiąc. Po miesiącu okazało się, że motor i to o wiele lepszy, większy i poważniejszy (MZ 250) ma co drugi facet w wieku lat siedemnastu, w tym Ogryzek z Lidzbarka, piekielnie przystojny łobuz. Wprawdzie Ogryzek też nie znał Hemingwaya, ale jego nieznajomość była stuprocentowo męska, była wręcz imponująca, twarda i niezłomna, niczym wykuta w literackim poście, w trudach wychowania bez lidzbarskiej biblioteki, w surowości oderwania od słowa pisanego i innych tego typu banialuków – stal. Ogryzek nie zamierzał się więc z niczego tłumaczyć, ignorancję zamykał w jednym porażającym zdaniu:

– Weź ty mi dupy nie zawracaj – zdobywając w jednej sekundzie całe moje szesnastoletnie serce i jednocześnie odbierając je Patafianowi.

Ogryzek wygrał. Miał więcej niż jeden atut. Miał przychylność Małpy Tarzana, która się także, po cichu kiedyś w nim durzyła. No i był z daleka, co budowało spiętrzoną, pełną rozkosznej tęsknoty (którą sobie niezmiernie do dziś cenię) – miłość na odległość.

Wróćmy do Patafiana. Gdy mu z niewinnym uśmiechem zaproponowałam starą jak świat kłamliwą utopię, byśmy zostali przyjaciółmi, ten bez słowa zapalił camela (nie mam pojęcia, skąd brał tak burżuazyjne fajki), po czym wyszedł i ślad po nim zaginął. Jak na przyjaciela, któremu tę funkcję właśnie zaproponowałam, mało mnie właściwie obchodził. Ucieszyłam się więc niezmiernie, że nikt mi nie wchodzi w paradę mojej nowej miłości z Ogryzkiem.

Nie mogłam więc wiedzieć, że niedawny amant rozpacz swą i upokorzenie rozbił wraz z Jawą o przydrożne drzewo, które o mały włos, kaprys losu, czy może dopiero wprowadzony ścisły nakaz jazdy w kasku dla posiadaczy motocykli o pojemności silnika poniżej 55 cm3 – nie nosiłoby na swej korze znamiennego krzyża z nazwiskiem Patafiana po dzisiejsze dni.

Ale nie. Jest czas Jawy, jest czas snu. A ze snu zbudzenie, jak po nocy dzień. Tak więc wieść osiedlowa doniosła mi, że wprawdzie mój Ex w miłosnej rozpaczy grzechotnął w drzewo, ale całe szczęście żyje, leży w szpitalu i czeka na mnie.

CZEKA!

A niby z jakiej racji, u diabła? A niby z jakiej racji, u diabła, miałabym tam pójść? A co ja mam z tym, u diabła, wspólnego? Nie mam pogardy dla samobójców miłosnych. Ale gardzę miłosnymi szantażystami! Nigdzie nie idę.

– Ale on twierdzi, że zostaliście przyjaciółmi…

Człowiek  musi uważać, co mówi. Musi uważać, gdy na własne kłamstwo spodziewa się oczywistego: – Wsadź sobie tę swoją przyjaźń! -, bo może się sparzyć. Bo nożem, którym zabija romans, może zadać cios własnym plecom. Bo z pęt niefrasobliwej miłości uwolniony, zwiąże gordyjski węzeł przyjaźni. Na śmierć i życie. Na chorobę i głód. Na sen i jawę. Choćby roztrzaskaną.

Wyjścia są dwa. Jedno od drugiego gorsze. Nie podpowiem, którym trzeba pójść. Powiem tylko, że wobec kłopotliwej przyjaźni, honorowego niańczenia niedojrzałych facetów bez jaj,  karmienia przez słomkę rozhisteryzowanych kochasiów, staje jeszcze jedno: żelazne, twarde jak stal, skurczone w swej nieskończonej kategoryczności, zdanie. Zdanie klucz – zamykający wszelkie poprzednie i teraźniejsze, przyszłościowe i jakie bądź – zobowiązania. A zdanie to brzmi:

– Weźcie mi dupy nie zawracajcie.

10.08.2012 Przepraszam

Czuję, że winna jestem Państwu wyjaśnienie, dlaczego Sylwia Kubryńska w kółko pisze to samo, mianowicie: bzdury. Jednocześnie czuję, że jest pewna granica ekshibicjonizmu, której przekroczyć nie mogę, bo znakomita większość czytelników NBnŚ z miejsca nazwałaby mnie bezwstydnym kłamcą. Życie bowiem jest tak nieprawdopodobne, że czasem trzeba ściemnić, zataić coś, by stać się wiarygodnym. Dlatego ja zatajam, a w miejsce porażających zeznań aplikuję oblatany tekst o odchudzaniu.

Ale potem mam wyrzuty sumienia, bo jednak ktoś te rzeczy czyta i ma do nich jakiś stosunek, często dość serdeczny. Albo nawet życzliwy. Względnie – przychylny. Dlatego szczerze przyznaję, że ostatnie dni spędziłam w paraliżująco niewielkiej odległości od aparatury ratowniczej, respiratora i intubacji. I właśnie dlatego, że do wyżej wymienionych nie byłam podłączona ja, ale ktoś Najważniejszy na Świecie – nie mogłam oddychać. A gdy się nie oddycha, trudno cokolwiek napisać.