28.07.2012 Zakwit

Słowa człowieka zniecierpliwionego, który czekając na kogoś, mówi: – Pośpiesz się, bo ja tu zaraz zakwitnę – traktowałam jako niezbyt wyszukaną, lecz zawsze metaforę. Gdy ujrzałam dziś swój rower – nabrałam wielkiego szacunku do tego określenia.

Od kilku dni leżę chora w łóżku, bo faktycznie najlepszym wyjściem w taką spiekotę jest dostać gorączki z zapaleniem zatok włącznie. Leżę, pot się ze mnie leje, a ja na domiar złego, zamiast spać i zdrowieć, czytam bez pamięci. Czytam całą sobą, całym swym zakatarzonym jestestwem. Dorwałam Andrzeja Barta i brawurowo zajęłam się „Fabryką muchołapek”.

Tak jest, drodzy Państwo. Lipiec, dwadzieścia osiem w cieniu, dzieci pluskają w basenie, ptaki ćwierkają na drzewach, a ja za zasłoniętymi roletami tkwię w piwnicy zaświatów wraz z duchami ofiar holokaustu. Pławię się w smutku i melancholii. Dobro i zło rozdzieram wraz z sercem, na osobliwym procesie Rumkowskiego. Czasem wstanę, by nomen omen zabić jakąś muchę (pisałam o tym, obora niedaleko, sezon muszy rozpoczęty) i z jej śmiercią jeszcze głębiej pogrążyć się w rozpaczy. Nic, absolutnie nic i absolutnie nikt nie jest w stanie rozjaśnić mojej twarzy. Mam chandrę. I zapalenie zatok. Zjadłabym nektarynkę. Muszę wstać i pojechać rowerem po owoce. W sklepie spotkam pewnie siedmiu ogolonych nastolatków, którzy rechocząc upuszczą pięć złotych, moneta potoczy się za kasę, oni zrobią raban: kurwa, pięc ziko wjebało!, kasjerka z niezmąconym spokojem im te pięć złotych zza kasy wygrzebie, oni znów zarechoczą, po czym wyjdą i będą się cieszyć, że ją orżnęli na butelkach, że niby na wymianę mieli i wstawili do skrzynki, a nie mieli wcale i tak są do przodu dwadzieścia groszy na bronksie. Zajebiście.

Matko, jak mi się nie chce, matko, jakbym miała takiego syna, to bym go zabiła, matko, głowa mi pęka, nigdzie nie jadę. Ale jeść się chce. Wychodzę więc z piwnicy, zastawiam swoich Żydów, na twarzy mam posąg. Dwie muchałapki jak dwa rewolwery, ja z miną zaciętą. Idę. Raz – dwa – trzy – cztery. Dochodzę do perfekcji. Muchałapki stereo latają, muchy jak muchy padają, ja kroczę. Wychodzę. Gdzie rower! Stoi.

A raczej rośnie. I rozbraja mnie w jednej sekundzie ze wszystkich muchołapek świata. Zapalenie zatok i proces Rumkowskiego, zaświaty i piwnica, wojna, głód i mrok, a nawet siedmiu ogolonych cwaniaczków – wszystko znika w jednej chwili za sprawą dowcipnego roweru.

Do tej pory słowa człowieka zniecierpliwionego, który czekając na kogoś, wyrażał podobne zdanie: – Pośpiesz się, bo ja tu zaraz zakwitnę – traktowałam jako niezbyt wyszukaną, lecz zawsze metaforę. Gdy ujrzałam dziś swój rower – nabrałam wielkiego szacunku do tego określenia. W końcu mój rower trochę sobie na mnie poczekał. To co miał zrobić? Zakwitł.

Swoją drogą, skoro ja mogę sobie podróżować w jednym zielonym bucie, czemuż rower mój nie miałby się obsypać listowiem? Aż strach pomyśleć, co wkrótce wymyśli Nabuchodonozor.

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s