31.07.2011 W odpowiedzi na Twój list

Czytam Twoją historię i widzę w niej siebie. Choć obiecałam, że na listy będę odpowiadać po terminie zakończenia konkursu – na Twój odpowiem od razu. Odpowiem na Twoje pytanie. Tak, jest ktoś, kto zagrzewa mnie do działania.

Ty.

Był Nowy Rok. Styczniowy poranek kończący imprezę sylwestrową w moim domu. Najbliżsi, znajomi, jeszcze w szampańskich humorach opuszczali mnie powoli, a ja leżałam w łóżku i wcale nie miałam kaca. Byłam bardzo chora. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo. Oni też nie wiedzieli. Myśleli, że przeholowałam z szampanem.

Kilka godzin później wylądowałam w szpitalu, na oddziale neurologii. Potem już żegnałam się z najbliższymi. Miałam ostre, bakteryjne zapalenie opon mózgowych. Następstwo zaniedbania przewlekłego zapalenia zatok (zawsze najważniejsza była praca, na lekarza czasu zabrakło). Wysoki poziom CRP, silna infekcja. Organizm był bezradny, lekarze też. Dostałam silną dawkę antybiotyku, leżałam bez ruchu dwa tygodnie.

A kiedy stał się cud i wstałam pierwszy raz po tym czasie, wiedziałam już, co mam robić. Choć przepełniał mnie strach: jak to będzie, czy nie podejmuję zbyt dużego ryzyka? Ale przecież mam tylko jedno życie. Które w każdej chwili mogę stracić.

Najbliżsi szaleli ze szczęścia z powodu ozdrowienia. A potem? Chyba pomyśleli, że mam po chorobie zaburzenia w strukturach mózgu. Firma przynosi zyski, a ja chcę z niej zrezygnować? Pisać książki? Wszystko zmienić? Jak to?

A jak się pisało? Mój Boże! Jakbym przedzierała się przez zasieki, jakbym kolejne zdania w kamieniach wykuwała!

Fakt. Pamiętniki pisałam od dziecka. Ale napisać powieść? Nawet nie przypuszczałam, jakie to trudne! Akcja, bohaterowie, spójność. Warsztat! A tu wychodzi beznadziejnie, zupełnie inaczej, niż bym chciała. Dialogi infantylne, opisy drewniane. Zdania napięte, sztywne, sztuczne. W dodatku laptop się wiesza, monitor skacze… Wszyscy dookoła w kółko czegoś chcą, telefony dzwonią, sprawy przyziemne, sprawy do załatwienia, sprawy niecierpiące zwłoki, natłok obowiązków… I nikt mnie nie rozumie! Nikt o moim pisaniu nie chce nawet słyszeć!

Piszę więc po nocach, rano, gdy wszyscy śpią. W dzień pracuję, w końcu trzeba za coś żyć. Nie odpuszczam jednak. Chcę zmiany. Obiecałam sobie! Szukam więc pracy jako dziennikarz. Wysyłam teksty. Szukam pism, portali, wydawców. Chcę coś opublikować, żeby zacząć zapisywać kartę swojego życiorysu jako pisarka. Przecież tego właśnie chciałam. Niech to ktoś zrozumie!

Nikogo to nie obchodzi. Nikomu na świecie nie zależy na moim pisaniu. Czy mam o to żal? Mogę mieć, ale tylko do siebie. Żal, że tak późno się wzięłam za własne życie.

Pierwsze opowiadanie wychodzi w piśmie Szafa. Babie Lato. Iskierka nadziei. Wreszcie ktoś, jedyna osoba na świecie, stwierdza coś pozytywnego o moim piórze. Googlam, kto to? Jerzy Reuter. Prozaik. Jezu, jak się cieszę! Mówię znajomym, najbliższym. Nie robi to na nikim wrażenia. Ot, fanaberia dwóch wariatów, pięknoduchów…

Niezrażona, ze zdwojoną energią szukam dalej. Wysyłam wydawcom szkice mojej powieści. Dostaję pierwszą recenzję: „Koszmar, grafomania, beznadzieja”. Wyrzucałam maszynopis. Kasuję plik z powieścią. Wpadam w depresję. A potem: zaraz, zaraz, co ja sobie obiecałam w szpitalu? Czemu ja jestem załamana? Przecież żyję! A dopóki żyję, mam szansę.

Piszę powieść od nowa, w tak zwanym międzyczasie drugą, trzecią. Potrzeba pisania buzuje we mnie, jest silniejsza od wszystkiego. Powstają opowiadania, powstaje ten blog. Spotykam ludzi, którzy piszą jak ja, wspierają mnie. Mija rok, moja powieść jest wreszcie napisana tak, jak tego chciałam.

Znajduję wydawcę. Zaczynam publikować. A blog jest czytany… Ktoś pisze maila, że mój tekst go rozbawił. Kogoś innego wzruszył, przypomniał o czymś dla niego ważnym. Ktoś inny znalazł w moim tekście siebie, fragment własnych wspomnień…

A więc moja pasja to też emocje innych?

Dziś już się nie boję. Wiem, że najlepsze teksty są przede mną. Dzieło Mojego Życia czeka na mnie w przyszłości. I wcale nie chcę nikomu niczego udowadniać. Robię to dla siebie. Bo JA chcę to robić. To moje życie. Właśnie tak chcę je przeżyć.

Dlaczego powiedziałam, że Ty mnie wspierasz? Bo takie listy, jak Twój to moje paliwo. Dowód, że to co robię, ma sens. Podwójny. Jest nie tylko sensem mojego życia, jest też inspiracją.

Nie rezygnuj z pasji. Zobaczysz, jaka to frajda, gdy zaczniesz zarażać nią innych!

Sylwia Kubryńska

28.07.2012 Zakwit

Słowa człowieka zniecierpliwionego, który czekając na kogoś, mówi: – Pośpiesz się, bo ja tu zaraz zakwitnę – traktowałam jako niezbyt wyszukaną, lecz zawsze metaforę. Gdy ujrzałam dziś swój rower – nabrałam wielkiego szacunku do tego określenia.

Od kilku dni leżę chora w łóżku, bo faktycznie najlepszym wyjściem w taką spiekotę jest dostać gorączki z zapaleniem zatok włącznie. Leżę, pot się ze mnie leje, a ja na domiar złego, zamiast spać i zdrowieć, czytam bez pamięci. Czytam całą sobą, całym swym zakatarzonym jestestwem. Dorwałam Andrzeja Barta i brawurowo zajęłam się „Fabryką muchołapek”.

Tak jest, drodzy Państwo. Lipiec, dwadzieścia osiem w cieniu, dzieci pluskają w basenie, ptaki ćwierkają na drzewach, a ja za zasłoniętymi roletami tkwię w piwnicy zaświatów wraz z duchami ofiar holokaustu. Pławię się w smutku i melancholii. Dobro i zło rozdzieram wraz z sercem, na osobliwym procesie Rumkowskiego. Czasem wstanę, by nomen omen zabić jakąś muchę (pisałam o tym, obora niedaleko, sezon muszy rozpoczęty) i z jej śmiercią jeszcze głębiej pogrążyć się w rozpaczy. Nic, absolutnie nic i absolutnie nikt nie jest w stanie rozjaśnić mojej twarzy. Mam chandrę. I zapalenie zatok. Zjadłabym nektarynkę. Muszę wstać i pojechać rowerem po owoce. W sklepie spotkam pewnie siedmiu ogolonych nastolatków, którzy rechocząc upuszczą pięć złotych, moneta potoczy się za kasę, oni zrobią raban: kurwa, pięc ziko wjebało!, kasjerka z niezmąconym spokojem im te pięć złotych zza kasy wygrzebie, oni znów zarechoczą, po czym wyjdą i będą się cieszyć, że ją orżnęli na butelkach, że niby na wymianę mieli i wstawili do skrzynki, a nie mieli wcale i tak są do przodu dwadzieścia groszy na bronksie. Zajebiście.

Matko, jak mi się nie chce, matko, jakbym miała takiego syna, to bym go zabiła, matko, głowa mi pęka, nigdzie nie jadę. Ale jeść się chce. Wychodzę więc z piwnicy, zastawiam swoich Żydów, na twarzy mam posąg. Dwie muchałapki jak dwa rewolwery, ja z miną zaciętą. Idę. Raz – dwa – trzy – cztery. Dochodzę do perfekcji. Muchałapki stereo latają, muchy jak muchy padają, ja kroczę. Wychodzę. Gdzie rower! Stoi.

A raczej rośnie. I rozbraja mnie w jednej sekundzie ze wszystkich muchołapek świata. Zapalenie zatok i proces Rumkowskiego, zaświaty i piwnica, wojna, głód i mrok, a nawet siedmiu ogolonych cwaniaczków – wszystko znika w jednej chwili za sprawą dowcipnego roweru.

Do tej pory słowa człowieka zniecierpliwionego, który czekając na kogoś, wyrażał podobne zdanie: – Pośpiesz się, bo ja tu zaraz zakwitnę – traktowałam jako niezbyt wyszukaną, lecz zawsze metaforę. Gdy ujrzałam dziś swój rower – nabrałam wielkiego szacunku do tego określenia. W końcu mój rower trochę sobie na mnie poczekał. To co miał zrobić? Zakwitł.

Swoją drogą, skoro ja mogę sobie podróżować w jednym zielonym bucie, czemuż rower mój nie miałby się obsypać listowiem? Aż strach pomyśleć, co wkrótce wymyśli Nabuchodonozor.

Wierna Swoim Ideałom, czyli konkurs na antenie*

Czasem (a nawet dość często) dostaję próbki tekstów do oceny. Właściwie nie mam pojęcia, czemu ludzie decydują się pokazywać mi swoje teksty – nie jestem przecież żadną tam wielką pisarką. W ogóle nie jestem wielka. Przy okazji, ostatnio byłam na koncercie, podczas którego prowadząca zapowiedziała występującą po poprzedniej artystce, solistkę:

– A teraz wystąpi równie ogromna piosenkarka…

No więc nie jestem bynajmniej ogromna. Mam jednak pewien pomysł. Ściśle nie jest to wcale mój pomysł, ale do tego chyba nie muszę się przyznawać. A już na pewno nie muszę się tłumaczyć. Do brzegu. Pomysł polega na bliskim mojemu sercu zagadnieniu, mianowicie na tym, żeby zmobilizować kobiety do realizacji swoich marzeń. Dlaczego akurat kobiety? Bez głupich pytań. Wiem doskonale jak to jest. Znów nie mam ochoty się tłumaczyć. Jak facet pisze książkę, to się nazywa że jest artystą, a rodzina chodzi na palcach. Jak kobieta pisze książkę, to ma niezłą śrubę z histerią macicy włącznie, zaniedbuje rodzinę i to się nazywa: fanaberia.

No więc, Szanowne Panie! Krótko i na temat. Jak realizujecie swoje marzenia? Jak między pracą, domem, dziećmi, pacykowaniem kuchni, korepetycjami z matmy, mopem, przeglądem samochodu, wywiadówką, dietą cud, aerobikiem, praniem, prasowaniem (dżisas, padam z nóg), znajdujecie czas i motywację dla swoich pasji?

To nie jest łatwe, wiem. Firma, która wymyśliła tę akcję poprosiła mnie, żebym ją wsparła i wrzuciła tu film szkoleniowy (całkiem do rzeczy), który zamieszczam poniżej. Bo niby ja, jako pisarka (niewielka) pomiędzy pracą, domem, dziećmi, pacykowaniem kuchni, korepetycjami z matmy, mopem, przeglądem samochodu, wywiadówką, dietą cud, aerobikiem, praniem, prasowaniem (teraz to już zipię) – daję radę z realizacją swoich pasji.

Możecie obejrzeć ten film, napisać do mnie i coś tam w życiu zmienić, albo go nie oglądać i dalej się miotać. Wybór należy do Was. W końcu to Wasze życie. Napiszcie, jaki macie na nie pomysł? Przysyłajcie mi teksty do 31 lipca do północy, a najfajniejszy mail zostanie nagrodzony. Można wygrać zaproszenie na warsztaty (18 sierpnia) z rozwoju osobistego, które prowadzi trenerka z tego filmu (i ja), zestawy bajeranckich kosmetyków i w ogóle. Tak od siebie dodam, że tekst, który mnie porazi, opublikuję tu, na Najlepszym Blogu na Świecie. Aha, mój mail to:

sylwiakubrynska@wp.pl

To czekam. W tytule maila konkursowego należy wpisać: WAKACYJNE INSPIRACJE.

„Zabawa jest realizowana w ramach programu Wierna Swoim Ideałom, który już od dwóch lat wspiera kobiety podążające własną ścieżką życiową – pełne pasji, świadome własne wartości.”

Link do filmu: http://www.youtube.com/watch?v=UL3u_p7OodA&feature=youtu.be

————————————————————————————-

*Wsparłam, bo się kiedyś pokłóciłam z pewnym poetą, który uważał, że baby mają z górki i w ogóle bzdury wymyślam z tą swoją „fanaberią”. Ale ja wiem swoje.

19.07.2012 Sylwia Rerum

Czy chaos jest zły? Bzdura! Chaos jest świetny. Tylko w chaosie można znaleźć to, czego się w ogóle nie szuka i stworzyć to, czego się nikt nie spodziewa. Wszak Bóg z chaosu stworzył Świat…

Znalazłam taki „Chaos”.I mam pewne zastrzeżenia: jest zbyt uporządkowany

Mój kolega z lat szkolnych mówił w swoim poemacie: „Nienawidzą mnie dziewczyny, cała klasa, nienawidzą mnie ludzie, cała ludzka masa.” I choć wtedy mnie to bawiło, dziś rozumiem jego szamotaninę, która doprowadziła go do takiej potworności jaką jest poezja. A rozumiem go z tego względu, że sama doświadczam – ze strony może nie zaraz „ludzkiej masy”, ale co poniektórych -właśnie takiej niechęci.

Ba, to nawet nie jest niechęć. To atak. Wściekłość. Złowrogie pomruki, jadowite maile. Docinki. Złośliwe komentarze. Przesadzone epitety. A wszystko przez to, że mam bałagan na biurku. Że mi prąd odłączają. Że wszystko gubię, zapominam, wracam. Że jestem rozkojarzona. Że nie pamiętam. Że nie myślę o rzeczach, bo mnie dobra materialne nie obchodzą. Roztrzaskane Punto, dopóki jeździ, w ogóle mnie nie martwi. Drogie knajpy mnie wręcz odstraszają. Pięciogwiazdkowe hotele? Boję się ich, a już panicznie boję się ich podstępnych lodówek. Nawet jeśli dostanę swoje czternaście milionów dolarów – i tak sobie niczego nie kupię. Nie przywiązuję wagi do rzeczy. Zamiast je czcić, hołubić, szaleć z zazdrości, gdy ich nie mam – wolę je opisywać. Opisane już nigdy nie znikną, nie zgubią się, nie przepadną. Opisane – zawsze będą moje.

Owszem, jestem roztargniona. Ale to MÓJ problem. Ze wszystkimi skutkami, które codziennie, zawracając wielokrotnie po telefon, klucze, dokumenty, torebkę – drastycznie  odczuwam. Ale to JA je odczuwam. Dlaczego więc tak to denerwuje innych, święcie idealnych piewców porządku? Dlaczego tak to boli matematycznie zorganizowanych, pedantycznie ułożonych zwolenników wojskowego ładu? Dlaczego to dotyka cyfrowo nieomylnych wyznawców segregowania? Czy według nich wszyscy na świecie powinni być dokładnie tacy sami jak oni? Czyżby zapomnieli najbardziej oczywistej i niezachwianej prawdy, że:

KAŻDY JAKIŚ JEST?

A może to ja razem ze wszystkimi źle zorganizowanymi, chaotycznymi zapominalskimi  tego świata mamy prawo na materialny porządek się nie zgadzać? Może to ja, wraz ze wszystkimi innymi głowami w chmurach powinniśmy powiedzieć ładowi: nie? Przecież mamy takie samo prawo. Przecież nam się też coś należy. Protestujemy więc. Nie zgadzamy się na szeregi, zwarte formacje, plany, kalendarze. Palimy organizery.  Wyrzucamy grafiki. Katalogi, segregatory, szufladki? Do kosza! Niby że bałagan jest gorszy? Bzdura! Bałagan jest świetny! Bałagan jest twórczy! Ciekawy! Więcej – niepowtarzalny! Nieprzewidywalny! Tylko w bałaganie można przepaść w natrafionym znienacka brudnopisie sprzed lat. Tylko w bałaganie można się wymigać od obowiązków,  walcząc z mozołem poszukiwań, na przykład, igły do szycia, której się za diabła nie znajdzie, a co za tym idzie – niczego się nie uszyje i lepiej od razu się zabrać za Vonneguta i świetnie spędzić popołudnie. Właśnie w bałaganie można znaleźć to, czego się w ogóle nie szuka i stworzyć to, czego się nikt nie spodziewa. Wszak Bóg z chaosu stworzył Świat.

W odwecie więc za terror porządnickich, od dziś wprowadzam do obiegu wypowiadany z odrazą taki zwrot:

– Jeny, ale masz odrażający porządek, weź coś z tym zrób!

Albo taki:

– Niedobrze mi na widok tych pudełeczek.

Albo, choćby taki:

– Błagam, przestań się nie spóźniać!

Nie po to mam na imię Sylwia, żeby nie być orędownikiem grochu z kapustą. Każdy wie doskonale, co oznacza pojęcie entropii i do czego dąży ten świat. Każdy wie także, z czego ten świat się wywodzi. Zatem niech żyje bałagan. Niech żyje chaos. W końcu to on był pierwszy.

17.07.2012 Chwile, skrawki raju

W barze powiadają, że do lepienia pierogów potrzebne jest doświadczenie, na co Małpa Tarzana mówi, że ma doświadczenie, całe życie lepiła je z babcią. A oni, że to się nie liczy, doświadczenie musi być na piśmie.

szukałam zbyt trudnych dla Małpy Tarzana pierogów, obawiam się jednak, że z takimi też by sobie poradziła

Czasem utkwi w głowie coś, do czego przez długie tygodnie, a jeśli nie przez długie tygodnie, to na pewno nazajutrz w pracy przy kawie z Biedronki i przy Radiu Plus, które w tej dziurze eterycznej jako jedyne zaraz po Radiu Maryja nie trzeszczy – tęskni się straszliwie.

Ostatnio zauważyłam, że umysł mój niczym zraniony dzieciak wciąż wraca pod skrzydła mojej siostry, której imienia tu nie napiszę, a szkoda, bo imię mojej siostry niezwykle jest oryginalne, tak oryginalne, że gdy przyszła na świat okazała się być jedyną osobą o takim imieniu w całym mieście.

W książce pt. „Dzieci Północy”, jednej z moich ulubionych książek w ogóle, a już na pewno ulubionej książce autorstwa Salmana Rushdie, pojawiła się siostra o imieniu równie niezwykłym (Mosiężna Małpka) jak imię mojej siostry, a nawet w jakimś stopniu podobnym, pamiętam bowiem, że w dzieciństwie moja siostra identyfikowana była z małpą Tarzana, Czitą. Ze względu jednak na to, że moja siostra wcale nie nazywa się Czita, a imienia jej tu nie mogę napisać, nazwijmy ją po prostu Małpą Tarzana.

Zauważyłam więc, że tęsknię przeogromnie do Małpy Tarzana, a ściśle tęsknie do jej małych dłoni i do tej chwili ulotnej sprzed dni paru, gdy jeszcze na urlopie bawiłam w stronach rodzinnych. Otóż w chwili tej moja Małpa Tarzana niczym indiańska opiekunka młodszego rodzeństwa nakładała mi hennę, skubała brwi i opowiadała o kolczykach ze sznurków, które wyplata w chwilach wolnych, a chwil wolnych ma od zabicia, bo niedawno straciła pracę i nawet skłonna jest lepić pierogi, zaszła więc do baru z pierogami i mówi: „Ok., mogę lepić pierogi.” Przecież korona jej z głowy nie spadnie, w życiu tak się plecie, że raz pod wozem, raz pod wozem, żadna robota nie jest tak zła, żeby jej zaraz nie wykonywać. A w barze powiadają, że do lepienia pierogów potrzebne jest doświadczenie, na co Małpa Tarzana odpowiada, że ma doświadczenie, całe życie pomagała babci (tej, co trzasnęła konfiturami o ścianę) lepić pierogi, a oni, że to się nie liczy, doświadczenie musi być na piśmie. I tak opowiadała mi po cichu te swoje historie i tak mnie miziała po twarzy i chwila ta, proszę Państwa, jest nie do opisania i tęsknię do niej pasjami i wszystko bym oddała, by znów znaleźć się na kozetce Małpy Tarzana.

A od wczoraj mam jeszcze jedno wspomnienie. Myśl jak obraz zaczarowany, w którym wszystko się zmienia, choć pozornie jest takie samo. Plaża w Sopocie. Piasek, bezkres morza, szare mewy, kilkoro dzieci, dwie dziewczyny z aparatem, statek na horyzoncie, dwa statki… zaraz, trzy? Chłodny wieczór lipcowy i opadające słońce i coraz dłuższe cienie, i dorsz smażony,  i lampka zmrożonego wina białego, i dwóch niemieckich staruszków, i zabłąkana dziewczynka, i jej ładna mama, i głodne wróble na oparciu krzesła małej kafejki zaraz za gwarnym barem „Przystań”.

Właśnie do tej chwili z wczorajszej plaży tęsknię i myślę, że gdyby Małpa Tarzana pojawiła się na niej ze swoją pęsetą – mogłabym tam zamieszkać, głęboko przekonana, że tak właśnie wygląda Niebo. Bo Niebo jak każde szczęście – jest chwilą.

01.07.2012 Milczenie jest złotem, pisanie – fortuną

Niech mnie już nikt nie pyta, ile zarobiłam na książce. Albo dobra, niech pyta, odpowiem. Czternaście milionów dolarów. Z hakiem.

Oj, ile się wydarzyło! Wszystkiego pisać nie będę, bo i tak wszystko to zblednie przy jednej wiadomości. Otóż dostałam spadek. Szczerze mówiąc nie pamiętam dokładnie ile, wiem jednak że coś ponad czternaście. Milionów. Dolarów.

Napisał do mnie pewien bardzo bogaty człowiek (nazwiska nie podam, choć jest to znaczące, w pokrętny sposób ze mną związane!), który jest na krawędzi życia i za moment wyzionie ducha, ale zanim to zrobi – chce przepisać mi swój majątek. Domaga się tego! Bezwzględnie! To jego ostatnia wola! A ja mam się skontaktować z jego prawnikiem (znów znane nazwisko!) i powiedzieć, czy się zgadzam. Wtedy przeleją mi kasę.

Fakt. Od jakiegoś czasu ktoś z Ameryki śledzi mój blog. Żeby nie było – wiem wszystko. Wiem też, że blog odwiedza ktoś z Kambodży. I Australii. Z Wielkiej Brytanii! I, o dziwo, z Tunezji. Przede mną się nic nie ukryje. Sieć jest jak szklana kula, w której widać wszelkie tajemnice. Ja widzę. I mam. Czternaście milionów baksów. Fajnie, co?

Wygląda na to, że ktoś docenił mój talent. Ba, może nawet przecenił. Tyle to nawet mój wydawca nie skombinował. Chociaż, fakt, powinien. Czyż nie pisałam rok temu, że Last Minute się sprzeda w takim właśnie nakładzie? W nakładzie czternastu milionów? Czyż nie mówiłam? Czyż losu nie wywróżyłam?

Szklana kula mówi mi wszystko. Co było, co jest, co będzie. Gdzie krąży Ziemia, kto klika na blog, ile zarobię na książce. Dwa złote od sztuki, dolar po cztery, połowa dla jakiegoś innego geniusza, może na schronisko dla psów, niech stracę, no trudno. Kto wie, a może kurs walut z czasów pisania, fakt, wtedy był dolar po dwójce. Tak czy siak – czternaście milionów jak w mordę. Moje. I niech mnie już nikt nie pyta, ile zarobiłam na książce. Albo niech pyta, dobra. Już widzę tę minę, gdy ze śmiertelną bezwzględnością na budzącą się zazdrość, odpowiadam:

– Czternaście milionów dolarów. Z hakiem.

I co, może pisać nie warto? Nie warto być pisarzem? Toż to żyła złota! Cukrowy interes! Bajeczny apanaż! Mówię Państwu. Niech Państwo piszą. Ludzie, piszcie! Niech wasi znajomi piszą! Niech znajomi znajomych piszą! Wszyscy, cała Polska, co ja mówię – świat cały, Ameryka, Kambodża, Tunezja! Lekarze, muzycy. Nauczyciele polskiego! Historii! Zetpete! Rzućcie wszystko i piszcie. Zażegnamy kryzys. My, pisarze. Sól gospodarki światowej. Europejska lokomotywa.

Szczyt w Brukseli? Strata czasu. Wszyscy do piór! Merkel, Hollande! Tusk! Politycy wszystkich krajów! Komentatorzy sportowi! Spikerzy radiowi! Komedianci na żywo! Kabareciarze! Przestańcie gadać. Zacznijcie pisać. Pisanie ma tę wielką zaletę, że zawsze coś można skreślić. Zawsze coś można przemyśleć. Skrócić, wyrzucić. Czegoś durnego nie powiedzieć. Z głupoty się potem nie tłumaczyć. Chamstwa, co ślina na język przyniesie, bełkotu naciąganą filozofią  – przed światem całym nie wyjaśniać…

wyguglałam tylko milion, jak będę miała więcej, zrobię zdjęcie

Wracając do spadku. Mam skontaktować się z tym prawnikiem. Nie wiem. Głupia sprawa. W końcu człowiek umiera. Nie ma co jak sęp krążyć. Nie ma co naciskać. Ma się w końcu klasę. Takt wrodzony. W końcu się jest pisarzem. Potencjalnie zamożnym. Potencjalnie się opyliło czternaście milionów książek. Potencjalnie jest się geniuszem. A jak się jest geniuszem, życia królem – nikomu się nad głową nie fruwa. Nie skrzeczy. Nie dziobie. Nie węszy się, nie wkręca. Nie obserwuje. Odwrotnie.  „Co ja się będę” – się mówi. „Mnie nie zależy” – się fuka. No chyba, że to już mus. Że sprawa gardłowa. Jak tak, to dobra. Niech będzie. Zgadzam się. Przelejcie mi tę kasę. Luz.