21.06.2012 Czy Leci z Nami Pilot na Madagaskar?

Dobra, lecimy. Ale zaraz, zaraz, pilot zostawia stery i idzie sobie! Samolot bez pilota leci!  Druty, chmury, wieże, wilki, a maszyna spada…

Śnią mi się podróże. Ciężki temat. Budzę się mokra od potu i szczęśliwa jednocześnie, że to tylko sen. Ale zanim się budzę, na samolot pędzę. Jak zwykle spóźniona, już po odprawie, labirynty, jedno piętro, drugie, płyta lotniska, tysiąc maszyn, tysiąc bramek. Nie wiem która – która, walizkę taszczę, w walizce kiełbasę, a w głowie myśl czarną, że znów mnie nie wpuszczą, że znów na straż graniczną, że znów na osobistą jak Whisky trafię.

Ludzi pełno, wszyscy w opalaczach, w kolejce się cisną, ja z nimi, z nimi lecę na Madagaskar. Uff, zdążyłam.

Pilot się rozpędza, kołuje, maszyną telepie, zryw, klapnięcie, zryw, klapnięcie, zryw. NIE MOŻE SIĘ ODERWAĆ. Tylko „kurwa mać”, nic więcej, ściana lasu, drzewa.

No, wreszcie jakoś jednak lecimy. Ale zaraz, zaraz, facet zostawia stery i idzie. Do toalety! Panie pilocie! Nie teraz! Wracaj pan! Samolot leci sam! No i jasne, jakżeby inaczej, druty, wieże, wilki jakieś, samoloty, dżisas, jak na wojnie, a pilot w kiblu! Maszyna leci w dół, już nawet myślę, że za stery siądę. Nie zdążam, samolot spada, pikuje, śmierć, proszę Państwa, śmierć! Pilot z kibla wylatuje w gaciach, ale za późno, bach – samolot w siatkę ogrodową się wplątał. Dziób pogięty. I koła skręcone, do wewnątrz. Niby jest, niby nierozbity, ale jakiś głupi taki. Stoi nierówno, wokół drzewa, lasy. Wystartować znów – nie ma jak.

Ile stąd do Afryki? Tego nie wie nikt. W pogiętej maszynie siedzimy i nic, nawet katastrofa lotnicza nie wychodzi jak trzeba. Do ciepłych krajów się Polakom zachciało. W domu lepiej siedzieć, babka mówiła. W domu siedzieć, w Polsce. Kto w domu zostaje, temu Pan Bóg daje. Kto w Polsce nie zostaje? Ten na Madagaskar.

Pilot twierdzi, że nic się nie stało. Nic się nie stało, śpiewamy, Polacy, nic się nie stało. Pokraczna maszyna na polskich pagórkach podskakuje, hops, hops, pogięty dziób chybocze, byle w górę, byle dalej! Palmy ujrzeć, daktyle!

A wokół nic, tylko brzozy…

Jakoś nie idzie. Jakoś nie leci. Dzwonimy do tej firmy Last Minute ochrzanić kogo trzeba, co to za pilot, że sika, zamiast latać?! Pijak. I złodziej. Bo każdy pijak to złodziej. Tak oburzona wycieczka w opalaczach skanduje.

Przyjeżdża Marusia z Czterech Pancernych. Ludzi w dwuszereg ustawia, pilota strofuje, samolot nowy załatwia. Ulga ogólna, Marusia jak Wolf z Pulp Fiction sytuację opanowuje, nieporządek czyści. Samolot nowy już jest. Właściwie nienowy. Dziób wprawdzie prosty, ale poza tym? Bój się Boga, pani, sklejone toto z puszek po pasztecie, ruskie gniotsa nie łamiotsa?

Ani słowa o Ruskich! W samolocie jesteśmy!

Paszła Marusia won.

Wycieczka w panice, ktoś wrzeszczy, ktoś upokarza, że w Europie niby, a my – jak zwykle dziady. My jak zwykle motłoch w opalaczach, w klapkach z biedronki, w ostrogach, ale boso, w TYM czymś z puszki po pasztecie ruskim, na pół przedzieleni, po polsku zawsze razem, póki my żyjemy!

– Żyjemy, bo TO lata?

– Zginiemy, nie ma bata.

19.06.2012 Czym skorupka…

z dokumentacji archiwalnej wynika, że trawiłam młodość również na zabawie lalkami

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą…

Spotkałam w Żukowie Segrittę. Spalona niczym faworek wracała z wakacji pod Chmielnem i wpadła po drodze na pogaduchy. Siedząc na murku z papierosem powiedziała coś, co utkwiło mi w głowie i o czym właśnie zamierzam napisać. Otóż widząc mój znój w robocie, wyraziła współczucie tymi lub podobnymi słowy, dokładnie nie pamiętam, ale mniej więcej tak oto rzekła:

– Jak się ma dziesięć lat, już trzeba wiedzieć, ba, zaplanować ściśle, co się będzie w życiu robiło. I tak – ciągnęła – ja w wieku lat dziesięciu postanowiłam zostać blogerką.

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w spalony jak faworek dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą. Z osobą, która w dodatku sekundę później zaprosiła mnie na urodziny. I nie były to urodziny osiemnaste. (Zabije mnie, trudno, ale w tej sytuacji muszę być szczera.) Jak więc to możliwe, że mając lat dziesięć postanowiła zostać blogerką? Czy były już wtedy na świecie blogi? Komputery? Laptopy? Tablety? iPady? Internet chociażby?

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może mnie ktoś zamroził, zahibernował? Może mnie właśnie Segritta wraz z dwieście lat młodszym ode mnie towarzystwem odmraża? A może jako dziecko już byłam zacofana? Aż tak zacofana, że w progu życia stojąc, chciałam być po prostu lekarzem? Weterynarii? Że nade wszystko pragnęłam mieć hodowlę owczarków? A jako hobby wybrałam tak archaiczne zajęcie  jak analogowe pisanie w zeszycie? Mało tego – o żadnych blogach nawet nie słyszałam!

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może przez życie pędząc nie zauważyłam jak mi ono uciekło? Może w wirze pracy (nieblogerki) przeleciało mi ono przez palce? A wszystko dlatego, że w wieku lat dziesięciu, zamiast plan ułożyć, babrałam patykiem w piasku! Na strychu siedziałam! Dziką Mrówkę czytałam! W „państwa miasta” grałam! Z chłopakami w nogę! Z dziewczynami w gumę! Po dachach łaziłam! Kasztany zrzucałam! Ludziki z żołędzi, lalki z papieru kleiłam! Wszystko, wszystko robiłam,  tylko nie to co trzeba! Bo za diabła mi do głowy nie przyszło, by zostać w przyszłości blogerką!

Jak w tym wierszyku o musze, co się w smole kąpała, w winie, w miodzie, bo na myśl jej nie przychodzi, żeby wykąpać się w wodzie. (Wiersze też czytałam, matko!) A gdzie rodzice? Gdzie szkoła? Jak można było dopuścić, by dziecko się tak marnowało?

Teraz muszę tyrać, nadgodziny brać, dodatkowe teksty pisać. Ledwo koniec z końcem wiązać, co i tak bez sensu, bo owczarków nie hoduję, chaos. Groch z kapustą od lat najmłodszych. Brak planu, brak precyzji. Żywot dziurawy, czarno biało szary. Blogowanie amatorskie, bez przygotowania, bez celu. Pierdolenie kotka za pomocą młotka. Pieprzenie o Szopenie.

To tak jakby ktoś na starość zechciał tańczyć w balecie. W balecie? To się od dziecka ćwiczy! A gdzie ja byłam jako dziecko? Po jakim parkiecie pląsałam? Jakie szpagaty czyniłam? Co wreszcie z moim blogiem się działo? Jakie tam były wpisy? Jak częste? Hę? Ile ludzi wchodziło? Jak to z klikalnością było? Hę?

Nie ma się więc co dziwić, że idzie jak idzie. Po latach stuknęło 66 tysięcy. I 666 hitsów. Co to jest u diabła?! Zważywszy, że od roku ważę uparcie 66 kilo i 66 gramów – piekielnie to wygląda. Jest jednak pocieszenie. Pierwiastek zawodowstwa. Krzta profesjonalizmu. Pośród 66666 wejść na mój blog – kilka należy do pewnej inteligentnej jak sto diabłów, mającej tę przewagę nad malkontentami, że od dziecka wie czego chce, zawodowej blogerki.  Do tej siksy, Segritty.

17.06.2012 Nic się nie stało?

footballblog.pl

Mimo łagodnej barwy głosu, w prośbie, by szanowny kibol nie używał słów typu: „kurwa, zajebie, chuj, wypierdalaj”  przy dzieciach, znalazło się jednak coś wywołującego agresję

Na żaden spacer oczywiście nie poszłam, jeszcze na głowę nie upadłam, żeby o ósmej rano w sobotę gdzieś się szwendać. Zostałam jeszcze trochę w łóżku (do 18-ej), po czym wstałam, przebiegłam 6 kilometrów i to był chyba bardziej imponujący dystans, niż ten, który mieli przebiec tego dnia polscy piłkarze. Ale nie uprzedzajmy faktów. Po biegu wzięłam zimny prysznic i pojechałam na mecz. Tym razem obyło się bez TVN-u, za to nie obyło się bez starcia z polskim pseudokibicem, pseudo: kibol.

Mimo moich najlepszych starań i możliwie najłagodniejszej barwy głosu w mojej prośbie, by szanowny kibol nie oblewał piwem mojej córki oraz nie używał słów typu: „kurwa, zajebie, chuj, wypierdalaj”  przy małych dzieciach, tudzież nie wykrzykiwał mi do ucha szczegółów, jak to jest dostać wpierdol od łysych – najwyraźniej znalazło się coś wywołującego agresję i sprawa trafiła na ochroniarską wokandę. W siedemdziesiątej drugiej minucie, wraz z drużyną polskiej reprezentacji podkuliłam ogon i zgarniając pogróżki, że się jeszcze policzymy, z rezygnacją opuściłam trybuny.

Nie muszę chyba dodawać, że porażkę spięła klamra przegranego meczu, bo to akurat sprawa dość oczywista. Choć z całego serca wierzę w to, że NIC SIĘ NIE STAŁO (mój syn twierdzi, że tę przyśpiewkę słyszy od pierwszych dni swojej świadomości i to ona mu się kojarzy z ewentualnym polskim hymnem jakichkolwiek mistrzostw piłkarskich), po głowie mi się kolebie jedna myśl: może lepiej było pójść na ten spacer?

14.06.2012 Wielbłąd

oj tam, oj tam….

Kiedyś przestawiłam cyfry. Zamówiłam szafkę kuchenną o szerokości 36 cm. Zamiast 63…

Chwaląc się na lewo i prawo materiałem z Faktów rozciągnęłam znienacka zasięg telewizyjnych fal, dokonałam fuzji i połączyłam dwie stacje w jedną, mianując ją triumfalnie: „Wiadomościami TVN”. Po czym rozesłałam ten zdumiewający news po bożym świecie.

Podobno to nawet nie jest błąd. To jest wielbłąd…

Pomijając wpadki zawodowe, gdy uparcie nazywałam kościół Wniebowzięcia Marii Panny, kościołem Wniebowstąpienia (do dziś mam z tym problem i nie wynika on bynajmniej z braku wiary, chodzi raczej o wewnętrzną niezgodę na ten bierny akces, bo czemuż Matka Boska sama sobie do Nieba wstąpić nie mogła, tylko ją trzeba było wziąć?), gdy przekręcałam nazwiska i funkcje, godziny i daty wprawiając świat w nieopisany chaos – muszę przyznać, że w kwestii pomyłek w życiu osobistym idzie mi dużo bardziej spektakularnie. Trzeba bowiem pamiętać, że w pracy jestem zasznurowana i pilna, w post-it oklejona, z notatnikiem zrośnięta, na bezdechu, na wiecznym w myślach wyliczaniu, zrób to, zrób tamto, nie zapomnij, pomyśl, sprawdź. A w życiu prywatnym? Nie ma sekundy, bym o czymś nie zapomniała. Nie ma minuty bez pacnięcia się w czoło. Nie ma godziny bez zgubionych kluczyków, czy zgubionego telefonu. Nie ma dnia bez błądzenia po mieście. Nie ma tygodnia bez pustego na środku skrzyżowania baku.

Nie ma miesiąca bez wyłączonego prądu. Nie z powodu braku kasy, choć to też znam dobrze. Prąd, drodzy Państwo, odcinają mi, bo:

a)      Gubię faktury.

b)      Wysyłam przelewy nie tam, gdzie trzeba.

c)       W ogóle o tym nie pamiętam.

Niczego nie skreślać.

Kiedyś weszłam do nieswojego mieszkania przez pomyłkę. Innym razem dzwoniłam do siebie na komórkę, chora z wściekłości, że w kółko zajęte. Wyszłam w kapciach przed dom, by wziąć z auta torebkę, po czym wsiadłam, odpaliłam silnik, włączyłam radio i pojechałam przed siebie. Po kwadransie głośno spytałam nieobecnego Mikołaja: dokąd właściwie jedziemy?

Innym razem zgubiłam but pod Olkuszem. Jeden. Jaskrawo zielony. Wysiadłam na postoju, moment to trwało, wzięłam z bagażnika kanapkę i wsiadłam z powrotem. Dwieście kilometrów dalej poczułam, że coś jest nie tak. Tu znów wrócę do Pilcha, do jego luterskiej nadgorliwej skrzętności, bo pisze on, i owszem, zdarzają mu się wpadki, słuchajcie, wyszedł on z domu w dwóch butach! Z tym że w dwóch różnych. Dobra. Nie ma sprawy. Rozumiem. Rock and roll. Szajba pełna. Dwa różne buty. Dwa czarne. Jeden zimowy, drugi letni, choć kolor ten sam. Warszawska starówka, Nowy Świat choćby. OK. W porządku. Czapki z głów. Ale, kurde, but jeden?! Zielony?! Przez dwieście kilometrów?! Z czymże porównać jadowitą zieleń, gdy drugiego buta w ogóle nie ma?! Jak nie spostrzec różnicy w tak niecodziennym zestawie?! Jak nie poczuć chłodu w nodze pierwszej, gdy drugiej nodze aż parno?! I wreszcie: jak naprawić błąd? Wracać? Szukać? Dwieście kilometrów jechać po but?! Czy to nie szaleństwo ekonomiczne? Logistyczne? Organizacyjne również?! A czy on w ogóle jest tam jeszcze? Czy go olkuszowskie psy nie podarły? Czy w rowie poszarpany nie leży? Może tir go przejechał? Pogniótł, połamał? A ja będę wracać? Na głowę upadłam?

Nowy kupić. Wykluczone, nikt jednego nie sprzeda. Nikt nie sprzeda jednego zielonego trampka, w to już nie uwierzę. Ale jak już jesteśmy przy sprawach wiary, to muszę powiedzieć z ręką na sercu jak naprawdę było. Otóż tego dnia nikt by mi nic, choćby jednego trampka nawet nie sprzedał. Wszystkie sklepy pozamykane na trzy spusty, cicho sza, tylko odpusty.

Bo to wtedy było święto. Wniebowstąpienia Matki Boskiej.

Wniebowzięcia, znaczy…

13.06.2012 Piłkarska Wyspa Kibica*

no i ten szalik, co od Jacka dostałam

To nie ja koloruję, to życie jest takie barwne. Los wobec moich pomysłów wychodzi naprzeciw i zrzuca na drogę do strefy kibica… reportera Faktów TVN.

Wkładam czerwoną spódnicę, białą bluzkę, kolorowe pióra. Ale jestem stuknięta, myślę, to już jest szczyt wariactwa – ja jadę  kibicować. Nikt się już nie połapie, who is who. Czy to ja, ta od książki, w swetrze brązowym ze skórzaną biżuterią (niedziela), czy to ja, w kaszubskim stroju w Parlamencie Europejskim (poniedziałek), czy to wreszcie ja, w minispódniczce i w trampkach, z flagą na policzkach, Polskaaaabiaaałooooczeeeerwoooniii!? (Wtorek.)

A jednak jestem w błędzie. Nie ja bowiem koloruję, to życie jest takie barwne i los wobec szaleństw piłkarskich wychodzi mi naprzeciw i rzecz jasna, na barwnych piórach nie poprzestanie. Ni to z gruszki ni z pietruszki zrzuca bowiem na drogę do strefy kibica DIGI SUPER HD CAM z naklejką TVN24 i reportera Faktów. A ten łapie Jacka, gada, gada i dnia następnego pokazuje siedemnastu milionom polskich widzów żukowską strefę – Piłkarską Wyspę Kibica w Żukowie. I mnie w piórach.

Nie, nie. Jeszcze tak nie było, żeby było zwyczajnie. Jeszcze tak nie było, żeby rano kawa, w południe obiad, wieczorem Fakty. Bo, oczywiście, żadnych Faktów nie widziałam. Zapomniałam. Z głowy mi wypadło. Zasnęłam z książką pod kocem. O dziewiętnastej jest świetny sen. O dziewiętnastej odsypia się każde wariactwo, o dziewiętnastej człowiek zamienia się w siebie na powrót. Przywdziewa sweter brązowy, zwija się w kłębek jak kot, pod dywanem zagrzebuje. O dziewiętnastej wylatują z głowy podróże i pióra, Bruksela i Parlament, wszystko znika, zostaje czysta kartka, biały niebyt, letarg. Człowiek fruwa w nirwanie, człowiek ma wszystko gdzieś, człowiek człowiekowi niczym.

Paraliż czasu i pragnień, stop klatka gonitwy. Gdzieś tam lecą Fakty, gdzieś tam lecę ja, a ja sobie śpię. Znów dualizm. Znów rozszczepienie. Tu lecę, tam śpię. Tam lecę, tu śpię. I nawet nie wiem, że lecę.

Zaklęta w tę niespodziewaną trwałość, w tę nieoczekiwaną dla mnie, a dla Pilcha upragnioną niezmienność, bo przecież tylko we śnie nic się nie stanie, tylko we śnie nikt z niczym nie wyskoczy, a co ważniejsze – ja prawdopodobnie z niczym nie wyskoczę, powtarzam: prawdopodobnie – być może, jest taka szansa, choć niewielka – mimo wszystko śpię nadal. I tak bym sobie spała, gdyby nie Ewka. A właściwie jej telefon. Czy Państwo też tak mają, że ledwo Państwo zasną, ledwo głowę przyłożą, ledwo w niebyt odpłyną – milczący dotąd, zakurzony aparat nagle dostaje wściekłej szajby i dzwoni jak opętany? Ja tak mam zawsze. I zawsze zapominam zawczasu wyciszyć. Budzę się więc nieprzytomna, odbieram i słyszę wrzask:

– Jest w Żukowie strefa kibica?! W telewizji pokazali! Ale super! Wstawaj! Idziemy na mecz!

I nie mam wyjścia.

———————————————————————————–

*włączam w archipelag ulubionych wysp, zaraz po Wyspie Bezludnej.