27.05.2012 Gdy waga okoniem staje

Aerobic? Jogging? Step? Daj spokój. Bierz wędkę i idź na ryby.

nie wiem jak Wy…

Pamiętają Państwo film z Tomem Hanksem, pt. „Cast Away”? Pozornie aktywny facet z brzuszkiem ląduje na wyspie bezludnej. Nie umie złowić tuńczyka, nie wie jak wzniecić ogień. Najprostsze dla każdego niepiśmiennego dziecka z plemienia Mohave czynności, zajmują mu tydzień. W desperacji pożera więc surowe kraby i lata nieporadnie z oszczepem w pogoni za rybą. Mija rok. Na naszym Robinsonie nie ma śladu po brzuszku, a sflaczałe ramiona zastępuje mu rzeźba imponujących bicepsów. A przecież na wyspie nie było siłowni.

…ale ja widzę podobieństwo

Dlaczego o tym piszę? Szukałam sposobu na fitness. I zdaje się, że go znalazłam. Otóż nie będę polecać żadnego joggingu. Żadnego znoju na sali. Pilates i spinning to przeszłość. Step to głupota. Rower? Szkoda czasu. Chyba że jako środek transportu. Poza tym – żadnego marnowania energii, spalania kalorii bez sensu. Żeby schudnąć, wystarczy po prostu nie kupować gotowych produktów żywnościowych. Samemu je zrobić. A najlepiej – upolować.

Kilka dni temu kupiłam rybę. Taką z połowu, z jeziora. Kawał okonia, z flakami i głową. Razem dwa kilo żywego mięsa. Do obróbki kulinarnej w wykonaniu własnym. Jak na obozie harcerskim. I prawie jak na bezludnej wyspie. Płacąc rybakowi, pojęcia nie miałam, na co się narażam. Jaką się wykazuję brawurą. Ryba jak ryba. Podobno zdrowa. Przyjdę do domu, obetnę łeb, zeskrobię łuski, usmażę i zjem. Żadna fizyka jądrowa. Chyba każdy głupi wie, jak przygotować okonia?

Najpierw z tym łbem – dwa kwadranse walczyłam. Nie dość że toto patrzy, nie dość że się wyślizguje, to jeszcze kaleczy. Okoń kaleczy! Ma łuski ostre jak brzytwa. I te płetwy sztylety! Ręce mam we krwi, a ta bestia nic. Patrzy! Ja ci dam, myślę, ja ci jeszcze pokaże. Biorę nóż, rozcinam. Ale własne palce.

Wreszcie, trach, pęka powłoka ze stali, ale nie w karku, przeciwnie, wzdłuż brzucha. A z niego wypada  jakaś plazma z milionem jajeczek różowych, dżisas! Co to?! Ósmy pasażer Nostromo?! Obcy?!  Ja w krzyk, ryba patrzy. Słabo mi, nie mogę. Coś mi mówi, że właśnie dokonałam aborcji. Pół kuchni wypełnia mi jakiś organizm. Nie wiem, lecę do komputera, guglam, taguję:

„Różowe świństwo, ryba, jaja, okoń”

Spośród niecenzuralnych odpowiedzi i stron od lat osiemnastu, znajduję wreszcie coś na temat rybich godów i rarytasu o nazwie: „kawior”. A więc moje obawy się potwierdzają. Przez kolejny kwadrans przyglądam się „największemu przysmakowi na świecie” w moim zlewie, po czym zachęcam do współpracy kota i wywalam całe towarzystwo do ogródka.

Okoń zostaje. Już nie ma dzieci, nie ma też głowy (ju – hu!). Ale ma łuski. Walka więc trwa. Walka nierówna. Okoń wygrywa, ja nie mam już siły. Znów Google. Piszą, że trudna sprawa. Tyle to ja wiem. O, jest film instruktażowy! Kocham Internet. Ale zaraz, zaraz… nikt łusek z okonia nie skrobie! Ściągają mu skórę! Nic prostszego. Nacinają za skrzelami i ciągną. Trzymając za… łeb.

Łeb owszem jest, ale w moim kocie. Guglam dalej. Odpowiedzi są zgodne: „masz przerąbane”. Rozumiem już Hanksa. Tego z początku filmu. Oj tak, dużo nas łączy. A zwłaszcza: brzuszek.

Patrzę na zegarek, mijają godziny. Od dłuższego czasu nic się nie liczy. Ja i moja ryba jesteśmy na bezludnej wyspie. Walczymy ze sobą. Wierzę, że kiedyś zwyciężę. Dam radę. To nic, że przedtem stracę sześć tysięcy kalorii, cały zapas magnezu i dwa litry krwi. Kiedyś ją zjem.

Mój okoń ląduje na patelni przed północą. Patrzę bez złości, jak kurczy się w oleju mój wielogodzinny znój. Cztery kilkucentymetrowe dzwonka kpią ze mnie na talerzu. A ja, połknąwszy je bez sytości, zadaję sobie pytanie:

– A jak bym musiała go złowić?

——————————————————————————-

Magazyn BE nr 2/2012

46 comments

  1. Anonim

    O, matko, ale „pedantyczny” ten pierwszy anonim;)
    Kiedyś dawno temu, dałam się namówić na usmażenie ryby, złowionej przez wędkarza. Czyszczenie tej ryby, to była pokuta za wszystkie grzechy popełnione i do popełnienia:)

    • Anonim

      Pierwszy anonim nie jest pedantyczny, tylko sądzi, że skoro słowo jest istotą tego bloga, to nie może być ono z błędem. To tak jakby krem zapewniający piękną cerę firmowała modelka z pryszczem. proste.

      • Anonim

        Anonimie pierwszy, nigdy nie zdarzyło Ci się popełnić literówki?
        Szkoda, że skupiasz się tylko na bzdetach.
        Rozumiem, że wytknięciem literówki podbudowałeś swoje ego. Krzywe.

  2. Sylwia Kubryńska

    Ależ oczywiście, zgadzam się i kajam. Nikt poza komentatorami nie koryguje mi tekstów publikowanych na blogu, a jak widać – mam czasem do czynienia z różnymi językami. Wiadomo że nikt nie jest doskonały, nawet ja;) Dlatego dziękuję za poprawkę.

  3. Anonim

    Raby boskie, za Photo Shop, też oberwiesz 😀
    Chyba, że anonim pierwszy ma jednak poczucie humoru;)

  4. Anonim

    Mówi anonim pierwszy do anonima drugiego: zdarzyło mi się popełnić literówkę,ale co ma piernik do wiatraka? Ja nie prowadzę bloga, na którym umieszczam własne teksty. Tak, mam ogromne ego (które właśnie zostało niesłychanie podbudowane) i skupiam się tylko na bzdetach, to moje cechy charakterystyczne. A zaraz usłyszę, że na pewno zazdroszczę, stąd ta krytyka. Krytyka, której rzecz jasna nie ma prawa być, wszyscy musimy tylko słodko pierdzieć, ale koniecznie merytorycznie, żadnych bzdetów! Na przykład wy tutaj w komentarzach prowadzicie niezwykle intelektualną rozmowę o samym tekście i jego sensie, nie o żadnych literówkach przecież.

    • Sylwia Kubryńska

      Jeśli mogę się wtrącić w dyskusję między Anonimami, za co z góry dziękuję, postaram się nieco uspokoić atmosferę. Po pierwsze blog jest formą otwartą, która pozwala na umieszczanie komentarzy pod wpisami. Dzięki temu czytelnik ma wpływ na całokształt. Po drugie, jego wpływ to nie tylko pianie i „słodkie pierdzenie”, ale też krytyka, czasem bezlitosna. Autor, godząc się na komentarze, otwiera możliwość dyskusji, pozwala czytelnikom nie zgodzić się z jego poglądami ujętymi w tekście, albo po prostu – wytknąć błędy. Które, niestety, się zdarzają. I to jest trzecia sprawa. Blog jest zazwyczaj „surowym daniem”, bez obróbki redakcyjnej, bez korekty. Czasem w publikacjach prasowych, gdzie mamy do czynienia z profesjonalną redakcją, też zdarzają się błędy. Co wcale to nie usprawiedliwia wpadek na moim blogu. Każdy tekst sprawdzam wielokrotnie, poprawiam, udoskonalam. Niestety, czasem mi coś umknie. Zwłaszcza gdy jest to coś nie po polsku. Dlatego jestem naprawdę wdzięczna za poprawki. Wolę dostać baty od komentatora, niż pozwalać na niekontrolowane fruwanie mojej literówki w przestworzach internetu;)

      • Anonim

        Gdyby było „lubię to” to by anonim pierwszy kliknął. To się nazywa klasa i profesjonalizm.

  5. Anonim

    Pisze, a nie mówi, anonim drugi do anonima pierwszego. Poraził mnie wysoki poziom Twojej odpowiedzi. Moje IQ jest niższe od Twojego ego i nie dam rady skonstruować odpowiedzi, która zadowoliłaby Twoje ego.
    Baj;)

    • Anonim

      No trudno się mówi. Sylwia tymczasem dotrzymała mi intelektualnego tempa. Ale to w końcu ona prowadzi świetnie napisanego bloga z jedną literówką, nie jakiś anonim.

      • Anonim

        Anonim pierwszy napisał:

        „No trudno się mówi. Sylwia tymczasem dotrzymała mi intelektualnego tempa. Ale to w końcu ona prowadzi świetnie napisanego bloga z jedną literówką, nie jakiś anonim.”

        Ależ masz mniemanie o sobie. No, no.

        Ps „…jakiś anonim”? A, Ty, kim jesteś? Anonimem lizusem?

  6. Anonim

    Sylwia, mnie zirytowała forma wytknięcia literówki.
    Wystarczyło napisać: „away, nie Away.” I dodać uśmiech.
    🙂

      • Anonim

        Sylwia Kubryńska napisała:
        anyway?

        And: „Na przykład wy tutaj w komentarzach prowadzicie niezwykle intelektualną rozmowę o samym tekście i jego sensie, nie o żadnych literówkach przecież.”

        Hm… powinnaś koniecznie napisać tekst o literówkach;)

    • Anonim

      No forma wypowiedzi może być różna, jak i sam jej autor. Jak widać autorka bloga nie została zbita z pantałyku dość asertywną formą zwrócenia uwagi, która nota bene miała nawiązywać do pytania postawionego przez nią w pierwszym akapicie tekstu, ale to chyba oczywiste? Mnie natomiast irytują śmiejące się buźki na końcu zdania. Ot, życie.

  7. Anonim

    mlka napisała/a
    „Karaś przy okoniu to małe miki”
    Hm.. .ten „mój” karaś miał łuski jak z blachy. Nawet kombinerkami próbowałam usuwać:D

  8. Anonim

    Mlka napisała: „…to nie był karaś.”
    Matko jedyna, wędkarz wręczając mi rybę powiedział: to karaś.

    Hm… a może ja usłyszałam, karaś. A on powiedział: to kara:D

  9. Anonim

    „Ależ masz mniemanie o sobie. No, no.

    Ps “…jakiś anonim”? A, Ty, kim jesteś? Anonimem lizusem?”

    Zaiste mniemanie o sobie mam wyśmienite. A kto ja jestem? Nie, nie lizus. Anonim zgrywus. Tylko mordek z przymrużonym okiem nie wklejam, więc trzeba się ironii domyślać. Co jak widać niektórym idzie opornie.

  10. Anonim

    Anonim zgrywus? Hm… jak dla mnie: anonim ironista. Bez uśmiechu. A, szkoda.
    Uwaga! Wklejam mordkę 🙂

      • Anonim

        Oj, za dużo „tytułów” byś chciał. Cofam – lizus. Ironista bardziej do Ciebie pasuje.
        I zacznij się uśmiechać. O, tak 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s