20.05.2012 Kalkulator kalorii

Pierwsze promienie słońca wprawiają nas w radosną mobilizację, by spalić zimową garderobę. Chwilę potem drepczemy przed pustą szafą w poszukiwaniu czegokolwiek, w co się zmieścimy. 

 

Wiosna. Wraz z prymulkami rośnie zainteresowanie posiadaniem szczupłej sylwetki. No, przynajmniej jej stałej formy. A, co najważniejsze: sylwetki mieszczącej się w dostępnej na rynku odzieży. Ja wiem, że po mroku wiecznej zimy i – ze słusznością arktycznego morsa – półrocznego obrastania w tłuszcz, powyższe założenia wydają się wydumanym farmazonem. Rozumiem to całkowicie, bo ostatnie, o czym myśli człowiek wychodzący z rozpiętej pomiędzy listopadem a marcem ponurej czeluści, to fatałaszki.

Pamięć ludzka jest jednak najbardziej nieodpowiedzialną pamięcią wśród żyjących na Ziemi gatunków. Żadne zwierzę tak prędko nie zapomina o przykrościach wywołanych dojmującym chłodem. Już pierwsze promienie słoneczne wprawiają nas w otępienie i zgubnie radosną mobilizację, by oddać/wyrzucić/spalić* (*niepotrzebne skreślić) zimową garderobę. Chwilę potem panicznie biegamy w negliżu przed opustoszałą szafą w poszukiwaniu… czegokolwiek, w co się zmieścimy.

Według wskaźnika BMI, nie powinniśmy ważyć tyle samo, co arktyczna foka. Aby to osiągnąć, należy pamiętać, że dzienne zapotrzebowanie dorosłej kobiety w kalorie nie przekracza dwóch tysięcy. Proszę mi wierzyć, ten fakt potrafi zdumiewać.

No, może nie tak od razu, może nie w tym momencie, gdy kombinując w jaki sposób przywołać wspomnienie talii, zaglądamy na schudnij.pl. Nie, nie. Wtedy jeszcze nam się wydaje, że dwa tysiące kalorii jest liczbą zawrotną. Mina nam rzędnie po pierwszym posiłku, a raczej pierwszym przeliczeniu wartości spożytego jedzenia na potencjał wroga, w jaki wspomniane, a wraz z mijającym wspomnieniem – coraz smaczniejsze jedzenie się zmienia. Bo trzeba przyznać, że nic tak nie zaostrza apetytu jak dieta.

Wracając do naszego kalkulatora WCHŁANIANYCH KALORII. W powyższym akapicie założyłam brawurowo, że przeliczamy śniadanie i po przeliczeniu śniadania mina nam rzędnie. Ściśle: jesteśmy smutni, głodni, ale, uwaga – sprytniejsi od wroga.

Utopia. Rzecz nierealna. Absurd i nonsens. Nie ma takiej istoty na Ziemi (o zdrowych zmysłach), która by zawracała sobie głowę po śniadaniu jakąś kłopotliwą tabelą. Po śniadaniu robi się wiele ciekawych rzeczy, takich jak na przykład: kawa. A do kawy, umówmy się, trzeba zjeść ciastko. Nikt tu nie jest z kamienia. A już na pewno kamienia nie przypomina (patrz pierwszy akapit).

Dobra, obiad. Na obiad, jak tradycja każe, trzeba suto pojeść. Jemy więc suto, a w głowie zaczyna majaczyć nieśmiała obietnica rychłego podliczenia wchłoniętych kalorii. Jesteśmy jednak w świetnej formie, bo jak świat światem, dwa tysiące to całkiem przyzwoita wartość, niezależnie od nominału. Spokojnie idziemy więc na lody/gofra/piwo* (*nic nie skreślać!), po czym przystępujemy do ceremonii wieczerzy.

Po „Pamiętnikach z Wakacji” przypominamy sobie, że jesteśmy na diecie i siadamy wreszcie do kalkulatora kalorii. I wtedy okazuje się niestety, że swoje zapotrzebowanie przekroczyliśmy gdzieś około „Teleranka”, czyli dwadzieścia lat temu.

Panikę odradzam. Stanowczo sprzeciwiam się także wyrzutom sumienia. I składaniu czczych obietnic, że niby jutro będzie lepiej. Działać trzeba zdecydowanie i rozsądnie. Matematyka nas zgubiła, matematyka nas odnajdzie. Potrzebny jest kalkulator. Tym razem kalkulator SPALANIA KALORII. Wszystko, co robimy, kosztuje energię. Logiczne. Energię dostarczamy wraz z jedzeniem. Proste. Jedzenie, którego tak strasznie za dużo zjedliśmy, musimy po prostu spalić. Jak? Możliwości jest wiele. Wchodzimy na wspomniany portal i sprawdzamy, jaka czynność zużywa najwięcej kalorii. O, proszę: sprint. Godzina sprintu to ponad tysiąc kalorii! Świetnie! Problem w tym, że ostatnie na co mamy ochotę, to bieganie po osiedlu z językiem na brodzie.

Tenis. Półtorej godziny i nadwyżka z głowy. Dobre sobie. Jest godzina dwudziesta druga, w domu ani śladu rakiety, w życiu nie graliśmy w tenisa. Patrzymy dalej.

Gra w piłkę nożną. Mamy już lekkie poczucie absurdu, oczy nam się kleją i z ciekawości sprawdzamy, ile kosztuję sen. Otóż, proszę państwa, nasz organizm podczas dziesięciu godzin snu spala dokładnie tyle samo kalorii, ile przez godzinę biegania po boisku. Okrągły tysiąc.

Nic nie będę sugerować. Argumenty są jednak twarde. Jak z kamienia.

————————————————————

Magazyn Be nr 1/2012

10 comments

  1. jadwiga

    Stąd twardy wniosek chyba pójdę spać, a tak w ogóle to jem ale w granicach rozsądku i schudłam już 6 kilosów bez głodu bez wstrzasów, i jestem bardzo zadowolona
    j

  2. Anonim

    sa tacy ludzie co spia po 10 godzin??
    i nie zaszkodzi pobiegac godzine po boisku i spalic i do tego dolozyc sen i tez spalic

  3. Anonim

    Jeśli spala się tysiąc kalorii w czasie dziesięciu godzin snu, to ja od jutra, śpię po każdym posiłku. Zjem 250 kalorii – dwie i pół godziny snu. Zjem na noc pincet kalorii, a przesypiam tylko pięć godzin, więc obudzę się „bezkaloryczna”
    Kurde, ale łatwe odchudzanie. Bez głodówki:D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s