27.05.2012 Gdy waga okoniem staje

Aerobic? Jogging? Step? Daj spokój. Bierz wędkę i idź na ryby.

nie wiem jak Wy…

Pamiętają Państwo film z Tomem Hanksem, pt. „Cast Away”? Pozornie aktywny facet z brzuszkiem ląduje na wyspie bezludnej. Nie umie złowić tuńczyka, nie wie jak wzniecić ogień. Najprostsze dla każdego niepiśmiennego dziecka z plemienia Mohave czynności, zajmują mu tydzień. W desperacji pożera więc surowe kraby i lata nieporadnie z oszczepem w pogoni za rybą. Mija rok. Na naszym Robinsonie nie ma śladu po brzuszku, a sflaczałe ramiona zastępuje mu rzeźba imponujących bicepsów. A przecież na wyspie nie było siłowni.

…ale ja widzę podobieństwo

Dlaczego o tym piszę? Szukałam sposobu na fitness. I zdaje się, że go znalazłam. Otóż nie będę polecać żadnego joggingu. Żadnego znoju na sali. Pilates i spinning to przeszłość. Step to głupota. Rower? Szkoda czasu. Chyba że jako środek transportu. Poza tym – żadnego marnowania energii, spalania kalorii bez sensu. Żeby schudnąć, wystarczy po prostu nie kupować gotowych produktów żywnościowych. Samemu je zrobić. A najlepiej – upolować.

Kilka dni temu kupiłam rybę. Taką z połowu, z jeziora. Kawał okonia, z flakami i głową. Razem dwa kilo żywego mięsa. Do obróbki kulinarnej w wykonaniu własnym. Jak na obozie harcerskim. I prawie jak na bezludnej wyspie. Płacąc rybakowi, pojęcia nie miałam, na co się narażam. Jaką się wykazuję brawurą. Ryba jak ryba. Podobno zdrowa. Przyjdę do domu, obetnę łeb, zeskrobię łuski, usmażę i zjem. Żadna fizyka jądrowa. Chyba każdy głupi wie, jak przygotować okonia?

Najpierw z tym łbem – dwa kwadranse walczyłam. Nie dość że toto patrzy, nie dość że się wyślizguje, to jeszcze kaleczy. Okoń kaleczy! Ma łuski ostre jak brzytwa. I te płetwy sztylety! Ręce mam we krwi, a ta bestia nic. Patrzy! Ja ci dam, myślę, ja ci jeszcze pokaże. Biorę nóż, rozcinam. Ale własne palce.

Wreszcie, trach, pęka powłoka ze stali, ale nie w karku, przeciwnie, wzdłuż brzucha. A z niego wypada  jakaś plazma z milionem jajeczek różowych, dżisas! Co to?! Ósmy pasażer Nostromo?! Obcy?!  Ja w krzyk, ryba patrzy. Słabo mi, nie mogę. Coś mi mówi, że właśnie dokonałam aborcji. Pół kuchni wypełnia mi jakiś organizm. Nie wiem, lecę do komputera, guglam, taguję:

„Różowe świństwo, ryba, jaja, okoń”

Spośród niecenzuralnych odpowiedzi i stron od lat osiemnastu, znajduję wreszcie coś na temat rybich godów i rarytasu o nazwie: „kawior”. A więc moje obawy się potwierdzają. Przez kolejny kwadrans przyglądam się „największemu przysmakowi na świecie” w moim zlewie, po czym zachęcam do współpracy kota i wywalam całe towarzystwo do ogródka.

Okoń zostaje. Już nie ma dzieci, nie ma też głowy (ju – hu!). Ale ma łuski. Walka więc trwa. Walka nierówna. Okoń wygrywa, ja nie mam już siły. Znów Google. Piszą, że trudna sprawa. Tyle to ja wiem. O, jest film instruktażowy! Kocham Internet. Ale zaraz, zaraz… nikt łusek z okonia nie skrobie! Ściągają mu skórę! Nic prostszego. Nacinają za skrzelami i ciągną. Trzymając za… łeb.

Łeb owszem jest, ale w moim kocie. Guglam dalej. Odpowiedzi są zgodne: „masz przerąbane”. Rozumiem już Hanksa. Tego z początku filmu. Oj tak, dużo nas łączy. A zwłaszcza: brzuszek.

Patrzę na zegarek, mijają godziny. Od dłuższego czasu nic się nie liczy. Ja i moja ryba jesteśmy na bezludnej wyspie. Walczymy ze sobą. Wierzę, że kiedyś zwyciężę. Dam radę. To nic, że przedtem stracę sześć tysięcy kalorii, cały zapas magnezu i dwa litry krwi. Kiedyś ją zjem.

Mój okoń ląduje na patelni przed północą. Patrzę bez złości, jak kurczy się w oleju mój wielogodzinny znój. Cztery kilkucentymetrowe dzwonka kpią ze mnie na talerzu. A ja, połknąwszy je bez sytości, zadaję sobie pytanie:

– A jak bym musiała go złowić?

——————————————————————————-

Magazyn BE nr 2/2012

20.05.2012 Kalkulator kalorii

http://www.bemagazyn.pl

Pierwsze promienie słońca wprawiają nas w radosną mobilizację, by spalić zimową garderobę. Chwilę potem drepczemy przed pustą szafą w poszukiwaniu czegokolwiek, w co się zmieścimy. 

 

Wiosna. Wraz z prymulkami rośnie zainteresowanie posiadaniem szczupłej sylwetki. No, przynajmniej jej stałej formy. A, co najważniejsze: sylwetki mieszczącej się w dostępnej na rynku odzieży. Ja wiem, że po mroku wiecznej zimy i – ze słusznością arktycznego morsa – półrocznego obrastania w tłuszcz, powyższe założenia wydają się wydumanym farmazonem. Rozumiem to całkowicie, bo ostatnie, o czym myśli człowiek wychodzący z rozpiętej pomiędzy listopadem a marcem ponurej czeluści, to fatałaszki.

Pamięć ludzka jest jednak najbardziej nieodpowiedzialną pamięcią wśród żyjących na Ziemi gatunków. Żadne zwierzę tak prędko nie zapomina o przykrościach wywołanych dojmującym chłodem. Już pierwsze promienie słoneczne wprawiają nas w otępienie i zgubnie radosną mobilizację, by oddać/wyrzucić/spalić* (*niepotrzebne skreślić) zimową garderobę. Chwilę potem panicznie biegamy w negliżu przed opustoszałą szafą w poszukiwaniu… czegokolwiek, w co się zmieścimy.

Według wskaźnika BMI, nie powinniśmy ważyć tyle samo, co arktyczna foka. Aby to osiągnąć, należy pamiętać, że dzienne zapotrzebowanie dorosłej kobiety w kalorie nie przekracza dwóch tysięcy. Proszę mi wierzyć, ten fakt potrafi zdumiewać.

No, może nie tak od razu, może nie w tym momencie, gdy kombinując w jaki sposób przywołać wspomnienie talii, zaglądamy na schudnij.pl. Nie, nie. Wtedy jeszcze nam się wydaje, że dwa tysiące kalorii jest liczbą zawrotną. Mina nam rzędnie po pierwszym posiłku, a raczej pierwszym przeliczeniu wartości spożytego jedzenia na potencjał wroga, w jaki wspomniane, a wraz z mijającym wspomnieniem – coraz smaczniejsze jedzenie się zmienia. Bo trzeba przyznać, że nic tak nie zaostrza apetytu jak dieta.

Wracając do naszego kalkulatora WCHŁANIANYCH KALORII. W powyższym akapicie założyłam brawurowo, że przeliczamy śniadanie i po przeliczeniu śniadania mina nam rzędnie. Ściśle: jesteśmy smutni, głodni, ale, uwaga – sprytniejsi od wroga.

Utopia. Rzecz nierealna. Absurd i nonsens. Nie ma takiej istoty na Ziemi (o zdrowych zmysłach), która by zawracała sobie głowę po śniadaniu jakąś kłopotliwą tabelą. Po śniadaniu robi się wiele ciekawych rzeczy, takich jak na przykład: kawa. A do kawy, umówmy się, trzeba zjeść ciastko. Nikt tu nie jest z kamienia. A już na pewno kamienia nie przypomina (patrz pierwszy akapit).

Dobra, obiad. Na obiad, jak tradycja każe, trzeba suto pojeść. Jemy więc suto, a w głowie zaczyna majaczyć nieśmiała obietnica rychłego podliczenia wchłoniętych kalorii. Jesteśmy jednak w świetnej formie, bo jak świat światem, dwa tysiące to całkiem przyzwoita wartość, niezależnie od nominału. Spokojnie idziemy więc na lody/gofra/piwo* (*nic nie skreślać!), po czym przystępujemy do ceremonii wieczerzy.

Po „Pamiętnikach z Wakacji” przypominamy sobie, że jesteśmy na diecie i siadamy wreszcie do kalkulatora kalorii. I wtedy okazuje się niestety, że swoje zapotrzebowanie przekroczyliśmy gdzieś około „Teleranka”, czyli dwadzieścia lat temu.

Panikę odradzam. Stanowczo sprzeciwiam się także wyrzutom sumienia. I składaniu czczych obietnic, że niby jutro będzie lepiej. Działać trzeba zdecydowanie i rozsądnie. Matematyka nas zgubiła, matematyka nas odnajdzie. Potrzebny jest kalkulator. Tym razem kalkulator SPALANIA KALORII. Wszystko, co robimy, kosztuje energię. Logiczne. Energię dostarczamy wraz z jedzeniem. Proste. Jedzenie, którego tak strasznie za dużo zjedliśmy, musimy po prostu spalić. Jak? Możliwości jest wiele. Wchodzimy na wspomniany portal i sprawdzamy, jaka czynność zużywa najwięcej kalorii. O, proszę: sprint. Godzina sprintu to ponad tysiąc kalorii! Świetnie! Problem w tym, że ostatnie na co mamy ochotę, to bieganie po osiedlu z językiem na brodzie.

Tenis. Półtorej godziny i nadwyżka z głowy. Dobre sobie. Jest godzina dwudziesta druga, w domu ani śladu rakiety, w życiu nie graliśmy w tenisa. Patrzymy dalej.

Gra w piłkę nożną. Mamy już lekkie poczucie absurdu, oczy nam się kleją i z ciekawości sprawdzamy, ile kosztuję sen. Otóż, proszę państwa, nasz organizm podczas dziesięciu godzin snu spala dokładnie tyle samo kalorii, ile przez godzinę biegania po boisku. Okrągły tysiąc.

Nic nie będę sugerować. Argumenty są jednak twarde. Jak z kamienia.

————————————————————

Magazyn Be nr 1/2012

19.05.2012 List demotywacyjny*

Jestem świetną dziennikarką z olbrzymim dorobkiem, który przechowuję w szczelnej szufladzie. Mam nadzieję, że nikt tam nigdy nie zajrzy

Idę o zakład, że większość z nas jest w trakcie poszukiwania pracy. W jednym województwie każdego dnia wysyłamy w niebyt sto siedemdziesiąt tysięcy życiorysów. Sto siedemdziesiąt tysięcy dekorowanych dyplomami CV trafia codziennie na biurka znudzonych HR-owców, którzy między jedną a drugą kawą przerzucają nasz los. Potem następuje ich niekończące się milczenie, a nasza depresja, zwątpienie, ba, może nawet bunt, pod którego wpływem nabieramy odwagi, by zadzwonić i zadać to wymowne pytanie:

– Co jest, k…?

Odpowiedź, że kadry zdecydowały się na angaż koleżanki z działu obok, zupełnie nas nie zadowala. Miotamy się więc  jeszcze trochę w gniewie, po czym znów rzucamy się w wir poszukiwania pracy. Pracuj peel to nasza strona startowa. Twitter i Goldenline okupujemy od wieków. W rozmowach kwalifikacyjnych jesteśmy weteranami. Znamy na pamięć zaskakujące pytania.  Regułki rekrutacyjne recytujemy jak pacierz. Urząd pracy jest naszym kościołem. Jesteśmy mądrzy i wykształceni. Języki, komputer, bardzo proszę. Piszemy wygładzone formułki w motywacyjnych listach, prześcigając się w argumentach, dlaczego to właśnie my się tak świetnie nadajemy na to czy inne stanowisko.

Skutek wiadomy. Gorzej z przyczyną.

Proponuję zatem zrobić coś zupełnie odwrotnego. Może efekt osiągniemy ten sam, ale z pewnością poznamy jego powód. A przy okazji będziemy się świetnie bawić. Z pewnością podbudujemy EGO. Zadbamy o siebie. Podamy sobie dłoń, gratulując kompetencji. Uroku i aparycji. Staniemy się twardymi negocjatorami. Nie damy sobie zabrać premii. Unikniemy cięć. Zwolnień grupowych. Mobbingu. Brzmi nieźle? Do dzieła.

Recepta jest prosta. Koniec z uniżonym tonem, z przymilną perswazją. Co to w ogóle? Heloł! My i  takie pitu pitu? Że niby: ojej, jaka fajna firma? Wcale że nie. To MY jesteśmy fajni. Właściwie – za fajni.  Dlatego dziś napiszemy drastycznie inne podanie, niż zwykle. Dziś napiszemy, jak jest naprawdę.

A prawda wygląda tak:

„Szanowni Państwo!

NIE CHCIAŁABYM pracować w Państwa firmie jako redaktor. W ogóle mnie to nie interesuje. Rozumiem, że Państwu szalenie na tym zależy i dlatego Wasz dział HR zamieszcza ogłoszenia w prasie. Przykro mi, nie skorzystam. W poniższym liście DEMOTYWACYJNYM postaram się wyjaśnić, dlaczego NIE nadaję się na to stanowisko.

  1. Jestem doskonała. Trudno jednak to powiedzieć o Was. Już sam fakt, że musicie wydać fortunę na rekrutację – o czymś świadczy. Także: e-e.
  1. Mam porażającą aparycję. Umówmy się jednak, że zachowam tę cechę dla siebie. Uroda nie trwa wiecznie, a stres w pracy przyspiesza jej przemijanie. Nie dam się namówić.
  1. Moje wykształcenie i wiedza przekraczają obserwowany postęp w Waszej firmie. Na czym opieram ten wniosek? Fakt, początkowo mnie nawet korciło, żeby wypisać w punktach, co mi się nie podoba. Co bym tam naprawiła. Zrezygnowałam. Bo generalnie wszystko jest do bani.
  1. Jestem świetną dziennikarką z olbrzymim dorobkiem, który przechowuję szczelnie w szufladzie. Mam głęboką nadzieję, że Wasza firma nigdy tam nie zajrzy.
  1. Nie mam żadnego doświadczenia, dlatego nie chcę nabrać złych nawyków na starcie. Pozostając bezrobotną, dbam o czystą kartę zawodową, jaką mało kto się może pochwalić. Angażując się w Waszej Firmie, ryzykowałabym brawurą skalania nieposzlakowanej opinii. Proszę wybaczyć.
  1. Człowiek musi się cenić, a przecież wiadomo, że prędzej czy później zaczniecie się handryczyć o wysokość wynagrodzenia. Z góry nie zgadzam się na Waszą stawkę.
  1. Firma Państwa mieści się dwa przystanki tramwajem od mojego miejsca zamieszkania. To jednak jest kawałek. Załóżmy, że jest awaria trakcji. Wypadek. Strajk. Miałabym iść na piechotę? Sami Państwo chyba rozumieją, że to wykluczone. A jeśli nawet, co niemożliwe, ale JEŚLI nigdy się nic nie wydarzy? Jestem osobą bezrobotną i nie mam pieniędzy na bilet!

Mam nadzieję, że tymi argumentami przekonałam Państwa do przychylnego rozpatrzenie mojego podania. Licząc więc o zaniechanie jakiegokolwiek kontaktu

Serdecznie pozdrawiam,

Sylwia Kubryńska

PS. Brak kontaktu to też, u diabła, brak autorespondera!”

*tekst, jak inne moje teksty, można znaleźć w Magazyn Be. 

17.05.2012 Tygrys i antylopa, czyli krótka historia zawału serca

Jakim u diabła cudem tygrys dorwał antylopę i rozdarł pazurem jej plecy? 

Wstaję z łóżka, a jakby mnie ze studni wyciągnęli. Rwie pod łopatkami, że się schylić nie mogę, butów zawiązać. Wsuwam pantofle, jadę do pracy, a w pracy czuję, że coś jest kurewsko daleko od OK.

Siedzę przy komputerze jak mumia, głową tylko ruchy nieznaczne, tak-nie – wykonuję, a ból szarpie jak tygrysa pazur antylopy plecy, że się tak „poetycko” wyrażę. Swoją drogą, czy ktoś z Państwa się zastanawiał kiedykolwiek nad sensem tych oszałamiająco sławnych słów? Czy ktoś sobie sytuację tę wyobraził? Czy komuś Edward Stachura, piewca biwakowy, zadał swym łkającym piórem nieco konkretniejsze pytanie, niż li tylko o sens życia?

Mnie tak. Wiem, odbiegam teraz od swoich pleców do pleców antylopy, ale tak już mam, że od tematu uciekam, w zarośla się zapuszczam, błądzę, wycieczkuję, przepadam. Tak więc i teraz w poezję, jak w manowce, zawędrowałam. Poezja jest terenem grząskim, podmokłym, niebezpiecznym i niejeden poeta się tam utopił. Takim poetą był właśnie Stachura, którego refleksje na temat przeklętego bytu niespokojnych duchów (takich jak ja) roztrzaskały się o grzmota w postaci podpicowanego, sklejonego butaprenem wersu. Bo jakim u diabła cudem stachurowski tygrys dorwał tę biedną antylopę i rozdarł jej pazurem plecy, pytam? Jaką metaforą zdołał on przemieścić się z odległej Azji, Bengalu, Syberii, pod kurde, Saharę? A przebywszy setki tysięcy kilometrów – jak zdołał dopaść żwawo cwałującą afrykańską łanię, by poetycko rozedrzeć („jak smutek człowieczy”) jej kark?

Tygrys, drodzy Państwo, mieszka tak zajebiście daleko od antylopy, że to polowanie opisane w wierszu trąci ordynarnym fałszem. Dlatego w wieku lat dwunastu zarzuciłam raz na zawsze te smętne dyrdymały Starego Dobrego Małżeństwa (już sama nazwa zespołu powinna mnie odstraszyć), a każdą poezję (zwłaszcza śpiewaną) od tamtej pory obwąchuję  niczym owczarek na lotnisku torbę z kiełbasami.

Dobra, wracam do moich pleców. Moje plecy bolą, ja w robocie, kurde bele. Kumpel, co jego ojciec miał zawał, patrzy na mnie, że ja jak peryskop siedzę. On patrzy, milczy, myśli i nagle pyta:

– Co boli, gdzie?

– No tu, pod łopatkami.

– A nie dusi?

– Oj, dusi.

– A pod obojczykiem piecze?

No jak zapytał, od razu zapiekło.

– A nie ma nudności?

Z miejsca się pojawiają.

– Kołacze?

Peryskop swój odwracam, już nie powiem jak kołacze. Kołacze jak kurwa mać. Guglam: „ból pod łopatkami”. Odpowiedź jest jedna. Biorę swój peryskop, pakuję torbę i idę. Ale idę powoli, ręką się za serce trzymam, drugą o ścianę opieram, po schodach się słaniam. Po chwili już jestem w przychodni: ból pod łopatkami, w całej klatce piersiowej, duszności i kołatanie. Do gabinetu, przyssali przyssawki, podłączyli do prądu, zaraz z ciśnieniomierzem, buty zdjąć, rajstopy, bluzkę, w ogóle się rozebrać! No i zbadali, zmierzyli, znów inny gabinet, ja po jednej stronie, lekarz po drugiej, rozmowa:

– Praca pani serca wygląda, że tak powiem: podręcznikowo.

– I co teraz?

– Nie wiem… ja nic nie poradzę.

– Czyli nie ma ratunku?

– Ratunek może i jest… ale to wymaga czasu. I cierpliwości.

– Mojej?

– Też… ale bardziej lekarza.

– Pana?

– Nie, innego lekarza.

– Innego?!

– Zupełnie innego. Ale spokojnie, już panią kieruję. Jutro na piętnastą. Psychiatra.

Dziś rano słuchałam w radio o wynikach Europejskiego Konsumenckiego Indeksu Zdrowia. Polska w tych badaniach zajmuje 27 miejsce na 34 kraje europejskie. Komentatorzy rankingu zauważają wiele błędów w naszym systemie zdrowotnym. Kolejki do lekarzy, niedostępność leków, fatalny system wynagrodzeń lekarzy, jednym słowem – koszmar. Jest jednak jedna dziedzina, w której Polska prowadzi. Jest gałąź medycyny, która świat powala na kolana. To jest, drodzy Państwo, kardiologia. Polska kardiologia nie ma sobie równych.

Potwierdzam z całą skwapliwością. Bez użycia jakichkolwiek leków, bez skalpela, bez diety, wyrzeczeń i nordic walking – li tylko samą rozmową z kardiologiem – w ciągu paru minut zostałam wyleczona z zawału serca. Ból z pleców, niczym pazur tygrysa, zniknął jakby go nigdy nie było.

14.05.2012 „LIKE” STORY

Jest idealny. Jej typ. Wysoki szatyn, czarnowłosy blondyn. Oczy niebieskie. Zielono piwne. Dowcipny i bystry wpół zdania. Artysta. Malarz. Poeta.  Filozof. W dodatku konkret, sto procent faceta. Ale ją wzięło, dżisas. Co tu dużo mówić. Rozumieją się bez słów. Nie to że nie rozmawiają. Całe ostatnie dwa tygodnie – bez przerwy. Najwięcej wieczorem i w nocy. Ale w pracy też często. Ona ma go w komórce nawet. Jak tylko może, odpala Facebook. I klikają. To znaczy, klikali, bo…

Czy to przekleństwo, że ona nigdy nie mogę tak normalnie, po ludzku? Że zawsze musi być wszystko skomplikowane takie? Że zawsze jest jakiś problem?

A problem jest i to duży, bo on ma chyba kogoś. Chyba, bo nie wiadomo, może to nieprawda. W każdym razie pojawiła się na profilu jakaś flądra i podaje się za żonę. I pisze do niej, że ma się odfrandzolić. Jeszcze jakieś pogróżki wysyła. Ona go pyta, on zaprzecza. Ale jakoś dziwnie, bo tylko: „no co ty” i znika. A potem SMS, że nie może gadać.

Ona mu właściwie ufa. Przecież jakby miał żonę, to by do niej nie pisał! A nawet jak ma, trudno, w końcu kocha. W SMS napisał jej wczoraj… Tak czy owak, chwilowo odpuściła, ma honor. Ale fakt, po ścianach chodzi. Włącza komp, patrzy „niedostępny”, może to „niewidoczny”, bo na profilu ma fotki nowe. Jezu, jak ona cierpi! Co ma robić? Zdjęcia mu powysyłała, on jej swoje też. Szaleją z miłości. Oboje. A może on nie szaleje? Noż kurwa, nie wiadomo, naprawdę. Niech może lepiej ona odpuści? Przynajmniej na razie. To nie takie łatwe. Brakuje jej tego. Znaczy gadania z nim, tych rozmów na gadu. To niech on się postara. Niech sam napisze. A jak nie, to trudno. Ona przeżyje.

Nie przeżyje.

Czy się spotkali? On mieszka za daleko. Nie, nie rozmawiali. To znaczy na fejsie tylko, ale tak przez telefon, to nie. Ona SMS-y wysyła. On jej też, z netu. O, na przykład taki, w nocy przysłał wczoraj… Gdzie  to było…?

Tyle mu powiedziała! Wszystko wysłuchał, znaczy przeczytał. Gdzie ona pracuje, w jakiej firmie, z kim, gdzie mieszka. Ile zarabia, plany inwestycyjne, strategie. Gdy się ludzie kochają, nie mają tajemnic. O dzieci pytał, ile lat mają, do jakiej szkoły, którędy chodzą. To mu zdjęcia dziewczynek wysłała, jak się zachwycał! Niby obcy, a tak dzieci lubi. To nawet ich ojciec rodzony nigdy się nie rozczulał. No i jeszcze o konto w banku pytał. Powiedział, znaczy napisał, że go wszystko interesuje, co ma związek z nią… Ech.

O, znów się pojawił na fejsie!

– Cześć, nazywam się Ania, Ewa, Ola, Magda… To znaczy: Stefan.

10.05.2012 Woher kommst du?

Dobra, nie wytrzymam. Muszę to powiedzieć. Zajeżdżam  do sklepu w drodze z niemieckiego, kupuję Olivię…. Wróć, biorę Olivię, kładę na pomidory (piwo mam w ręku), przerzucam, szukam, nie ma…jest Glinka… jest sposób na miłość… przyjechali, herbatę pili… jest przepis na sukces… „ho, ho, jaki ładny uśmiech!”… jest wyjazd bez dzieci… zdjęcia trzepali… jest wyjazd bez dzieci…

Gdzie jestem, kurde, ja?!

Znów wróć. Nie wspomniałam nic o niemieckim. Niemiecki jest drutem kolczastym w moich ustach. I „Jezu jak jestem głupia” – argumentem. Siadam, patrzę, słucham, beton. On mówi, ja się modlę, by mnie nigdy nie spytał. Ale pyta. Na sali jestem tylko ja. I on. Ma mundur, pejcz i owczarka. Kulę się jak ostryga, ten mnie dźga: was hast du ge, kurde, sagt?

A więc jadę do sklepu, kupuję Olivię i piwo i tak mnie rozpiera, że fruwam, a rozpiera mnie, bo mnie pochwalił Herr Lektor, choć strzelał biczem przez całą lekcję, dał wreszcie na koniec kostkę cukru. I tak przebieram z radości racicami pod kasą, że… wróć do początku:

NIE WYTRZYMAM. MUSZĘ TO POWIEDZIEĆ. Kasjerce.

Widzi pani,  pod koniec, tu, o! Kto to? A ona patrzy, woła koleżanki, koleżanki biegną, hej, no jak to, kto to?

JA.

– Jak się tam pani dostała? – Rzeczowo, bez poklasku.

– Sami zadzwonili – odpieram.

– Skąd mieli telefon?

– Właściwie to maila napisali…

– To maila, czy przez telefon?

– No najpierw maila, chyba, nie pamiętam…

– Jak nie pamięta pani, skąd maila…?!

Kaszuby. Jestem na Kaszubach. Jestem we wnykach konkretu. Nie ma takiego „nie pamiętam”. Nie ma skreślania. Nie ma poprawiania. Nie ma korektora. Wiesz, albo nie wiesz.

Mój dziadek  wysłał kiedyś kartkę z sanatorium. Na kartce napisał: Stasia. Dopisek dał : „chyba”*. Miał trzech braci. Tak twierdził. Na pytanie, jak się nazywali, odpowiadał: Januk, Franuk i Maniuk.

– Dziadku, to jak to, przecież ty jesteś Jan?

– No.

Do dziś nie wiem, ilu braci miał dziadek. A mam wiedzieć: mail czy telefon?

06.05.2012 KOKO KOKO ŁAKA ŁAKA

Skandal. Więcej. Zdrada! I hańba. Hańba godła i hymnu. Hańba tradycji, spuścizny historii. Wreszcie – hańba sportowego ducha.

A tyle go było!

Nie zgadzamy się. Niezgadzanie się z mlekiem matki wyssaliśmy. Nam niezgadzanie przyświeca od dziecka. Na niezgadzanie – się zgadzamy!  I właśnie nie zgadzamy się na tę piosenkę. Co tam, nie zgadzamy się. Buntujemy się. Ba! My się oburzamy!

Oburzamy się, że nas Polaków i naszą niezłomną kadrę mistrzowską obraziła ta jazgotliwa przyśpiewka. Oburzamy się, że naszą dumę Piastów, królewską krew ojców plami dziś ludowe hopsa sa. Oburzamy się, że pot przelany na stadionach świata, miast czczony – jest dziś wyśmiewany. Że Honor i Bóg – wraz z Ojczyzną starty został na proch ludową potupajką. Nic z naszej dumy szlacheckiej, nic z arystokracji futbolu, gdy się chamy wdarły na igrzyska.

A było tak pięknie. Tak godnie, elegancko. Za zniewagę najmniejszą każdy mógł zginąć. Butelką w głowę dostać. Zęby stracić. Z kolejki SKM wypaść. A jakże! Szalik zły byle tylko nałożył. W barwach wrogiej reprezentacji wystąpił. Głupio się uśmiechnął. Dziecko, nie dziecko, nie ma zmiłuj. Honor od kołyski. Wieszcz narodowy wszak powiedział, że hydrze łeb urwać może, kto mocny. MOCNY. Jak Polak prawdziwy, nie cham ze wsi, z kurnika. Dżisas, baby w spódnicach! Co my, pedały jesteśmy?

Wojna. Zdrada! Skandal i hańba. Hańba godła i hymnu. Hańba tradycji, spuścizny historii. Wreszcie – hańba sportowego ducha.

A tyle go było!

Takeśmy jak wojsko ramię w ramię na bramkę wroga szli, grały nam surmy złote, na zwycięstwo na ochotę. I takeśmy zwyciężali. Moralnie oczywiście. Bo goli  nie było. To znaczy były, ale w naszej bramce. Ale, przecież:

NIC SIĘ NIE STAŁO! CHŁOPAKI, NIC SIĘ NIE STAŁO! NIC SIĘ NIE STAAAAAŁO, CHŁOPAKI, NIC SIĘ NIE STAŁOOOO!

Tymczasem: koło gospodyń wiejskich? Tymczasem: ludowa przyśpiewka? KOKO KOKO? Gdzie Polska, gdzie Naród? Co my, niby kury jesteśmy? MY JESTEŚMY ORŁY! I orzeł w koronie ma dla nas zaśpiewać. Ewentualnie Shakira, łakę łakę. A jak nie, to kurwa przegramy. I wtedy beż żalu, co?!