24.04.2012 Między blogiem a prawdą

Przyszłam na basen z laptopem, w dodatku w akwenie spostrzegłam się, że zapomniałam komórki z auta zabrać, więc heja, w klapkach z laptopem (bo co mam laptopem zrobić, zostawić? ukradną) po parkingu zadając sobie pytanie z serii nieśmiertelnie popularnych: czy ja zawsze muszę robić z siebie dziwadło? (Divadlo – czeski – teatr.) Teraz siedzę i piszę i to jest kolejna idiotyczna rzecz, którą robię. Przychodzę na basen i zamiast pływać – piszę. Siadam na widowni w klapkach niebieskich i piszę. Zapisałam się.

Ostatnio zapisuję się na wszystko jak leci, czując nieprzepartą potrzebę zmian w życiu. Jestem przekonana, że lada moment dostanę zawału (ciśnienie 200/100 – pisałam), tak więc wszystkiego chcę zdążyć spróbować.

Korzystam z życia pełną piersią, chodzę na zumbę, basen, siłownię. Zapisałam się też na angielski. W Żukowie otworzyli salon masażu, chyba kupię karnet. W końcu wszędzie się znajdzie jakiś kąt do pisania.

Wczoraj była u mnie ekipa reporterska z kolorowego pisma. Wreszcie się dowiedziałam, jak wygląda ekipa reporterska z kolorowego pisma. Bo jak wygląda kolorowe pismo,  to ja wiem. Kiedyś czytałam wywiad z Martą Dzido, która twierdziła, że pasjami czytuje kolorowe pisma, przykładowo: Lampę i Iskrę Bożą. Poszłam do Empiku i kupiłam. No co. Też chciałam być jak Marta Dzido. Ale niestety, zasnęłam gdzieś na jedenastej stronie wywiadu z Sieniewiczem.

Moja ekipa nie przyjechała więc z Lampy i Iskry Bożej. To wesoła drużyna z kolorowego pisma, w którym wkrótce napiszą o takiej kobiecie jak ja. Kobiecie, która z laptopem przychodzi na basem i lata po parkingu w klapkach. Która zapisuje się na wszystkie kursy świata po to, by kraść chwile nieuwagi trenera i pisać ukradkiem te swoje dyrdymały. Bo to właśnie dyrdymały dają kobiecie największe szczęście.

Najpierw mi powiedzieli, że jestem absolutnie super fajna. To jest naprawdę wporzo. Człowiek natychmiast nabiera pewności siebie i cieszy się jak pajac. Dużo łatwiej o uśmiech do kamery. Dobra, co dalej. Wymalowali mnie. (Żebym była jeszcze bardziej fajna.) A raczej przemalowali, bo z pryszczatej czterdziestki przeistoczyłam się w figurę woskową o nieokreślonym, acz całkiem ponętnym wieku. Aha, w międzyczasie usłyszałam, że mam odjazdowo zajebistą chatę. Piszę to, bo wiem, że Ewka czyta, a nikt inny jak Ewka sugerowała mi przed sesją zdjęciową, żebym wynajęła jakieś mieszkanie w tym celu (do zdjęć).

– Bo chyba ich nie wpuścisz do tego bajzlu?

Wpuściłam. Zachwyt. Rozstawili sprzęt. Siedemdziesiąt lamp i dwadzieścia blend. Trzy tysiące obiektywów. Kot uciekł do szybu. Oni, że chcą do ogrodu, na taras. Na trawę. Na dach.

We włosach mam słomę i piach.

Kazik zza płotu się nie odzywa, czuję jego wzrok. Już mi nie zmieni koła. Żaden przyzwoity Kaszub nie zmieni koła kobiecie, która się wala przed obiektywem po kretowiskach. No trudno. Cena sławy. Mija godzina. Dwie. Dwie i pół. Pytają o blog. Odpowiadam chaotycznie: jutro pracuję. Dziś piszę. Wczoraj nie spałam.

W czwartek idę na niemiecki.

22.04.2012 Welcome to hell, czyli rozliczenie z fiskusem

Niedziela rano. Właściwie południe. Na kanapie siedzicie Państwo w skarpetkach. Z potwornym kacem. Każdy dźwięk rozsadza czaszkę, lecz brak Wam sił na ściszenie wyjącego telewizora. To i tak nie ma znaczenia, gdyż Wasza żona zasuwa po pokoju z przekrzykującym wszystko odkurzaczem, dźgając co rusz bezbronne, odziane jeno w skarpetki stopy.

Inny obrazek. Podróż pociągiem. Nabitym do nieskończoności. W wypełnionym po kokardę przedziale jakaś młoda i głośna kobieta tłumaczy narzeczonemu istotę miłości. Obok zgraja młokosów z gitarą śpiewa „Załóż czapkę skinie”. Za drzwiami przedziału brzuchaty przedsiębiorca gada non stop przez komórkę i pali papierosy. A w torbie podróżnej macie Państwo tylko „Dziewięć” Stasiuka.

Jeszcze inny. Dwudziesty drugi kwietnia. A właściwie dwudziesty trzeci. W domu ktoś niedawno wysadził bombę atomową. Wszystko jest gdzie indziej. Czasu na sprzątanie nie ma. W siedemdziesięciu torebkach jest być może jakaś znikoma część pitów rocznych, z których się muszą Państwo rozliczyć. Trzeba to wszystko sprzątnąć, znaleźć dokumenty, a potem księgową. Jutro na pewno nie będzie na to czasu. Pojutrze tym bardziej. I popojutrze też. I tak trzydziestego kwietnia zawisną Państwo nad formularzem z jedną, nieprzejednaną myślą:

Właśnie tak wygląda piekło.

18.04.2012 Sprawa Bodzianowicza

Jest zasadniczo wszędzie. Zawsze cię znajdzie. Nie ma sensu uciekać na wyspę bezludną – on tam już czeka

Po pierwsze, od dziesiątego kwietnia krąży po Śląsku całkiem przyzwoite pismo o wdzięcznej nazwie MAGAZYN BE. Pismo jest przyzwoite w sensie zupełnie niedefinicyjnym, a mówię tak, ponieważ znajdują się w nim moje własne teksty. Jeden z nich opisuje na przykład ognisty romans pomiędzy zabójczo przystojnym ślązakiem a dwiema nagrzanymi pannicami z wybrzeża. W grę wchodzi jeszcze dziarska ślązaczka, generalnie – ostra jazda. Drugi tekst jest dla odmiany rewolucyjnym poradnikiem dotyczącym nieśmiertelnego zagadnienia: „Jak żyć?” Ściśle chodzi w nim o to, co zrobić, by zrzucić zbędne kilogramy, a sami Państwo chyba przyznają rację, że jest to problem tak ważny, że dominuje wszelkie pozostałe aspekty współczesnej egzystencji. Słowem: polecam.

Po drugie, znów spotkałam Bodzianowicza.

Zaczęło się od Karwowskiego. Karwowski w każdym niemal odcinku ściera się z jakimś mglistym wspomnieniem znajomego z lat studiów, czy szkoły, czy może jakiejś wczesnej pracy – sam nie może ustalić. Słyszy często, że coś tam Bodzianowicz. Kto mówił o najnowszych badaniach naukowców? Bodzianowicz. Kto jest autorem opracowań kardiologicznych? Bodzianowicz. Z kim spotyka się ta młoda pielęgniarka? Z Bodzianowiczem. Nigdy go nie widać, ale występuje. Może niegroźne lecz nieznośnie uparte widmo Bodzianowicza prześladuje inżyniera przez cały film. I zawsze, w każdym z tych przypadków Karwowski popada w zadumę, jakby zmagał się z przeszłością, staje się nieobecny, oderwany i sam do siebie mamrocze:

– Znałem kiedyś Bodzianowicza…

Na co jego rozmówca reaguje przytomnie:

– Bodzianowiczów jak psów.

Wreszcie widzimy odwrotną sytuację. Pojawia się Bodzianowicz. Jest, z krwi i kości facet pod czterdziestkę, lekarz. Na dźwięk nazwiska „Karwowski” zastanawia się chwilę i nagle w zadumie bąka:

– Znałem kiedyś Karwowskiego… – na co sam sobie odpowiada po chwili: – E, Karwowskich jak psów.

Każdy z nas ma swojego Bodzianowicza. Prędzej czy później go spotka. Może na stole reanimacyjnym jak Karwowski, a może w pracy – jak ja. Po latach znów wyrośnie duch przeszłości i zabierze go w podróż po wspomnieniach.

– Kopę lat!

– A pamiętasz?

– Jejku, jejku, ile to już?

– Ho, ho, ho, nic się nie zmieniłaś! (taaa…)

W takim Bodzianowiczu jest właśnie to, co generuje popularne powiedzonka: „góra z górą się nie zejdzie”, tudzież: „jaki ten świat mały”. Bodzianowicz ma to do siebie, że jest zasadniczo wszędzie. Przykładowo, jeśli wyjedziesz do Afryki, na bank spotkasz Bodzianowicza. Na wyspę bezludną nie ma sensu uciekać – on tam już czeka. Zmienisz pracę? Gwarantuję, że biurko obok Bodzianowicz ostrzy twoje ołówki.

Mój Bodzianowicz pojawił się na początku kariery zawodowej. Zaczynałam stawiać pierwsze kroki na trójmiejskim rynku pracy. Trafiłam do agencji reklamy „Fioletowy Struś”. Tak się nazywała, przysięgam. Dostałam Panoramę Firm i telefon. Polecenie: obdzwonić klientów. Robota prosta, choć dość mozolna. W sam raz na początek kariery. Nie wiem, czy ktoś z Państwa pracował kiedyś w taki sposób? To się nazywa telemarketing. Taka taśma ze słowami. „Dzień dobry, nazywam się Sylwia Kubryńska, dzwonię z agencji reklamy Fioletowy Struś”… „Dzień dobry, nazywam się Sylwia Kubryńska, dzwonię z agencji reklamy Fioletowy Struś” … „Dzień dobry, nazywam się Sylwia Kubryńska, dzwonię z agencji reklamy Fioletowy Struś” … „Dzień…

– Dzień dobry, nazywam się Sylwia Kubryńska, dzwonię z agencji reklamy Fioletowy Struś…

Po drugiej stronie mam Bodzianowicza. Jeszcze o tym nie wiem. Jeszcze się nie znamy. Jesteśmy na starcie naszej wieloletniej znajomości, naszego dozgonnego deptania sobie po piętach. Ale dziś tego nie wiemy. Jeszcze jesteśmy obcy. Jeszcze ani razu nie parsknęliśmy wspólnym śmiechem. Jeszcze nie zrobiliśmy żadnego projektu. Jeszcze się nie pokłóciliśmy, nie pogodziliśmy. Jeszcze…

– Jakiej agencji? Fioletowy Stróż?!

14.04.2012 Oś Czasu*

Słuchacze pozwalają mi na śpiew tylko z jednego powodu. Podczas mojego występu są w stanie powszechnie zwanym intensywną najebką

Trzeba przyznać, że temat marzeń to rzeka niezgłębiona. Wyguglawszy słowo: „marzenia”, znajduję niezliczoną ilość aforyzmów, z których znakomita większość należy do Paulo Coelho. Facet zna się na rzeczy, a filozofia wszech czasów leży i płacze. Ale pomału, dojdziemy do niego. Jeśli chodzi zaś o moje marzenia, sprawa jest dość prosta. Wszystkie są nierealne. Moja wyspa bezludna  również trafiła do zbioru życzeń biegnących linią równoległą do rzeczywistości. Wylądowała obok srebrnego proszku, prawa latania i nieśmiertelnego, największego z moich pragnień:  bycia Murzynką. Osiemnastoletnią.

Gnębi mnie to, od kiedy pamiętam. Gdy byłam dzieckiem chciałam mieć osiemnaście lat i być Murzynką. Jak stałam się dorosła, też chciałam mieć osiemnaście lat i być Murzynką. W tej krótkiej chwili, gdy miałam lat osiemnaście zdawało mi się, że jestem już blisko ideału, lecz niestety – przez cały okrągły dzień moich osiemnastych urodzin moja skóra była uparcie biała. Nazajutrz, jak się Państwo domyślają,  moje marzenie poczęło odpływać w kierunku absurdu.

Czasem, w chwilach ustępliwości, skłonna jestem przystać na lekką śniadość. Czasem też dopuszczam wiek lat dwudziestu. No, dwudziestu paru. Zbliżam się na krzywej kompromisu do prostej rozsądku. Ale potem zaraz bach – hiperbola.

Od razu mówię, solarium odpada. Religijnie wykluczam tego typu zabiegi. Moja fascynacja czarnym kolorem nie ma podłoża czysto fizycznego. To raczej tęsknota za duchowym stanem świadomości. Za czernią duszy. Za mrokiem spojrzenia. Za głębią głosu. Za tajemnicą nigdy nieodgadniętego dzikiego serca.

Tymczasem nie mam nic, absolutnie nic z egzotyki. Nic ze smagłej pantery z temperamentem rozdygotanym w rytmie buszu. Śpiewać nie umiem. To znaczy – nikt mi nie zarzuci, że nie śpiewam!  „Katiuszę” na przykład – bardzo chętnie. Zwłaszcza w lokalach. Nie jest to jednak wykonanie na miarę Arethy Franklin. Właściwie nie jest to wykonanie na żadną miarę. Właściwie to jest chyba fałsz. Tak przypuszczam, bo wiedzieć nie mogę. Nie mogą tego pamiętać także moi słuchacze, bo oni zazwyczaj zupełnie nic nie pamiętają. Nic nie pamiętają, bo nie mogą. Podczas mojego występu są w stanie pomroczności niejasnej. W stanie mentalnego niebytu. Ściśle, w stanie powszechnie zwanym intensywną najebką. I niech świadczy o tym fakt, że beztrosko pozwalają mi na brawurowe śpiewy.

Tańczyć też za bardzo nie umiem. Zapisałam się ostatnio na taki rodzaj ruchu o nazwie „zumba”. Trzeba było to zobaczyć. Coś pomiędzy C-3PO  a Czarną Żmiją. Z tendencją do wykonywania padów. Na twarz.

Nie gram na żadnym instrumencie. Biegam jak Barbapapa. Ogólnie jestem poczciwa, oswojona, wręcz swojska. Dynamiczna raczej wewnętrznie. W życiu nie byłam w dżungli. Boję się pająków. Skorpionów i skolopendr, panicznie. Poza tym, nie lubię upałów. Jestem człowiekiem północy. Jak ustaliliśmy – starym.

Paulo Coelho pisze, że marzenia się spełniają. Nawet te najbardziej niedorzeczne. Bo, jak twierdzi, wszystko jest możliwe. Wprawdzie równoległe osie nieczęsto się spotykają, ale od czego jest wiara?  Ja wierzę, że się uda. Ale Paulo nie wierzy. On wie.

——————————————————————–

* Pisałam ten tekst z beznadziejną świadomością nigdy nie osiągniętej satysfakcji, gdy pojawił się w międzyczasie globalny problem. Otóż FACEBOOK postanowił wyjść swojemu klientowi naprzeciw i dać mu w mordę niejaką Osią Czasu. Nie wiadomo dokładnie o co chodzi, jasne jest tylko, że to coś wszystkich mega wkurwia. Z racji braku satysfakcji dołączyłam do wkurwionych, pytając po drodze, co to w ogóle oznacza? I kumpel mnie oświecił, że dzięki Osi Czasu można się przemieszczać w czasie.

HA! HA! HA!

Szanowni Państwo, czekam na kolejny pomysł Zuckerberga, a każdemu, kto drze łacha z Coelho: wpie….

12.04.2012 Oksymoron dualistyczny z elementami antytezy, słowem: urodziny

Ja na bezludnej wyspie? Absurd. Skoro ja, to nie na bezludnej. Jak na bezludnej, to beze mnie, bo ja zaludniam… Czy tak trudno być samą?!

Od jakiegoś czasu nie opuszcza mnie pragnienie samotności. Pisałam już o wstawaniu o piątej rano, by choć trochę posmakować ciszy? To za mało. Za krótko jestem ze sobą sam na sam, brakuje mi rozmów ze mną. Za mało mi mnie.

Opętana samotnością zaczęłam marzyć o bezludnej wyspie. Wróciłam do Robinsona Crusoe, znów zaczęłam męczyć Verne’a. Nawet sobie „Coast Away” włączyłam i gdyby nie to natężenie placementu, może i by mi się podobało. Ale do brzegu. Poważnie jęłam kombinować, jakby tu się znaleźć na dalekim lądzie. Na rzuconym w odmęty bezkresu kawałku raju, który miałby tę przewagę nad Edenem, że nie byłoby na nim żadnego mądrali z brodą. Żadnych tubylców ludożerców, nie chcę skończyć w rosole. Nie chcę Piętaszków, rozdziawionych półgłówków, obserwatorów z litanią pytań. Nie chcę Wilsona, niemej piłki z krwawą twarzą, przez którą by mnie opuścił rozsądek.

Nikogo.

Tylko ja i już. Właściwie to się zagalopowałam. Chciałam powiedzieć: tylko ja, bez tego „i już”, bo jak się postawi „i” to zaraz się ktoś przyczepi. Jeszcze bez tego „tylko”. Bo jak mówię „tylko”, to niby ubolewam, że tak nas mało. A przecież IDEALNIE. A przecież właśnie WYSTARCZY.

Ja.

Ja na bezludnej wyspie. Sprawa jest absurdalna. Skoro: ja, to nie na bezludnej. Jak na bezludnej, to beze mnie.  Bo ja zaludniam. Zaludniam i popadam w beznadzieję: czy tak trudno być samą?

Jest jeszcze jeden problem. Kto wie, czy nie ważniejszy. Jak na tę bezludną wyspę (potencjalnie zaludnioną przeze mnie) się dostać? Wiadomo, że na wyspie bezludnej się ot tak, nie ląduje. Na wyspę bezludną się nie wybiera. Na wyspie bezludnej trzeba być rozbitkiem. Ocalałym z katastrofy! A przecież nie mówi się: „Och, zrobię jeszcze dwa montaże i lecę wziąć udział w katastrofie”. Nie mówi się też: „Jutro mam lot nad Pacyfikiem, potem krótką awarię śmigła i zaludnienie  bezludnej wyspy”. Nie. Tego się jakby nie planuje. Jak zatem tam wylądować?

Wszystko przemyślałam. Wzięłam pod uwagę trzy warianty:

  1. Udział w katastrofie lotniczej. Już skojarzenia, już hejt. Spokojnie, wyjaśnię.
  2. Zatonięcie okrętu. Wersja trudna, mam lęk głębokości. Lecz trzeba rozpatrzeć dla porządku.
  3. Tragiczny lot balonem. Dojdziemy do niego.

Samolot. Zdarza mi się latać, owszem. Ostatnio leciałam do Barcelony. Whisky, na przykład – do Norwegii. Jeszcze był Frankfurt, Tunezja. Lata się. Ale najwyżej nad Morzem Śródziemnym. Sprawdziłam archipelagi. Nic tam nie ma! Żadnych bezludnych wysp. Wszędzie stragany, turyści. Inna rzecz – airbusy się w ogóle nie rozbijają. Szansa jedna na milion. Nic z tego. Awionetka? Latałam i tym. Wrażenie mordercze. Wszystko się trzęsie, hałas, strach. Zawał gwarantowany. Katastrofa też. Do dziś zachodzę w głowę, jak mi się udało z tego wyjść. Brzmi nieźle, prawda? Problem z dystansem. Najdalej toto poleciało nad Dajtki pod Olsztynem. Widok niezły, jednak wysp niewiele.  Odpada.

Statek. Unikam z kilku powodów. Wspomniany lęk przed głębiną. Wiatr. Nuda. Choroba morska. Płynęłam kiedyś na Hel. Dżisas. Wsiadłam w humorze, wysiadłam w płynie. Raczej mnie zdrapywano z pokładu. Bujało. Wiało. Śmierdziało. I Martini mieli podłe.

Ostatnia wersja: balon. Kolega miał ostatnio urodziny. Przyjaciele się zrzucili i fundnęli mu lot balonem nad Egiptem. Wiem, że w Egipcie jest niewiele oceanów. Jest za to pustynia. Na pustyni ludzi – jak sama nazwa wskazuje – brak. Są też wyspy: oazy.  Wszystko pasuje. W dodatku urodziłam się dwunastego kwietnia…

Helloooł, jest tam kto???!!!

www.zbawienie.com.pl *

Zaraz, zaraz, co my się tak z tym zbawieniem spieszymy? Chwila, jeszcze rzeź niewiniątek…

Po ostatnim wpisie znalazłam się w konfuzji głębokiej, bo prawdę mówiąc nie wiedziałam właściwie, co to znaczy – zbawienie? Po co Jezus umarł? Jak to: nas zbawić? Kogo? Od czego? Pytałam znajomych, szukałam w Piśmie. Całe szczęście jest jednak Internet, a w nim publikacji na ten temat, że ho, ho. I tak trafiłam (a raczej ktoś mi podesłał) link z odpowiedzią. Ale po kolei, zacznijmy od początku:

 „Wbrew powszechnemu mniemaniu, są dwie zasadnicze prawdy:

  • Światem rządzi szatan, używając rządów oraz religii  (z tym się mogę zgodzić).
  • Śmierć człowieka nie jest zjawiskiem normalnym (a z tym się chyba zgodzi znakomita większość).

Zbawienie jest więc usunięciem owych dwóch problemów”.

Powiem tak. Dla mnie bomba. Ale wracając do tekstu. W sprawie zażegnania zjawiska śmierci, autor się już dalej nie rozwodzi. I słusznie, bo co tu dalej tłumaczyć? Nic dodać nic ująć, każdemu chyba pasuje. Za to kwestię wyzwolenia spod władzy szatana i historię zbawienia – chętnie ciągnie dalej:

Świat szatana zadaje sobie wiele trudu, aby za pomocą masowej propagandy szatańskiej podważyć Biblię. Dochodzi do tego, ze publiczne cytowanie wersetów biblijnych jest zakazane…”. Surowo. Jak tylko ktoś coś z Pisma przytoczy – czapa. Ale, spokojnie, czytajmy dalej: „Szatan nienawidzi Boga oraz nienawidzi człowieka. Człowieka nienawidzi dlatego że człowiek jest stworzony na wzór i podobieństwo samego Boga”. Tu pozwolę sobie na małą dygresję, bo wcześniej stało, że szatan to jeden z aniołów, które też stworzył Bóg, ale jednak chyba stworzył je na podobieństwo diabli wiedzą czego, bo tu nic o nienawiści szatana do aniołów – ergo samego siebie – nie ma.

Co dalej? Szatan był nieposłuszny, podobnie zresztą jak ta para banitów z Edenu. Czytamy: „Bóg był ich Stwórcą, Ojcem i nawet Przyjacielem. Zwłaszcza Adam miał z Bogiem bardzo bliski kontakt (teraz to się nazywa nierówność). Kiedy Adam zauważył, że brakuje mu partnerki, dobry Bóg dał mu w darze prześliczną żonę…” Która, jak się później okazało, stała się dość kłopotliwym prześlicznym prezentem. W sensie, że jabłko zjadła i teraz ludzkość przez nią cierpi.

Tu się mimochodem wyjaśnia tajemnica kobiecych problemów, na które sobie wszystkie kobiety w jedną Ewę ściśnięte jak najbardziej zasłużyły, bo – jako rzecze rozjuszony brakiem jabłka na drzewie Bóg:„- Pomnożę dolegliwości brzemienności twojej, w bólach będziesz rodziła dzieci, mimo to ku mężowi twemu pociągać cię będą pragnienia twoje, on zaś będzie panował nad tobą…”

Tak się zaczytałam, że całe to zbawienie już mi się rozmyło, jakoś zbladło, inne sprawy wyszły na jaw, cały ten Plan Boski z ukrzyżowaniem Syna Swego Jedynego, by szatana od władzy odsunąć – mnie zafascynował. Ale moment, moment, co my się z tą polityką spieszymy, jeszcze choroby (bo za Adama głupotę Bóg choroby zesłał), jeszcze wojny, jeszcze śmierci, sromota, lament i padół. A wszystko przez to cholerne jabłko. Jedna chwila przyjemności – wieczne potępienie.

Wreszcie! Rodzi się Chrystus (Czy w bólach? Nie mogę znaleźć, a przecież, skoro bóle są za jabłko, a Maria nie miała pierworodnej zmazy – wszak powinna rodzić bez bólu), cierpienie przychodzi zażegnać, z cierpienia wyzwolić. Ale zaraz, zaraz, co my się tak z tym zbawieniem spieszymy? Chwila, jeszcze rzeź niewiniątek.

Plan to Plan. Koszty nie grają roli. Tu idzie tu o sprawę wielką, sprawę potężną, sprawę priorytetową, nie podlegającą dyskusji. Tu idzie o zbawienie. Obalenie szatana, niwelację śmierci.

  • Aby już nigdy nie dorwał się do władzy żaden religijny manipulator.
  • Aby już nikt nigdy nie umarł.

Dobrze, że się udało.

—————————————————————————————————

* Podałam błędny adres witryny, żeby nie linkować. Obraża moje uczucia niereligijne.