26.03.2012 Przychodzi baba do lekarza

Od kilku tygodni boli mnie głowa. Wszystko mi jakoś umyka, rozgrywa się jakby poza mną, a ja niczym ślimak w skorupie zamknięta w swoim cierpieniu, zmagam się z mrokiem migreny. Niby obecna, niby aktywna, a jednak pomału zanikam. Nawet tę Barcelonę pamiętam jak przez mgłę. Humor mi się stępił, stoporniał intelekt. Jestem jak kamień, ciężka, nieruchoma, milcząca skała.

Sny też mam jak głazy. Wczoraj śniło mi się na przykład, że ciągnę siatkę z zakupami i przewracam się ze zmęczenia, a ktoś nade mną stoi i gada, że teczka z książkami była lżejsza, co? Nie wracało się do domu po lekcjach, co? Łaziło się po kominkach, co? I jakoś się wtedy nie męczyło, co?

Innym razem śni mi się Segritta, która zaprasza mnie do Warszawy na jubel, po czym okazuje się, że aby do niej trafić, muszę przejść kolczasty labirynt, przeciskać się przez zasieki, jakieś, kurwa, meandry żeliwnych kikutów pseudo rzeźb warszawskich, jeszcze mnie zboczeniec goni, ja uciekam, telefon mi się rozładował, ciemno wszędzie, kurwa, where am I, cudem bożym docieram na miejsce o trzeciej nad ranem, a ona mi esemesa, że sorewicz, ale poszła sobie gdzieś indziej, w pizdu.

Ibuprom stał się moim chlebem, polopiryna – winem. Na alkohol nawet patrzeć nie mogę, na widok papierosów mam torsje. Wniosek jest jeden: umieram.

Problem w tym, że nie pierwszy raz. Bo, gdy zaczynam snuć przypuszczenia, że to żadna migrena, że to nie przemęczenie, alergia, nic z tych rzeczy, ale najnormalniejszy w świecie rak mózgu i postanawiam się udać do szpitala, natychmiast wspominam ten czas, gdy kilka lat temu, chodząc po ścianach z bólu, doszłam wreszcie na oddział neurologii, gdzie mimo zabiegów lekarskich, cudem uszłam z życiem, a mój ból głowy stał się właściwie najmniejszym problemem.

Było tak. Bolała mnie głowa. Głowa mnie właściwie napierdalała. Napierdalanie głowy polega na tym, że człowiek doświadczający tego uczucia nie może ruszyć palcem u nogi, bo jak ruszy palcem u nogi, spada na niego lawina kamieni i, co ciekawe, wszystkie trafiają w lewą skroń. Albo w potylicę. Albo w oko. W cały pieprzony łeb napieprzają pieprzone kamulce.

No więc idę do lekarza pierwszego kontaktu. Stop, wcale do niego nie idę, wiezie mnie Mikołaj na sygnale i wścieka się w tak zwanym międzyczasie, a przyczyną jego wściekłości jest to, że jestem psychicznie nienormalna, bo wcześniej nie poszłam do lekarza pierwszego kontaktu, a teraz to i tak już tylko zgon.

Lekarz pierwszego kontaktu każe mi dotknąć palcem do nosa, rzecz się nie udaje, nie udaje się także zginanie karku, ani żadne stanie na jednej nodze. Prawda jest taka, że nic się nie udaje, bo ja zwinięta w chińskie erzet leżę na kozetce wyję jak zwierzę i to by było na tyle w kwestii badania przez lekarza pierwszego kontaktu, który bierze świstek i pisze na świstku: cito!

Łiju łiju, do szpitala, już bez wściekłości, raczej w lęku, jedziemy. W szpitalu siedemnaście godzin na izbie przyjęć, zanika mi tętno i właściwie już mi obojętnie, życie i tak jest pasmem udręki, bez przesady żeby się tak z tym życiem szarpać, ja przecież najbardziej ze wszystkiego lubię spać, śmierć to taki wieczny sen.

Przychodzi jakaś w kitlu i mówi, tomograf, rezonans, na zdjęciu jednak nic nie wyszło, więc chyba jestem zdrowa jak tur, dadzą mi więc jakiś proszek i do domu. Biorę proszek, wracam do domu, po czym przed dwa dni snuję się po zaświatach. W kwestii wieczności wiem już więc wszystko, ale nie mogę tego tu opisywać, bo obiecałam trzymać język za zębami, także – proszę wybaczyć*.

Znów w szpitalu, tym razem w łóżku. Nieruchomo dwa dni, bo zrobili punkcję. Uwaga! Punkcja, czyli wkucie do kręgosłupa, polega na tym, że z ustroju zabierana jest jakaś ilość płynu rdzeniowo mózgowego, co oznacza, że za żadne skarby świata nie można się po tej punkcji poruszać. Piszę o tym, bo od lekarza można się tego dowiedzieć lub nie. Ja się nie dowiedziałam, więc się siłą rzeczy, a raczej resztką sił, wierciłam.

Ewka twierdzi, że od tamtej pory się dziwnie ubieram. Nie polemizuję. Zdaję sobie sprawę, że mój mózg został zubożony o niebagatelną ilość płynu, który nie mógł się spokojnie zregenerować, bo się wierciłam, bo nie wiedziałam, że się wiercić nie wolno. Człowiek w obliczu śmierci w ogóle mało kuma. Druga rzecz, że niepotrzebnie człowiek myśli, że się znalazł wśród specjalistów, więc kumać nie musi.

Musi.

Bo jak nie kuma, może się obudzić w kałuży krwi odrobinę zbyt późno, ściśle – w ogóle się nie obudzić. Ja się obudziłam, a raczej obudził mnie Kiwaczek, który przyszedł oznajmić, że świat beze mnie ma się doskonale, aczkolwiek ze mną też by się pewnie miał, więc chyba powinnam zatamować  ten wenflon, który pielęgniarka, pobierając ode mnie kolejne próbki zbyt wysokiego  CRP, zapomniała zamknąć.

Ja tego nie pamiętam, ale wiem, że narzekała na ból głowy. Tak ją głowa bolała, że zapomniała o moim otwartym krwiobiegu, który natychmiast wypełnił pół szpitalnego pokoju. Tymczasem do moich pustych żył dalej pompowano ketonal (przeciwbólowo), nie jest więc dziwne, że wkrótce zaliczyłam pierwszy w życiu zawał.

Ktoś zawołał lekarza, ten mnie rozebrał do rosołu i już, już by coś zaradził, ale niestety, rozdzwoniła mu się komórka. Nie było rady, musiał odebrać i rozmówić się w sprawie rychłego wyjazdu  na narty. Dyskusja rozgorzała, osoba dzwoniąca  wykazała się niezwykłym uporem obstawiając stoki w Czechach, podczas gdy neurolog zdecydowanie preferował Austrię. Po kwadransie obaj doszli do porozumienia wybierając Włochy, a ja się z kolei dowiedziałam, że tu nie kardiologia, także sorry.

Pół godziny później wpadła na oddział pielęgniarka z wózkiem inwalidzkim (dla mnie!) i zabrała mnie na wspomnianą kardiologię. Tyle że z niewiadomych przyczyn wylądowałam na laryngologii. Dość paskudne miejsce. Wspominam źle, bo naprzeciwko gabinetu lekarza mieściły się drzwi wejściowe, które obracały się bez przerwy jak na dworcu, w związku z czym po kwadransie miałam już zapalenie oskrzeli (styczeń był). Laryngolog trochę się dziwił, co ja tu robię, na wszelki wypadek zapisał penicylinę, na którą nota bene, jestem uczulona od dziecka.  W karcie stoi.

W międzyczasie przyfrunął Lekarz Narciarz ze zwojem klisz mojego mózgu i woła, że jakieś plamy, ciemna masa, guz, nie guz, tętniak, nic tylko – jak bumi dyni – rak.

A potem z kolei, że jednak nie. I że właściwie to chyba jakiś cień, artefakt, paproch. Neurologia to wróżenie z fusów, mózg jest zbyt skomplikowany, wyjaśnia. Dżisas, kurwa, ja pierdolę, myślę, raz w grobie raz na wozie, oszaleję, jeszcze, bach wpada obchód i pytają o kleszcze. Że borelioza niby. Kleszcze, moi Państwo, upodobały sobie mnie niezwykle, gdy idę z Ewką na grzyby, to ona zbiera grzyby, ja kleszcze. Kiedyś siedziałyśmy razem na polanie, piwko, piwko, ja patrzę a po moich stopach zapieprzają dwa szwadrony, na stopach Ewki – nuda.

Barelioza to też nie jest. W ogóle nie wiadomo, co to. Potrzymali, puścili.

Było nie było, wyszłam z tego wszystkiego cudownym przypadkiem, a dowiedziałam się o tym po wyjściu ze szpitala od lekarza Stówa za Godzinę. Lekarz ów obejrzał klisze  i stwierdził, że to zapalenie opon mózgowych, które się leczy antybiotykiem, dokładnie takim samym, jaki dostałam na zapalenie oskrzeli od laryngologa. Tego od drzwi.

To ja już teraz nie wiem… iść?

———————————————————–

* to swoją drogą zupełnie zbędne, żyję w kraju, gdzie 95 procent ludzi w kwestii wieczności wie wszystko.

10 comments

  1. Sylwia Kubryńska

    Przepraszam za zmianę tytułu, ale mi się właśnie taki przyśnił, a ja sny traktuję z kamienną powagą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s