31.03.2012 „Dziękuję panu za serdeczność”

Żyję. A moje życie jest bardzo ciekawe. Przedwczoraj na przykład pierwszy raz w życiu jechałam karetką pogotowia. Karetka pędziła jak rakieta, a ja leżąc na kozetce zastanawiałam się, czemu nikt nie wymyślił pasów dla pasażera pacjenta, bo jednak w razie wypadku polecę w kosmos. Przeżyłam. Dostałam zastrzyk. Dół, zjazd, ciemność. Znów przeżyłam. Drugi, przeciwbólowy. Nic nie boli tak jak życie. Ja pierniczę. Kto jest autorem tych słów? Rynkowski? Budka Suflera? Tata Kazika? Szwagier Kolaska? Dobra, nieważne. Ważne, że żyję. Trzeci zastrzyk. Punkt dla mnie. Jestem niezniszczalna.

– Dzień dobry, nazywam się Sylwia Kubryńska i jestem cyborgiem. Mam ciśnienie dwieście na sto, puls sto czterdzieści. Jestem maszyną.

Łóżko obok leży dziadek. Lat dziewięćdziesiąt pięć. Liczna rodzina. Dwóch synów, córka, wnuk jeden, drugi, wnuczka, ciocie jakieś, no jak we Włoszech. Dziadek ma chore nerki. Lekarz pyta, czy chce zostać w szpitalu?

– Nie – ucina dziadek. A może jednak? – zachęca doktor.

– Dziękuję panu za serdeczność, ale nie mam czasu.

Mnie nikt nie pyta. Ale jeśli tu zostanę, to same problemy. Po pierwsze – nie pójdę jutro do pracy, a mam przecież tyle do zrobienia. Po drugie – nie spotkam się w sobotę z moimi znajomymi, których nie znam. Tym samym nigdy się nie dowiem, czy faktycznie istnieją. Czy nie są oni wszyscy przypadkiem Magdami M. z opowieści faceta z Polsatu, który na Facebooku dał się nabrać jakiejś wystrzelonej w kosmos blond lufie o twarzy anioła, co należała w rzeczywistości do modelki Edyty, czy Kaśki z agencji, a sama Magda mogła być owłosionym Ryszardem, kurde, J.?

Nie wiem. Ale tak sobie myślałam w tym szpitalu. I jeszcze pomyślałam, że umrę. (Chociaż tak, to myślę w kółko. Tylko że nie zawsze myślę, że to jest aż tak bardzo do dupy. A wtedy i owszem.)

I jeszcze pomyślałam, że nie będę mogła pisać bloga. Pod ostatnim wpisem o Stalowym Gigancie zaczną się wkrótce pojawiać hejty, że: co jest, zdechło, nie zdechło, halo, Kubryńska, śpisz? A ja owszem, leżę w malignie, w żyłach mam zastrzyki i zapadam się jak zgasłe słońce, i coraz mniejsza, i coraz gęstsza się robię, czarna pani, łepek od zapałki, łepek z bólem wyjebanym. W kosmos.

————————————————————————————————

Rano wstałam i poszłam do pracy. Zerwałam kartkę z kalendarza. Zaraz pójdę na spotkanie ze znajomymi. I, jak widać, napisałam kolejny wpis. Nie zostałam w szpitalu. Nie mam czasu.

26.03.2012 Przychodzi baba do lekarza

Od kilku tygodni boli mnie głowa. Wszystko mi jakoś umyka, rozgrywa się jakby poza mną, a ja niczym ślimak w skorupie zamknięta w swoim cierpieniu, zmagam się z mrokiem migreny. Niby obecna, niby aktywna, a jednak pomału zanikam. Nawet tę Barcelonę pamiętam jak przez mgłę. Humor mi się stępił, stoporniał intelekt. Jestem jak kamień, ciężka, nieruchoma, milcząca skała.

Sny też mam jak głazy. Wczoraj śniło mi się na przykład, że ciągnę siatkę z zakupami i przewracam się ze zmęczenia, a ktoś nade mną stoi i gada, że teczka z książkami była lżejsza, co? Nie wracało się do domu po lekcjach, co? Łaziło się po kominkach, co? I jakoś się wtedy nie męczyło, co?

Innym razem śni mi się Segritta, która zaprasza mnie do Warszawy na jubel, po czym okazuje się, że aby do niej trafić, muszę przejść kolczasty labirynt, przeciskać się przez zasieki, jakieś, kurwa, meandry żeliwnych kikutów pseudo rzeźb warszawskich, jeszcze mnie zboczeniec goni, ja uciekam, telefon mi się rozładował, ciemno wszędzie, kurwa, where am I, cudem bożym docieram na miejsce o trzeciej nad ranem, a ona mi esemesa, że sorewicz, ale poszła sobie gdzieś indziej, w pizdu.

Ibuprom stał się moim chlebem, polopiryna – winem. Na alkohol nawet patrzeć nie mogę, na widok papierosów mam torsje. Wniosek jest jeden: umieram.

Problem w tym, że nie pierwszy raz. Bo, gdy zaczynam snuć przypuszczenia, że to żadna migrena, że to nie przemęczenie, alergia, nic z tych rzeczy, ale najnormalniejszy w świecie rak mózgu i postanawiam się udać do szpitala, natychmiast wspominam ten czas, gdy kilka lat temu, chodząc po ścianach z bólu, doszłam wreszcie na oddział neurologii, gdzie mimo zabiegów lekarskich, cudem uszłam z życiem, a mój ból głowy stał się właściwie najmniejszym problemem.

Było tak. Bolała mnie głowa. Głowa mnie właściwie napierdalała. Napierdalanie głowy polega na tym, że człowiek doświadczający tego uczucia nie może ruszyć palcem u nogi, bo jak ruszy palcem u nogi, spada na niego lawina kamieni i, co ciekawe, wszystkie trafiają w lewą skroń. Albo w potylicę. Albo w oko. W cały pieprzony łeb napieprzają pieprzone kamulce.

No więc idę do lekarza pierwszego kontaktu. Stop, wcale do niego nie idę, wiezie mnie Mikołaj na sygnale i wścieka się w tak zwanym międzyczasie, a przyczyną jego wściekłości jest to, że jestem psychicznie nienormalna, bo wcześniej nie poszłam do lekarza pierwszego kontaktu, a teraz to i tak już tylko zgon.

Lekarz pierwszego kontaktu każe mi dotknąć palcem do nosa, rzecz się nie udaje, nie udaje się także zginanie karku, ani żadne stanie na jednej nodze. Prawda jest taka, że nic się nie udaje, bo ja zwinięta w chińskie erzet leżę na kozetce wyję jak zwierzę i to by było na tyle w kwestii badania przez lekarza pierwszego kontaktu, który bierze świstek i pisze na świstku: cito!

Łiju łiju, do szpitala, już bez wściekłości, raczej w lęku, jedziemy. W szpitalu siedemnaście godzin na izbie przyjęć, zanika mi tętno i właściwie już mi obojętnie, życie i tak jest pasmem udręki, bez przesady żeby się tak z tym życiem szarpać, ja przecież najbardziej ze wszystkiego lubię spać, śmierć to taki wieczny sen.

Przychodzi jakaś w kitlu i mówi, tomograf, rezonans, na zdjęciu jednak nic nie wyszło, więc chyba jestem zdrowa jak tur, dadzą mi więc jakiś proszek i do domu. Biorę proszek, wracam do domu, po czym przed dwa dni snuję się po zaświatach. W kwestii wieczności wiem już więc wszystko, ale nie mogę tego tu opisywać, bo obiecałam trzymać język za zębami, także – proszę wybaczyć*.

Znów w szpitalu, tym razem w łóżku. Nieruchomo dwa dni, bo zrobili punkcję. Uwaga! Punkcja, czyli wkucie do kręgosłupa, polega na tym, że z ustroju zabierana jest jakaś ilość płynu rdzeniowo mózgowego, co oznacza, że za żadne skarby świata nie można się po tej punkcji poruszać. Piszę o tym, bo od lekarza można się tego dowiedzieć lub nie. Ja się nie dowiedziałam, więc się siłą rzeczy, a raczej resztką sił, wierciłam.

Ewka twierdzi, że od tamtej pory się dziwnie ubieram. Nie polemizuję. Zdaję sobie sprawę, że mój mózg został zubożony o niebagatelną ilość płynu, który nie mógł się spokojnie zregenerować, bo się wierciłam, bo nie wiedziałam, że się wiercić nie wolno. Człowiek w obliczu śmierci w ogóle mało kuma. Druga rzecz, że niepotrzebnie człowiek myśli, że się znalazł wśród specjalistów, więc kumać nie musi.

Musi.

Bo jak nie kuma, może się obudzić w kałuży krwi odrobinę zbyt późno, ściśle – w ogóle się nie obudzić. Ja się obudziłam, a raczej obudził mnie Kiwaczek, który przyszedł oznajmić, że świat beze mnie ma się doskonale, aczkolwiek ze mną też by się pewnie miał, więc chyba powinnam zatamować  ten wenflon, który pielęgniarka, pobierając ode mnie kolejne próbki zbyt wysokiego  CRP, zapomniała zamknąć.

Ja tego nie pamiętam, ale wiem, że narzekała na ból głowy. Tak ją głowa bolała, że zapomniała o moim otwartym krwiobiegu, który natychmiast wypełnił pół szpitalnego pokoju. Tymczasem do moich pustych żył dalej pompowano ketonal (przeciwbólowo), nie jest więc dziwne, że wkrótce zaliczyłam pierwszy w życiu zawał.

Ktoś zawołał lekarza, ten mnie rozebrał do rosołu i już, już by coś zaradził, ale niestety, rozdzwoniła mu się komórka. Nie było rady, musiał odebrać i rozmówić się w sprawie rychłego wyjazdu  na narty. Dyskusja rozgorzała, osoba dzwoniąca  wykazała się niezwykłym uporem obstawiając stoki w Czechach, podczas gdy neurolog zdecydowanie preferował Austrię. Po kwadransie obaj doszli do porozumienia wybierając Włochy, a ja się z kolei dowiedziałam, że tu nie kardiologia, także sorry.

Pół godziny później wpadła na oddział pielęgniarka z wózkiem inwalidzkim (dla mnie!) i zabrała mnie na wspomnianą kardiologię. Tyle że z niewiadomych przyczyn wylądowałam na laryngologii. Dość paskudne miejsce. Wspominam źle, bo naprzeciwko gabinetu lekarza mieściły się drzwi wejściowe, które obracały się bez przerwy jak na dworcu, w związku z czym po kwadransie miałam już zapalenie oskrzeli (styczeń był). Laryngolog trochę się dziwił, co ja tu robię, na wszelki wypadek zapisał penicylinę, na którą nota bene, jestem uczulona od dziecka.  W karcie stoi.

W międzyczasie przyfrunął Lekarz Narciarz ze zwojem klisz mojego mózgu i woła, że jakieś plamy, ciemna masa, guz, nie guz, tętniak, nic tylko – jak bumi dyni – rak.

A potem z kolei, że jednak nie. I że właściwie to chyba jakiś cień, artefakt, paproch. Neurologia to wróżenie z fusów, mózg jest zbyt skomplikowany, wyjaśnia. Dżisas, kurwa, ja pierdolę, myślę, raz w grobie raz na wozie, oszaleję, jeszcze, bach wpada obchód i pytają o kleszcze. Że borelioza niby. Kleszcze, moi Państwo, upodobały sobie mnie niezwykle, gdy idę z Ewką na grzyby, to ona zbiera grzyby, ja kleszcze. Kiedyś siedziałyśmy razem na polanie, piwko, piwko, ja patrzę a po moich stopach zapieprzają dwa szwadrony, na stopach Ewki – nuda.

Barelioza to też nie jest. W ogóle nie wiadomo, co to. Potrzymali, puścili.

Było nie było, wyszłam z tego wszystkiego cudownym przypadkiem, a dowiedziałam się o tym po wyjściu ze szpitala od lekarza Stówa za Godzinę. Lekarz ów obejrzał klisze  i stwierdził, że to zapalenie opon mózgowych, które się leczy antybiotykiem, dokładnie takim samym, jaki dostałam na zapalenie oskrzeli od laryngologa. Tego od drzwi.

To ja już teraz nie wiem… iść?

———————————————————–

* to swoją drogą zupełnie zbędne, żyję w kraju, gdzie 95 procent ludzi w kwestii wieczności wie wszystko.

22.03.2012 NO babies on board

Każdy rodzic w pewnym momencie swojego życia dochodzi do wniosku, że wykazał się rażącym brakiem odpowiedzialności, lekkomyślnością graniczącą z przejawem choroby psychicznej w podjęciu niegdysiejszej decyzji o posiadaniu potomstwa.

Każdy rodzic w pewnym momencie swojego życia dochodzi do wniosku, że ma wystarczający kłopot z samym sobą, by nie dostawać jeszcze szajby na punkcie jakichś dzieci. Jemu samemu bowiem wystarczająco trudno się w razie czego schować w komórce na szczotki. A co dopiero wciągnąć tam rozwrzeszczaną dziatwę?

Tak, piszę ten wpis z duszą na ramieniu, bo będzie to wpis nieśmieszny. Tu się z kolei narażam potwornie, bo przecież zaraz znajdzie się jakiś hejter komentujący, że w wszystkie moje wpisy są nieśmieszne. W porządku, niech mu będzie. Ale ten wpis jest więc celowo nieśmieszny.

Wracając do tematu. W obecnych czasach ludzkość nie żywi specjalnych obaw względem niektórych niebezpieczeństw. Jakoś nie zauważam powszechnego lęku przed dziką zwierzyną.  Przed kataklizmami. Meteorytem. Czarną ospą. Albo, na przykład, przed  gniewem Bożym. Z rzadka widuje się Justynę Pochanke relacjonującą wiadomość  typu: „Dziś rano gniew Boży zmiótł z globu trzy tysiące ofiar.” No nie. Za to bardzo często można usłyszeć Justynę Pochanke opowiadającą o psychopacie ostrzeliwującym szkołę w Tuluzie. O autobusie z dziećmi lądującym na ścianie tunelu w Szwajcarii. O rewanżu wojsk rządowych na dwulatkach w Syrii. O szaleńcu wybijającym do ostatniej nogi młodzieżowy obóz w Norwegii. O czystkach etnicznych na Kaukazie. O księżach pedofilach. Wszędzie.

Ludzkość zatem najbardziej drży ze strachu przed… ludzkością.

Kto więc, kto, pytam do cholery, kto o zdrowych zmysłach wydaje na świat pełny opisanego przez Justynę Pochanke towarzystwa, własne dziecko?! Kto własne dziecko naraża na te wszystkie niebezpieczeństwa? Kto własne dziecko wysyła na walkę o byt pośród… ludzi?!

Przeczytałam ostatnio złotą myśl mojego ostatnio ulubionego autora, Janusza Rudnickiego. Była to parafraza „homo homini lupus est”, w bardziej realnym przekładzie: „człowiek człowiekowi… człowiekiem”.

Trudno wobec powyższych argumentów nie zdecydować o całkowitym zaprzestaniu prokreacji. Przynajmniej, dopóki istnieje ludzkość. Dopóki plącze się po tym świecie ostatni człowiek, nie ma sensu ryzykować. Nigdy bowiem nie wiadomo, co temu ostatniemu na świecie człowiekowi do łba strzeli.

Jeśli jednak jakimś nieszczęśliwym trafem już się tym rodzicem zostało, trudno, trzeba się modlić, aby potomstwo w pośpiechu urosło. A jeśli już potomstwo szczęśliwie przetrwa i urośnie – niech go ręka boska broni! Żadnych dzieci. I tego się trzymajmy.

Choć czasem, przyznaję, w deszczowy wiosenny dzień, gdy taki rodzic usłyszy:

– E, mama weź parasol, bo leje jak zebra – może zacząć mięknąć…

17.03.2012 Kolory wieczności, czyli: nie ma takiego czyśćca!

Mojej babci przyśnił się taki sen. Siedzi w pokoju modlitewnym (moja babcia ma pokój modlitewny), gdy nagle przychodzi do niej Jezus. Babcia oczywiście nie podnosi głowy znad różańca, ale zupełnie zawstydzona patrzy na Jezusa spod rzęs. No i patrzy, Jezus coś trzyma. Co On trzyma? Chleb. No dobra, podnosi więc głowę. Chleb nie jest cały. Małą część, może jedną dziesiątą ktoś odkroił jak porcję tortu. Reszta nietknięta. Jezus nic nie mówi. Stoi chwilę z tym chlebem, po czym go odkłada na babciny stół, wychodzi.

– I co, i co, babciu?

– Nic, obudziłam się.

– Ale co to miało znaczyć?

– Nie wiesz? Przecież to jasne. Chleb to hostia. Jezus mi powiedział, że za mało w życiu jej przyjęłam. Od tamtej pory przyjmuję codziennie.

I faktycznie, babcia od lat chodzi codziennie na mszę. Koniec świata, jeśli nie może. Kiedyś przyjechała pilnować mojego brata i jakoś tak zeszło, że nie zdążyła na siedemnastą, koniec, mogiła, lament, różaniec do północy.

– Jakie jest niebo, babciu?

– Białe jak pościel.

– A piekło?

– Czarne jak porzeczka.

– A czyściec?

– Szary – odpowiadała z delikatną nutą zniechęcenia.

Babcię generalnie czyściec nie interesuje. Wydaje mi się, że jest zainteresowana wyłącznie niebem. Ma taki zerojedynkowy stosunek do wieczności. Trudno odmówić słuszności. Zawsze byłam pod wrażeniem babci rozumu. I dobroci. I tej finezji, z jaką, gdy byłam jeszcze mała, budziła mnie, śpiewając „Kiedy ranne wstają zorze”. Pokazała mi kiedyś pijawkę w jeziorku, gdy czerpała wiaderkiem wodę do kwiatów. Tak byłam zaaferowana tą pijawką, że po kilku dniach napisałam swoje pierwsze w życiu opowiadanie. O pijawkach. Nauczycielka się pochorowała, w zastępstwie przyszła jakaś młoda siksa praktykantka. Zawołała mnie do tablicy i kazała czytać na głos. Klasa, jak się można domyślać, rżała. Ale i tak dostałam piątkę. Może dlatego, że to była młoda siksa. A może dzięki babci. Zawsze myślałam, że to drugie.

Babcia wyszywała obrusy. I poszewki. Nawlekałam igłę, bo już oczy jej się psuły. Pościel babci była zawsze artystycznie ozdobiona, poszwy miały wycięte na środku romby. Czasem przepadałam w tych rombach, magicznych przestrzeniach między kołdrą a płótnem babcinego nieba. Gdy miałam siedem lat, uszyła mi sukienkę z materiału zwanego kreton. Ubrana w tę sukienkę wyszłam na wiosenne podwórko i zrywałam niezapominajki.

Niezapominajki to są kwiatki z bajki – śpiewała babcia. I jeszcze, gdy płakałam za mamą, która jak zwykle gdzieś znikała (ciotka Zuźka nazywała moją matkę: „wolna stówa”. Do tej pory nie wiem co to znaczy), no więc, gdy płakałam, że chcę do mamy, babcia mnie rozbrajała:

– Ja chcę do mamy, do mamy, do mamy, bo moja mama ma sukienkę z lamy…

No to ja zaraz, z wrodzoną ciekawością:

– A co to jest lama, babciu?

I zapominałam o tęsknocie.

Babcia podobno pisała wiersze. Do dziś je skrzętnie ukrywa w wypachnionej lawendą szufladzie.

***

Ojciec długo milczał, patrząc na ślubne zdjęcie babci i dziadka. (Ostatnio oglądaliśmy razem stare fotografie.) I nagle coś sobie przypomniał, pokręcił głową, chrząknął.

– Pamiętam jak dziadek remontował kuchnię – powiedział. – Cały dzień mieszał, malował, równał. Pomagałem mu przy tym. Gorąco było, sierpień, mieszkanie pod dachem, piekło. Jak już wymalowaliśmy całość, dziadek wałkiem szlaczek jeszcze picował, żeby się babce spodobało. Takie esy floresy w nieco innym kolorze. To był chyba kolor szary. Stonowany, elegancki szary deseń. Na białym tle ściany. Gdy dziadek skończył, pękał z dumy i czekał, gdy babka przyjdzie, zobaczy. Już nawet flaszkę z radości otworzył. Babcia dzień wcześniej nagotowała konfitur z porzeczki. Czarnej.

– A znam, moje ulubione.

– Więc babcia przyszła, złapała za słoik konfitur i rzuciła nim o ścianę. A potem za drugi, trzeci, następny… Właściwie cały nasz mozół zabryzgała.

– Jezu, czemu?!

– Kolor jej się nie spodobał.

04.03.2012 Alchemia słów

Dawno temu byli sobie król i królowa. Królowa chciała mieć dziecko (typowe), ale jemu jakoś chyba nie szło. W końcu cudem (są sposoby) urodziła im się córka. Władcy wyprawili huczną bibę, na którą zaprosili kilka wróżek. Jak na złość, zapomnieli o jednej. Ta, o której zapomniano, przyszła więc wściekła i rzuciła czar na maleństwo, właściwie na dziewczynę piętnastoletnią, bo w tym właśnie wieku miał ją trafić szlag. Dalej – wiadomo – królewna ukłuła się wrzecionem i zapadła w stuletni sen, a zamek porosły ciernie. Jedyne, co mogło ją uratować to pocałunek księcia.

W tej bajce nie ma wygranych, nie ma też przegranych, ot samo życie. Zła wróżka dokonała zemsty za roztargnienie królewskie, nie zyskała jednak nic. Ofiara intryg – królewna – zasnęła bez świadomości, a obudziwszy się po stu latach, równie bez świadomości wyszła za mąż.

Rodzice królewny niby dostali nauczkę, ale właściwie nic złego ich nie spotkało – w końcu każdy ma frajdę, gdy dzieciak śpi, choćby i sto lat.

Królewicz nie walczył ze smokiem, nie narażał życia, za to wymłócił nieprzytomną, takie rzeczy dzieją się od początku świata, z tą tylko różnicą, że nikt się zaraz z wymłóconą nie żeni. A królewicz owszem. Niby mu się spodobała. Swoją drogą nie mam pojęcia jak takie piętnastoletnie czuczło może się spodobać, ale o gustach się nie dyskutuje. Tak czy siak wesele, a potem szare życie jakich wiele. Wypadałoby jeszcze wyłuszczyć morał, a trzeba przyznać, morałów mamy w tej opowieści aż nadto.

Po pierwsze: nie ma co świrować z tym in vitro, dzieci to tylko kłopot. Po drugie, najlepiej nie robić żadnych imprez i nikogo nie zapraszać. Zawsze znajdzie się jakaś zapomniana siódma woda po kisielu, która wytryśnie jadem zemsty.

Po trzecie, spać trzeba czujnie. Stare porzekadło: nie śpij, bo ci dziecko podrzucą, nabiera tu nowego, o wiele groźniejszego znaczenia: nie śpij, bo ci podrzucą męża. No to ja pierdzielę.

No i ostatni morał: w pewnym wieku (patrz dwa wpisy poniżej) nie wypada już czytać bajek dla dzieci. W pewnym wieku trzeba sięgnąć po prawdziwe książki. Dla dorosłych.

Koleżanka polecała mi przykładowo taką, podobno świetną książkę Paulo Coelho o dziewczynie, która wprowadzona w arkana magii przez mędrca duchowej przemiany, postanowiła walczyć  z własnym cieniem.

Brzmi o wiele poważniej niż Śpiąca Królewna, nieprawdaż?

01.03.2012 Stara i głupia

Jest gorzej niż myślałam. Ok., przyjęłam starość. Wytłumaczyłam sobie, są inne wartości.  Wartości ważniejsze. Wartości, które – w moim złudnym przekonaniu – mi pozostały.

Utarło się, że człowiek stary może najśliczniejszy nie jest, ale za to dźwiga w swej sędziwej głowie skarb o wiele cenniejszy niż próżność urody. Stary człowiek dźwiga mądrość. Stary człowiek nad powabnymi trzpiotkami ma przewagę doświadczeń. Stary człowiek rozumie więcej słów, niż podlotek. Stary człowiek potrafi tych słów używać. Rozróżnia „bynajmniej” od „przynajmniej”.

I takie tam.

Tak myślałam, pocieszając się rozpaczliwie po stracie młodości. Tak się w tej swojej iluzji szczęścia pławiłam. Niedługo. Właściwie parę godzin. Do chwili, gdy po wypowiedzi pewnego posła z rejonów wyższej inteligencji, zrozumiałam, że ja należę z kolei do sfery niższej tępoty.

Nie umiem obsługiwać iPada.