11.12.2011 Czarne oczy Swietłany K.

Do Gdańska zawsze się wraca. Nawet, gdy się myśli, że to już historia, nawet gdy się zdaje, że to już przeszłość. Od Gdańska nie uciekniesz.

Brunetka. Chuda, jakaś ptasia. Roztrzepana przy tym, choć zdolna. Przyjechała do Krakowa studiować, jakby jej w Gdańsku za mało szkół postawili. I, gdyby nie skłonność do wiśniówki, mogłaby dziś, kto wie, może i mogłaby by dziś brylować na salonach Hollywood?

Tak, tak. Steven Spielberg nagrywał w Krakowie Listę Schindlera, gdy ona, wtedy studentka UJ, biegała za gołębiami po krakowskim rynku. Czy jej czarne oczy, czy raczej wystające kości policzkowe przykuły uwagę reżysera? Jutro, powiedział, jutro o ósmej rano przyjdź na plan zdjęciowy. I jeszcze dodał: szukałem takiej twarzy. Tak powiedział. Szukałem takiej twarzy. On, gwiazda współczesnego kina światowego! On szukał takiej twarzy! Takich oczu, takich ust wydatnych, tak zapadłych policzków! Takich ciemnych brwi, takiego gładkiego czoła…

czytaj więcej: http://ibedeker.pl/osobowosci/sylwia-kubrynska-czarne-oczy-swietlany-k-ibedekerowe-opowiadanie-gdanskie/#ixzz1gGYzvohX

Thank you, NASA

Miałam siedemnaście lat, gdy Jarek Piotrowski ze mną zerwał. Natychmiast postanowiłam się zabić.

Świat był zdecydowanie za mały. Świat to była klatka, pułapka bez wyjścia. Całe szczęście, to już minęło. O co chodzi? Już mówię.

Nieraz zastanawiałam się, co zrobię, gdy definitywnie uznam, że nie mogę już znieść ludzkości. Albo, gdy zrozumiem (co właściwie oczywiste), że nie dam rady spłacić tych sześciu tysięcy baksów. Albo, gdy pokłócę się ze wszystkimi swoimi przyjaciółkami. Albo, gdy nie wydadzą mi już żadnej książki. Gdy przyjdzie następny listopad. Gdy zamkną Ma Belle. Biedronkę. Albo moją od tygodnia ulubioną siłownię. Przy okazji, wczoraj z ust klubowicza łudząco podobnego do volkswagena o śpiewnej nazwie Samba, padł taki kwiatek:

– Plany na przyszłość? Pięćdziesiąt sześć w kablu.

Sami Państwo rozumieją.

No więc, co mogę zrobić ze sobą, gdy już zabraknie mi powodów do życia na Ziemi? Samobójstwo nie wchodzi w grę. Rzecz sprawdzona. Miałam siedemnaście lat, gdy Jarek Piotrowski postanowił ze mną zerwać. Powiedział mi to na klatce schodowej wieżowca olsztyńskiego osiedla Nagórki, gdzie mieszkał. Jego decyzja wydała mi się tak straszliwie sprzeczna z moją koncepcją szczęścia, że w jednej chwili zabrakło mi jakiejkolwiek motywacji do kontynuowania żywota. Pożegnałam się więc z tym nieodżałowanym inspiratorem i z umiarkowaną godnością oddaliłam się w swoją stronę, a mianowicie na dach wspomnianego wieżowca, by się z niego rzucić. Dojechałam windą na samą górę, wyszłam po drabinie na dach i… natychmiast zachciało mi się siku. Od dziecka cierpię na tę idiotyczną przypadłość i w najmniej odpowiednich okolicznościach przestępuję z nogi na nogę jak przedszkolak. Pierwsza randka (lat trzynaście). Idę spłoniona obok Arka poety, autora utworu „Chłopak na stacji trwa, w oczach niego stoi łza”. Ten rzuca metaforami, ja nic nie słyszę, cała jestem ściśnięta w jedną histeryczną myśl: „gdzie toaleta!”.  Wstyd się głośno przyznać, wstyd przyśpieszać kroku, bo nie daj Bóg zapyta: „Czemu tak pędzisz?” I co odpowiem, że chcę siku? Za nic. Z marmurową twarzą kiwam głową, czasem coś odchrząknę: „uhm, uhm”, a tymczasem sikam w spodnie. A on gada. A ja sikam. I tak sobie idziemy.

Druga historia (lat piętnaście). Siostra rodzi. Biegnę do budki telefonicznej dzwonić po pogotowie, budka zajęta, już pod budką tańczę, budka się zwalnia, lecz widok budki skręca mi pęcherz, nie mogę, nie wejdę, nie zadzwonię!

Truchtem sromotnym wracam do domu.

No i teraz, w obliczu śmierci, zamiast dramatycznego scenariusza, zamiast deszczu, łez, The Moody Blues Night In the Satin w tle, ja się skręcam na tym cholernym dachu i już wiem, już widzę, jak w popłochu zbiegam po drabinie, jak lecę w dół po schodach, jak dzwonię do Jarka drzwi i nie zważając na swą dumę, krzyczę w zdumioną twarz: „muszę do kibla!”.

Dobra, odleciałam w kosmos. Chodzi o to, że mam alternatywę. Mam gdzie wyjechać. Jakiś czas temu odkryto Keplera-22b i spadł mi kamień z serca.

05.12.2011 Paczka

Na paczkę chodzi się z dwóch, wykluczających się wzajemnie powodów. Faceci na przykład, chodzą głównie po to, by przybrać masę. Z masą jest tak, że należy ją budować stopniowo, wyciskając kolejno coraz większe ciężary, by tym mięśniom dać popalić, by je rozszarpać, zniszczyć, a potem napompować przy pomocy takiej odżywki Mutant Mass. Ważne jest, żeby nie przegiąć z tym pakowaniem, bo jak zerwiesz kabel (biceps), lub co gorsza, czterogłowy, to potem chodzisz przyczajony  jak Tyranozaurus Rex i tyle z twojego lansu.

Kobiety mają zupełnie inne potrzeby. Przychodzą i z miejsca oświadczają, że chcą masę ZGUBIĆ. Trener im tłumaczy, że spalanie tłuszczu gwarantują tak zwane aeroby. Laski mijają więc bez zainteresowania maszyny do wyrabiania masy i przywierają do bieżni. Okładają się gazetami o modzie i gwiazdach, telefonami komórkowymi (z których bezustannie wysyłają esemesy), po czym ustawiają maksymalną prędkość. Kwadrans później leżą bez ducha na łóżkach solarnych, przyznając ze skruchą, że się wygłupiły, bo przecież nic tak nie wyszczupla, jak porządna opalenizna.

04.12.2011 Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

Szanowni Państwo! Z wielkim żalem zawiadamiam, że autorka poniższego bloga najprawdopodobniej nie żyje. Dawno niewidziana, niesłyszana i co gorsza, nieczytana, została ostatecznie uznana za zaginioną, ściśle: zmarłą.

Data tragicznej śmierci Kubryńskiej wypada prawdopodobnie w listopadzie, niejasne jest jednak, który to dzień, zgon następował bowiem przez cały, szary jak cmentarz, głuchy jak grób i smutny jak żałoba miesiąc.

Winę za jej odejście ponoszą: panująca od miesiąca nuda, plutonowe wichry, temperatura oscylująca wokół zera absolutnego oraz przedawkowanie węglowodanów*.

Miejsce nieodżałowanej autorki Najlepszego Bloga na Świecie zajęła istota zgoła inna, zupełnie do denatki niepodobna, tym brakiem podobieństwa ją wręcz upokarzająca. Nowa Kubryńska biega na siłownię, uczęszcza na solarium, maluje paznokcie. Dla przykładu, dziś oglądała The Voice of Poland, program, o istnieniu którego jej poprzedniczka  wstydziłaby się nawet słyszeć! Nowa, zapytana o literaturę, wzrusza ramionami i oświadcza, że nie zamierza skończyć w paraliżu intelektualnych dywagacji o marności egzystencji (prycha lekceważąco), w katatonii filozoficznych rozważań (znów prychnięcie), w imadle własnych ambicji (spojrzenie w lustro).

Dlatego, jak się wyraziła, ona ma to wszystko gdzieś.

Mało tego, kupiła sobie smartfona. Zamiast więc dokonać Dzieła Swojego Życia, przez całą ostatnią niedzielę grała w Peggle i puszczała melodyjki typu:  Third Eye of Dr. Mad.

————————————————————————————————–

*czekolada Bąbolada firmy Alpen Gold, smak orzechowy. Urywa dupę. A raczej wskaźnik wagi łazienkowej.

02.12.2011 Ekologia

W Neckarwestheim jest elektrownia jądrowa, on tam szafkę zawiezie, niech ją sprawdzą licznikiem Geigera. 

Tak długo mnie tu nie było, aż się zestarzałam.

Pomyślałam któregoś dnia: co ja się będę. Przecież to głupie. Całe to nakładanie chemicznej mazi co miesiąc, całe to malowanie odrostów, cały ten kamuflaż, pieprzę.

Nie maluję włosów.

A potem jeszcze pomyślałam, że kiedyś osiwieje i nie dowiem się nawet, jaki jest ten mój kolor.  A potem znów, że coś mi mówi, że jest całkiem ładny. Może nie jakiś filmowy, ale ładny. Ok, szary.  Naturalny taki. Ale jakże pasujący! Do, na przykład, twarzy. Do odcienia skóry. Do oczu. Do swetra w romby. Do chusty w kwiaty. Albo do srebrnego lisa, co go matka ciągnęła z Kazachstanu, a historii jeszcze nie opisałam, bo sama nie wiem, jak to z tym lisem było. Wiem tylko, że z Kazachstanu jest.

Kazachstan to republika niewiele mniejsza od Europy, jeśli odjąć jego europejską część. Zajmuje dziewiąte miejsce na świecie pod względem powierzchni bliskiej trzem milionom kilometrów kwadratowych. Istnieje jednak pewne ryzyko, że można tam trafić na nieświeżą rybę…

Ojciec dostał w prezencie taką. Może nie od razu zaraz nieświeżą. Ale po kolei.

Przyszedł wieczorem do domu cały dumny, mówi do mnie, wódkę daj. Stawiam wódkę, a hejt mam na niego za spóźnienie, że aż wódką o stół trzaskam. I pytam, niby co za okazja? A on, że hm… hm… sieja, pierwyj sort. Zamówił u znajomej z pracy, baby z Kazachstanu rybę wędzoną. Ta, z urlopu wracając do swojej niemieckiej gastarbajterki, przywiozła i masz! Palce lizać. Nie znajdziesz takiej w Niemczech ze świecą. Chodź, siadaj. Rybka, wódeczka, będzie wesoło. A pamiętasz, jak dzieckiem będąc, ikrę z ojcem jadłaś, aż w całym domu chrupało. Hę?

Ja z hejtu zielona, nic nie pamiętam, ojca postanawiam wkurzyć.

Ojciec ma szajbę jak ten z Dnia Świra. Ręce myje, dezynfekuje. Piramidę zdrowia w kuchni zawiesił. Frytki w podróży tak jadł, że gryzł i wyrzucał.

– Czemu wyrzucasz? – pytałam.

A on, że dotknięta, a gdzie dotknięta to brudna, bo rąk w drodze nie ma jak umyć. Jak coś brudne, nie ruszy. Niezdrowe – tym bardziej.

Ale, mój Boże, RADIOAKTYWNE?!

I tu ja wkraczam z tym hejtem swoim i mówię, że Kazachstan OGÓLNIE jest podejrzany. Próby nuklearne na przykład, hę? Izotopy, hę? Furany, dioksyny? Dwugłowe cielęta? Co, nic nie czytał? A ryby pierwsze chłoną. Zwłaszcza  to POPROMIENNE dziadostwo. Ja się mu w sumie dziwię. Ale mi tam nie zależy. Luz, ja mogę zjeść. Wódką zapiję i jakoś…

– Kto ich tam, ruskich, wie? Ruskim można zaufać – dobijam. –  Może ta jedna ryba ok.? Patrz, ojciec, wygląda na zdrową. Hm… może się zachowała cudem? Wykluczyć nie można.

I  już widzę, widzę wyraźnie, jak nasza sieja,  szlachetna ryba wędzona z wielkiego Kazachstanu, wędruje do kosza. Ba, żeby do kosza! Ona tkwi na stosie, w spalarni odpadów toksycznych w Stuttgarcie. A kurwa, co tam w Stuttgarcie, w Berlinie samym! I nagle jeszcze ta herbata! Ta sama baba mu przecież herbatę kiedyś, dawno temu przywiozła. Heloooł!

– Gdzie herbata?  W szafce?

Szafkę trzeba spalić .

W Neckarwestheim jest elektrownia jądrowa, on szafkę zawiezie, niech sprawdzą licznikiem Geigera. Wściekły już do białości, chodzi po kuchni, klnie, babę z Kazachstanu, na czym świat stoi, wyzywa…

Hm, o czym to ja właściwie?  Aha. Dowiedziałam się więc, że wyszłam na drogę smoka. Że pojechałam po bandzie. Przegięłam. Że mam dziesięć lat więcej. Takich rzeczy się po prostu nie robi.  Wszystko można, wszystko ujdzie.

Ale, kurde, się nie NIE MALUJE włosów!