01.11.2011 Mazury cud natury

– Macie aparat? – z pozoru niewinne pytanie rozpoczyna lawinę emocji. Rzeka krwi litewsko-polskiej niegdyś w mazurskie koryto rzucona płynie i wrze, by ten cud natury słowiańskim temperamentem odczarować.

Gdy w przedłużony weekend wędruję z Dobrego Miasta przez Jeziorany i Świętą Lipkę do Kętrzyna – karmię oczy bogactwem jesieni wśród mazurskich lasów. Pod mieniącymi się rubinowym złotem koronami drzew mknie nasz samochód, w nim urzeczona krajobrazem rodzina rozgląda się na po okolicy, gdzie w zapadłych dolinach gęści się brzoza, a knieja przerasta bukiem, dębem, czy sosną, której zieleń jest teraz wręcz nieprzyzwoita, a świeża niczym wiatr.

Oziminą wzeszłe rozległe pola goszczą warmińsko-mazurski inwentarz domowy, a więc konie – niezwykłej urody kasztanki wraz z łaciatymi krowami, które majestatycznie i ze stanowczą dumą przeżuwają trawę. Nie dziwi ich duma, skoro w tak pięknym miejscu mieszkają.

A tam, za wąwozem niebo jakby na ziemię spadło i zasnuło pola zmienione nagle w głęboki błękit. Jezioro gdzieniegdzie jeszcze paruje brzaskiem, gdzie indziej już obudzone, przejrzyste jak kryształowe lustro odbija urodę skłębionych baranów chmur ciekawsko zaglądających w toń: a jakaż to kraina taka cudna?

Gdy tak jedziemy w milczeniu, bo choć rodzina stąd i z mazurskim pięknem za pan brat, to jednak cud krainy się udziela każdego dnia, czy to powszedni czy świąteczny, jak dziś. Cud ten zatem – ku wielkiemu zdumieniu świata – sznuruje rodzinie usta, podczas gdy ja, korzystając z rzadkiej w tych stronach ciszy, myślę o chwili, w której zabraknie mi tych pagórków leśnych, tych łąk zielonych daleko na kaszubskim wygnaniu wytęsknionych. Myśl ta zaprowadzi mnie wkrótce na manowce, lecz nie wiem jeszcze o tym, gdy (jakże lekkomyślnie) przerywam ciszę:

– Ma ktoś aparat?

Zdanie z pozoru niewinne, ot, pytanie marne.  Lecz czymże jest mały kamyk wyjęty spod stosu lawinowych głazów, jak nie marnym kamykiem? I tak teraz, moje marne pytanie niczym marny kamyk spod stosu wyjęty, rozpoczyna lawinę iście mazurskich, ale nie tych rdzennych, raczej tych napływowych  ze wschodu, z Litwy Ojczyzno Moja, emocji. Ach, rzeka krwi litewsko-polskiej rzucona po wojnie w mazurskie koryto, płynie do dziś, płynie i wrze, by tę krainę siódmego cudu słowiańskim temperamentem odczarować.

– Job twa mać! Nie wziął.

To były słowa matki skierowane do trzeciej osoby ojca, który jednak za kierownicą siedział w osobie zaledwie jedynej, aczkolwiek niezwykle wyraźnej, która na takie dictum reaguje natychmiast z siłą rażenia podrażnionego nimbostratusa:

– Co, co?! A przypomniałaś jak był czas? Wałki kręciłaś cały ranek, zamiast o ważnych sprawach myśleć. A teraz: nie wziął. Wszystko na mojej głowie, jechać, samochód prowadzić. I jeszcze aparat brać, pamiętać.

Tu się matka wspomnianym piorunem zorganizowała i z miejsca stanęła do meczu jak wytrawna florecistka. W bezpośrednim starciu porzuciła nagle nieobecną trzecią osobę, by skrócić dystans i dźgać przeciwnika wprost, bez zbędnych chybień.

– Jakbyś wczoraj nie pił, dziś byś wszyściutko pamiętał.

–  A ty święta matka boska abstynencka.

– Ja o niczym nie zapomniałam!

– O aparacie nie zapomniałaś?

– A co ja będę pamiętać o aparacie, jak nie mój?

– No proszę, teraz: „nie mój”.

– Nie znam się, to nie mój. Trzeba było mnie nauczyć obsługi, to może i byłby mój, to może i bym nawet pamiętała. A tak to się wypchaj.

– Ludzie trzymajcie mnie, ja bym nie nauczył! Nie ma takiej siły na świecie, która by cię zmusiła do nauki obsługi jakiegokolwiek sprzętu elektronicznego! O, po lewej jezioro w Lutrach.

– Na drogę patrz, bo w drzewo trzaśniemy!

– Nie mów mi kobieto, gdzie mam patrzeć, znam tę drogę na pamięć, z zamkniętymi oczami mogę jechać. Zresztą co tu zdjęcia pstrykać, tu jeszcze nic, w Sztynorcie dopiero ładnie. Tylko latem, bo teraz to nawet żaglówek nie ma.

– Są.

– Gdzie ty widzisz żaglówki, kobieto, w listopadzie niby?

– A co to tam, po jeziorze pływa? Żaglówka jak wół, patrz!

Matka wyciągnęła palec i wbiła w godzinę jedenastą.

– Nie wymachuj paluchami przed nosem, kobieto, nie rozpraszaj! Na drogę muszę patrzeć, bo zaraz w drzewo trzaśniemy.

10 comments

  1. Anonim

    buachachacha (albo hahahahaha) – nie wiem przez które „h” się zaśmiałam, bo w sposób niekontrolowany to zrobiłam 🙂

  2. Baronowa

    nosz kurna, jazdy z rodzicami z bydgoszczy nad morze mi się przypomniały. maluchem! w cztery osoby + chomik.

    • Sylwia Kubryńska

      Kiedyś czytałam jakieś opowiadanie Pilcha o tym, jak jego rodzice jechali maluchem za pociągiem, którym on uciekał z domu. To byli zupełnie inni rodzice niż ci moi z tego opowiadania, to znaczy ponury stupor matki i wlepione w drogę oczy skupionego ojca, niby nic, a płakałam ze śmiechu. Rodzice w samochodzie to wdzięczny temat, także Baronowo: do pióra!

  3. EwakK

    Beznadzieja i masakra. Beznadzieja i masakra, że tak rzadko raczysz pisać, coby (mam nadzieję, że to się łącznie pisze) się lud pośmiał;) 🙂

    • Sylwia Kubryńska

      Ewa, obiecuję poprawę, jak tylko zamknę te wariackie papiery, nad którymi teraz pracuję:)

  4. Anonim

    Teraz już wiem, dlaczego nie mogłem przebrnąć przez „Nad Niemnem”. Pierwszej części wpisu nie powstydziłaby się pani Eliza. Tylko, że ona tak serio całkiem pisała te setki stron 😉

    • Sylwia Kubryńska

      ale mój wpis przebrnąłeś?!:D troszkę się bałam, że ludzie nie pokumają ironii…., ale jak widzę, moi czytelnicy ZDANŻAJĄ

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s