12.10.2011 In VIN veritas

Dziewiąta w nocy, wokół pola lasy, niewiadomego pochodzenia samochodem bez świateł jedzie facet z Brodnicy. A z nim ja.

Czy wiedzą Państwo, co to jest toyota MR2? Jest to samochód, którego nie mam. I bardzo mnie to cieszy. Ale po kolei.

Kiedyś, kiedy jeszcze zarabiałam jakieś pieniądze, przyszło mi do głowy, żeby kupić sobie auto, a do żadnego innego nie pasuję bardziej niż do intensywnie wykręconej rakiety na czterech kółkach, czyli właśnie do toyoty MR2. Wiem, wiem, piszę teraz felieton w stylu Jeremiego Clarksona. Przecież ktoś kiedyś powiedział, że rozumiem facetów, a to zobowiązuje do napisania felietonu w stylu Jeremiego Clarksona.

Prawda jest jednak taka, że nie rozumiem facetów. Nie mam bladego pojęcia, co jest fajnego w sportowych samochodach. Wiem, co mówię, kupiłam bowiem toyotę MR2, czarną, ze zdejmowanym dachem, z silnikiem charczącym jak Adam Darski, z przyspieszeniem siedemset na godzinę w milisekundę. Z dwoma skórzanymi fotelami i wielką skrzynią biegów pośrodku, z tylnym napędem, czterema rurami wydechowymi i szerokimi kołami na aluminiowych felgach.

Owszem, wszystko to stanowiło wizualną orgię dopóty, dopóki się nie wsiadło (a raczej wczołgało) do środka i nie wyjechało się tym twardym jak zbroja samochodem na gminne drogi, których twardość jest raczej tematem grząskim.

Jeśli ktoś z Państwa potrafi sobie wyobrazić szorujące po szutrze spojlery, albo inaczej: jeśli ktoś z Państwa mieszka w pobliżu – wie o czym mówię. Tak czy owak, dwadzieścia minut po nabyciu toyoty MR2, wytrzęsiona niczym milk shake, zrozumiałam, że lista błędów mojego życia znów się wydłużyła i czym prędzej należy szukać kupca.

Facet przyjechał aż z Brodnicy. Z lawetą przyjechał, czym zasłużył sobie u mnie na wielki szacunek. Niezwykle bowiem cenię sobie ludzi rozsądnych, którzy znają życie i nie robią wielkiego „aj waj” z powodu rozładowanego akumulatora. Przyjechał zatem kupiec i od progu się mądraluje, że olej kapie. Że wspomaganie nie działa. I rocznik zły podobno przez telefon podałam, co wywołuje u mnie wzruszenie ramion:

– Są tacy, co w rocznikach bardziej się gubią i, jak powszechnie wiadomo, dają radę, gazety nawet wydają…

Po redukujących moją pierwotną sympatię negocjacjach, z kwoty X zeszliśmy na cztery piąte X i już, już byśmy podpisali umowę, gdy ten (nie ufaj Kujawianom!) nagle wpadł na pomysł, że trzeba sprawdzić numer VIN.

– Dżizas, jaki VIN, o czym pan do mnie mówi? Ja, proszę pana, nie wiem, co to i gdzie to, niech pan sobie zatem szuka do woli, tu i tam i tam też.

Tymi słowami strzeliłam sobie w kolano, bo VIN-u nie było tu, nie było go też tam, nie było go ściśle nigdzie, a facet faktycznie szukał sobie do woli, lecz choć zerwał tapicerkę do kości, rozszarpał bagażnik (wyciągając z niego przy okazji zabłąkaną kostkę masła), VIN-u jednak nie znalazł. Widząc, że mi się kupiec po samochodzie zbytnio rozpełzł, postanowiłam wkroczyć do akcji. Najpierw próbowałam go przekonać, że jestem uczciwa, uczciwy był także człowiek, od którego kupiłam to auto, a  tajemniczy VIN zaburza tu tylko potencjalnie doskonały układ handlowy.

– Wszystko było dobrze – mówię – dopókiś się pan z tym VIN-em nie uparł jak baba.

Ten z Brodnicy w ogóle nie słucha, wyrzuca stek przekleństw, po czym znika w układzie chłodniczym, z którego donosi, że to składak z Anglii, „kiera przełożona z prawej do lewej, kurwa, niezły bigos, kurwa”.

Kierownica tego samochodu była proszę Państwa bardzo ładna, bynajmniej nie miała nic wspólnego z podejrzanym lewostronnym ruchem. Obrażam się więc śmiertelnie, biorę komórkę i dzwonię do Szwagra. Przez jakiś czas rozmawiamy o ostatniej płycie Peppersów, wreszcie wpadamy na pomysł związany ze stacją diagnostyczną.

Dziewiąta w nocy, wokół pola lasy, niewiadomego pochodzenia samochodem bez świateł jedzie facet z Brodnicy i ja. Między nami dźwignia zmiany biegów jak topór wojenny wykopany niepojętym VIN-em. Pod maską akumulator z puntowych trzewi. A tam gdzieś daleko kierownik stacji diagnostycznej z potężną wiedzą o siedemnastocyfrowych numerach, powoli zamyka swój kram. Skacząc po dziurach spieszymy do niego, a w nerwowej szarpaninie poglądów dochodzi między nami do takiej wymiany zdań:

– Oż kurwa, jeszcze telefon gdzieś zgubiłem!

– To niech pan do siebie zadzwoni!

– Jaja se pani robi, przecież ja tu jestem!

Rozstaliśmy się około północy. Facet z Brodnicy załadował na lawetę samochód z najdoskonalej w świecie ukrytym numerem nadwozia i odjechał w noc. Gdy mu na pożegnanie powiedziałam: „niech panu dobrze służy”, znużonym głosem wyznał:

– Już myślę, komu odsprzedać…

10 comments

  1. Anonim

    To znowu ja, Anonim. Ale nie Gall;)
    Matko jedyna, jak ja kocham czytać Twojego bloga, Sylwio Kubryńsko!

    Aha. Cieszę się, że nie ma, Twoich, przekleństw 😉

  2. Sylwia Kubryńska

    Anonimie nie Gallu, jak ja kocham, kiedy ktoś kocha czytać mojego bloga! A z przekleństwami pana z Brodnicy: ja myślę, że to szczęście, bo gdyby nie przeklinał, to chyba by mnie po prostu zabił. Przynajmniej tak to wyglądało.

  3. Sylwia Kubryńska

    Papryczka, dziękuję bardzo! Cholernie się cieszę z każdego takiego komentarza, wtedy czuję, że to pisanie ma sens….:)

  4. Robaczek

    Nie było co prawda opisu owego osobnika. Widzę go jednak oczyma wyobraźni. Ma biały kombinezon sportowy, biały kask. Wokół niego roztacza się pewna aura niedopowiedzenia bo np. niektórzy mówią, że w portfelu ma zdjęcie swojego … portfela, my jednak wiemy, że nazywa się STIGowski.

  5. Sylwia Kubryńska

    Sprawa jest niejasna. Ja neistety nie wiem, jak on wygląda, ponieważ należy do grupy osób doskonale nieokreślonych.

  6. tebebe

    Znowu werygut. wg mnie jesteś najlepsza właśnie w opisach dynamicznych, nie to że nie czytam refleksyjnych i nie podobają się, nie to, nie to. Po prostu fajnie, kiedy coś się dzieje.
    pzdr

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s