05.10.2011 Tatarsis

Samotny wieczór jest dla mnie całkiem do zniesienia, pod warunkiem, że przerwie go telefon i przeprowadzi ze mną taką rozmowę:

– Czy dodzwoniłem się do tej dziewczyny, która najbardziej ze wszystkiego na świecie uwielbia tatara?

– Tak.

– Czy ta dziewczyna ma ochotę na porcję wyżej wymienionego ze świeżym żółtkiem przepiórczym okraszonym cebulką i szczyptą siekanych grzybków?

– Tak.

– Czy zatem posiada ona w swoim barku wódkę?

– Nie.

– To po jaką cholerę jadę do niej z tatarem?

– Żeby po drodze zajechać po wódkę?

– Brawo! Wygrała pani mieloną wołowinę z grzybkami w occie i setką wódki. Będę za piętnaście minut.

Nie mogę dalej pisać. Pękło mi serce. Wspomnienia szarpią je niczym głodne wilki, a ja wciąż nie tknęłam nawet krzty z mikołajowej obietnicy. Leżę w łóżku, zbliża się północ, a moja miłość do surowego mięsa, wystawiona dziś na najcięższą próbę, gaśnie jak smutna gwiazda na październikowym niebie.

Ja wiem, że nastały musze gody, złote czasy tego rodu. Wiem, że przed ostatnim tchnieniem pragnie on wydać na świat siedemnaście tysięcy miliardów swych pociech. Ale jakim, pytam, jakim prawem miesza w to moją wołowinę?!  Dlaczego akurat na tej zacnej potrawie, wesoło ku mnie wędrującej w Mikołaja samochodzie – postanawia złożyć jaja?!

W pierwszej chwili nic nie zauważyłam. Mięso czerwone, pyszne, dumne, skropione oliwą, obsypane pieprzem, zgrabnie otaczało mrugające do mnie pomarańczowe żółtko. Obraz ten koił harmonią, obiecując jednocześnie niezwykłą podróż kulinarną z Krymskiego Chanatu na mój słowiański stół.

Aż, kurwa,  spostrzegłam. Struktury ciasno poskładanych konsekwencji ostatniej muszej frywolności mijającego sezonu.

Długo badałam historię tego zbeszczeszczenia. Wyobrażałam sobie, jak Mikołaj podczas sodziarskiego bankietu cichaczem wynosi trzy porcje tatara, nie zauważając, że na porcjach rozgrywa się prokreacja. Pozbawioną zagryzki wódką usiłowałam skleić rysę rozczarowania. Zamienić je w tęsknotę. Tęsknotę w obietnicę. Obietnicę w nadzieję.  Nic z tego.

Wszystkim zawsze powtarzałam, że tatar jest potrawą zdrową, bezpieczną i urywającą kubki smakowe, dlatego warto go jeść w każdych warunkach, a już na pewno w samotny, przerwany wdzięcznym towarzystwem przyjaciela, wieczór. Mawiałam, że tylko ludzie pozbawieni cojones boją się tatara, zasłaniając się rzekomą salmonellą, escherichią, jadem, posocznicą, diabli wiedzą, czym jeszcze. Pukałam się w czoło, mając tchórzliwe towarzystwo w głębokiej pogardzie.

A teraz? Siedzę pod kołdrą i telepię się z obrzydzenia. Nawet Nabuchodonozor nie tknął potrawy. Ja też nie ruszę. Już nigdy nie dotknę żadnego mięsa.

11 comments

  1. Anonim

    Lubię bardzo czytać tego bloga. A, jeszcze bardziej lubię, gdy nie ma w nim przekleństw. Taka ładna kobieta, a takich brzydkich słów używa. A, fe;)

  2. Anonim

    No! Powiedziałby Nikodem Dyzma, unosząc palec wskazujący, prawej ręki 😉
    Ps Z kobiecych ust, powinny spływać tylko płatki róż.

  3. Anonim

    Koniecznie w hurcie, biorąc pod uwagę nerwowy charakter:)
    A, w tekście, zamiast „tamtych” określeń, pisać „płatek różany, spływa właśnie z mych ust”;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s