29.09.2011 Najnowsze osiągnięcia cywilizacji kontra alkohol

Są przedmioty, które powinny być ustawowo wyposażone w alkomat. I automatyczne odcięcie energii w wiadomych okolicznościach. Samochód. Telefon komórkowy. Laptop.

W pierwszym wypadku argumentacja jest prosta. Wystarczy wspomnieć wujka Witka, który co roku odgrażał się, że dla zdrowotności zacznie chodzić do pracy piechotą. W pewną Wielką Sobotę łaskawy los postanowił mu pomóc, ustawiając patrol na trasie Borkowo-Kokoszki, którą to wujek Witek wracał właśnie swym tarpanem do domu z siatką węgorzy, linem i dwoma promilami.

„Piłeś? Nie dzwoń” – głosi fejsbukowe hasło i chwała Zuckerbergowi za propagowanie rozsądku. Jeśli bowiem nie pamiętamy, co robiliśmy z telefonem po jedenastu browarach, znamy przecież dobrze te sierpniowe augustowskie noce, gdy około trzeciej budzi nas komórka, a w niej odgłos gotujących się jajek, wyjaśnia: -A co ty se myślisz, że zapo…kh…miałam! Cztrnasty maja, to data magiczna i naj…kh…ważniesza, hepi bers dej… Gdzie? Na Mazu…? Oszaałaś? Przecież ja jestm w Spatifie, zamóiłam tatara i wódkh, muwjoes, bo się zaraz sylwester skończ.

Inna rzecz, że urodziny mamy w kwietniu, Nowy Rok jest w styczniu, a sierpień to miesiąc trzeźwości.

Z laptopem jest jeszcze gorzej. Bo dopóki możemy się wyprzeć, że do kogoś wydzwanialiśmy po nocach, a wszelkie pretensje abonenta wynikają z jego niespokojnych snów, dopóty słowo raz napisane w mailu, w komunikatorze, czy na portalu społecznościowym ma tę złośliwą właściwość, że w owym mailu, komunikatorze, na portalu społecznościowym pozostaje na wieki wieków amen. Mało tego – może być powielane, linkowane i rozsylane po całym świecie do końca naszych sromotnych dni. Stwierdzono przypadki, gdy trafiło ono do naszego pracodawcy, dziekana, męża lub rodzica. Nic przyjemnego.

Mając to na uwadze, pamiętajmy zasadę: im weselej, tym dalej od komputera. W przeciwnym wypadku może się zdarzyć, że na niewinnego maila z zapytaniem:

– Elo, wiesz może jak wysłać sms-a z Internetu?

Ku naszemu porannemu zdumieniu, odpowiemy:

– Nigdy, przenigdy nie pisz, że ona jest jakaś druga! Ani druga Grochola, ani druga Masłowska, ani choćby nawet, kurde, jakaś Elfriede Jelinek! Nie jest podobna ani do Kasi Tusk ani do Pakosińskiej. Wybij to sobie z głowy. Ona jest jedyna w swoim rodzaju. A jeśli masz inne zdanie, to lepiej nie wysyłaj nigdzie żadnych sms-ów!

25.09.2011 Blog Forum Gdańsk 2011 c.d.

Zbliża się finał konkursu Blog Forum Gdańsk. O ile w ogóle mam prawo cokolwiek oceniać, podejmę próbę analizy blogosfery, czyli tego, co w necie krąży i jaki ma ciężar gatunkowy.

Świat wirtualny opanowały dzienniki internetowe i nie ma się co dziwować. Wszak ludzie zawsze mieli coś do powiedzenia. Niestety, nie zawsze mogli sobie pozwolić na wygłaszanie poglądów wszem i wobec, istniało bowiem prawdopodobieństwo, że (w zależności od panującego ustroju) mogli:

  1. Dostać odmowę z wydawnictwa
  2. Dostać wezwanie na komisariat
  3. Dostać bilet na wczasy w północnej części Związku Radzieckiego.

Teraz jednak nastała złota era demokracji, każdy może sobie publikować, co mu zaświta i tak oto mamy na świecie czterdzieści miliardów blogów.

Próbując znaleźć odpowiedź na pytanie: skąd, po co i dlaczego jest tyle blogów, przyznam, trochę żałuję, że czasy się zmieniły. Mógłby zostać chociaż punkt nr 3. Tylko w przypadku blogów modowych… Nie? Hm…

A propos mody, ostatnio w sieci zapanowała na blogi prześmiewcze o sporym natężeniu słów, za które musiałam beknąć w pracy z powodu pewnego donosu. Autorzy takich blogów traktują świat z perspektywy mocno popapranych frików, a popularność ich dzieł jest zwykle zależna od stopnia zaawansowania tak zwanego „zajoba”.

Komentarze czytelników tych blogów zwykle ograniczają się do tekstów typu: „jesteście boscy”, „kocham was”, „właśnie zsikałam się w majtki”. Odważniejsi próbują naśladować autorów i wskakują w podobną frazę, odsłaniając mniej lub bardziej oryginalnego pierdolca. Ważne, by pisząc takiego bloga nigdy nie okazać normalności, normalność jest wielkim obciachem, samobójczą śmiercią blogera.

Wracając do blogów modowych. Są tacy, którzy marzą o wielkim świecie. Chcą występować na czerwonym dywanie i puszyć się wśród jupiterów w gronostajach. Rozumiem. Ale pamiętajmy, że chodnik w przedpokoju z pogryzionymi przez Fafika frędzlami, to nie jest PRAWIE czerwony dywan. A sztuczny królik z plastikową złączką, prócz perspektywy nieodżałowanej podróży (patrz: punkt nr 3), nie ma nic wspólnego z syberyjskim lisem.

Jeśli więc nie posiadają Państwo dobrego fotografa ani bladego pojęcia o stylu – radzę kupić wędkę. Istnieje szansa, że mniej wkurzającym okaże się blog wędkarski niż kolejna darmowa reklama firmy H&M, która i bez tego sobie całkiem nieźle radzi.

Blogi lajfstajlowe. (Nie mogę uwierzyć, że napisałam to słowo.) A więc poradnik o tym, jak żyć, co myśleć, gdzie chadzać. Być singlem czy rodzicem, żoną czy mężem, artystą czy artystą? Ważne jest używanie w treści słów zagranicznych, a więc to słowo, które już napisałam, w co nie mogę uwierzyć i jeszcze takie różne, jak na przykład: masthew, enyłej, hejt, lajk.

Jeśli bloga pisze kobieta, to pisze często o dziecku, podczas gdy dzieckiem zajmuje się ojciec na zmianę z kotem i nianią, ale i tak nikt w domu nigdy nie zasypia, bo dziecko to jest apokalipsa, ósmy cud świata w połączeniu z jego końcem. Gotowanie z kolei jest surowo wzbronione, z gotowaniem współczesna blogerka absolutnie sobie nie radzi, a o kolejnych wpadkach kulinarnych informuje czytelników na bieżąco, co jest dosyć mocno trendy, a nawet kawai.

Kuchnią parają się raczej autorzy blogów kulinarnych i ja się na tym bardzo dobrze znam, bo choć zamieściłam tylko jeden przepis (na piernik kętrzyński), obserwuję od tej pory wzmożoną aktywność na wykresie statystyk, co świadczy o ogromnej popularności proponowanego wypieku.

Blogi o Gdańsku. Chodzi o to, że ta impreza to Blog Forum Gdańsk i jak sama nazwa wskazuje, cholernie ważne są tu blogi na temat tego miasta. Jeśli więc ktoś pisze bloga o Sątopach Samulewie, to generalnie wtopił. Nic jednak straconego, bo konkurs się jeszcze nie skończył, termin zgłaszania blogów upływa 28 września, można więc spokojnie przystąpić do stworzenia właśnie takiej formy.

Co tam jeszcze? Są przeróżne blogi, tych blogów jest ze czterdzieści, sam nie wiem co się w nich jeszcze mieści, są więc są blogi takie i owakie, są też blogi biznesowe, a nawet blogi z poezją. Na szczególną uwagę zasługują blogi polityczne. Jeśli jednak chcą Państwo zachować trzeźwość umysłu i nie rzucić któregoś dnia laptopem o ścianę – radzę ich nigdy w życiu nie odwiedzać.

Aha, zapomniałabym. Są, a raczej jest blog o seksie. Autorka tego bloga prowadzi również Najlepszego Bloga na Świecie*, ale to już inna historia.

Tak czy owak, zapraszam na imprezę do Centrum Hewelianum w Gdańsku, gdzie 15 i 16 października będzie można posłuchać, co właściwie mają do powiedzenia blogerzy z całego świata na tytułowym forum.

Ponadto coś mi mówi, że będzie piernik kętrzyński.

24.09.2011 Uważam rze wszystko jest złe

Na przykład feministki. Zakompleksione stare panny. Obłudne. Do tego brzydkie. W ogóle kobiety są z gruntu złe. Chyba że ładnie wyglądają, to jeszcze. Ale najgorsze są te wyzwolone. Chore z ambicji. I zajadłe. A najbardziej w walce… no, o co? O swoje prawa? O pokój na świecie? Bynajmniej. Odpowiedź jest tak samo nieskomplikowana, jak sam podmiot. O faceta.

A nie warto.

Bo faceci są zniewieściali. To pseudointeligenci bez honoru, którym odebrano władzę. Bezradni skupiają się na swoich zabawkach, byle nie popaść w stupor dezorientacji seksualnej. Zagubieni i niedostosowani do dorosłego życia. Wieczne dzieci.

Dzieci z kolei może nie są aż takie złe, pod warunkiem, że są nasze. I że jest ich dużo. I że są dobrze wychowane w jedynie słusznej religii. Kłopot w tym, że pośród duchowej pustki jest coraz więcej bezbożnych zasmarkańców burzących ustalony porządek. Wychowanych bez przyzwoitego pojęcia „twardej ręki” gówniarzy, którym głupota każe oglądać program The Voice of Poland na kanale drugim Telewizji Polskiej.

A Telewizja Polska należy do Żydów. I do Ruskich. I do szatana. Podobnie zresztą jak Gazeta Wyborcza. I PO. I wieże kontroli lotów.

Problem polega na tym, że wszyscy są zdrajcami. Wszyscy ludzie na całym świecie, a Palikot i Tusk najbardziej. Jeśli więc jesteś jednym z nich, nie zostawiaj mi tu lepiej żadnego komentarza, bo rozp…lę, k…, ch…, jeb…y w d…ę, mać.

Amen.

22.09.2011 Facet

Wczoraj byłam na spotkaniu z czytelniczkami, które, jak sama nazwa wskazuje, były kobietami, a kobietami były z założenia i z premedytacją, bo to miało być spotkanie kobiet. Tak więc kobiety w różnym wieku przybyły na spotkanie ze mną, by porozmawiać o mojej książce, o blogu, o Woodym Allenie i o zmianie koła w Punto.

Ostatni wątek powstał w warunkach dość dramatycznych, bo rano, gdy spieszyłam się do pracy. A byłam już spóźniona, gdy nagle się okazało, że spełnił się jeden z moich koszmarów, mianowicie złapałam gumę.

Długo wpatrywałam się w zalegający w bagażniku zestaw młodego mechanika samochodowego i tylko czasem przerywałam stupor, by zatopić wzrok w wyświetlaczu komórki.

Po głowie biegały mi myśli niczym głodne szczury i tylko jedna z nich zdominowała resztę na tyle, by wprowadzić ją w  życie. Zadzwoniłam do Mikołaja i przerywając mu instrukcję obsługi lewarka, wyrzuciłam w słuchawkę stek przekleństw. A potem znów zastygłam nad bagażnikiem.

Nie jestem facetem. Nie jestem nawet w ułamku procenta. Nie znam się na zmianie koła w Punto. Nie rozumiem tego. Nie wiem, co to jest lewarek. Jaki lewarek? Te śruby są zapiekłe. Koło brudne. Gdzie to przyłożyć? Która to jest strona: lewa?

Tak, rozwiązałam zagadkę Einsteina. Tak, radzę sobie z układanką „T”. Tak, skończyłam techniczne studia. Ale, kurde belans, to wszystko było łatwe.

I tak sobie wesoło rozmawiałyśmy, my kobiety na spotkaniu kobiet, gdy nagle jedna z nich coś sobie przypomniała, coś jej zazgrzytało, zmarszczyła więc czoło i wypaliła takie oto zdanie:

– Ale zaraz, zaraz… mój znajomy powiedział, że jesteś autorką, która rozumie mężczyzn!

Szanowni Państwo, skończyły się siupy. Taka opinia zobowiązuje. Taka opinia stawia mnie po jednej ze stron damsko-męskiej barykady. I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przytaknąć. Pewnie, że rozumiem! Rozumiem w stu procentach.

I właśnie dlatego z ulgą porzuciłam rozbabrane Punto i zawołałam Kazika. A Kazik z pasją popisał się umiejętnościami, przy których zagadka Einsteina jest zadaniem dla śliniącego się niemowlaka, a studia podyplomowe to żart.

20.09.2011 Kolor osobowości

– Ludzkość dzieli się na cztery grupy – powiedział po powrocie ze szkoły.

Spojrzałam na niego i pomyślałam z radością, że jednak można się w tej szkole czegoś nauczyć. O kwestionariuszu Hartmanna, dzięki któremu określa się naturę człowieka, słyszałam już dawno. Według tej teorii charaktery ludzkie są wypadkową czterech osobowości oznaczonych kolorami: czerwony, niebieski, zielony i żółty. Według wyników testu, żółty to właśnie mój kolor.

– Pierwsza grupa – zaczął wyjaśniać, a wszystko się zgadzało jak w zegarku. – Pierwsza grupa jest nieliczna. Stanowi ją nadęta jednostka, której się zdaje, że jest pępkiem świata. Wszystko wie najlepiej i resztę stawia pod ścianą. To Dyro.

– Czerwony – kwituję. – Charakter dowódcy.

– Druga grupa to „nołlajfy” – ciągnął. – Grupa kujonów, bez życia. Gry komputerowe, matematyka, rachunki. Ludzkie roboty. W przyszłości zostaną księgowymi, albo informatykami. Nie da się z nimi gadać. Dramat.

– Kolor niebieski – oceniłam bez zastanowienia. – Umysł ścisły, analityczny.

– Trzecia grupa: „dzieciokwiaty”. Wiecznie uśmiechnięci, rwą się do pomocy, dobrzy do bólu. Na głowie kwietny wianek. Niby fajni, ale…

– Zielony. Filantropia. Rozbudowana empatia.  Pewnie nie jedzą mięsa?

Potwierdził i gładko, z nutą dumy w głosie przeszedł do ostatniego, żółtego koloru:

– To są akurat ludzie normalni i ja do nich należę.

– A jak was nazywają? – spytałam, czując jednocześnie osobowościową solidarność.

-To jest słowo na literę „p”. Pe, i, er, de, o, el, ce, e.

19.09.2011 Śmierć, czyli tabu

Moja głowa jest pusta jak halołinowa dynia. Jedyne, co się po niej kolebie to zgodnie z analogią, śmierć. Jako że śmierć nie jest żadną materią, bliżej jej raczej do pustki – tłucze się po mojej głowie niczym wiatr po pustej komnacie.

Jeśli się człowiek budzi w studni jesiennego poranka, który raczej przypomina zmierzch – trudno opędzić się od mroku myśli ostatecznych.  Moje wstawanie z łóżka przypomina powolny ruch bezwładnej plazmy, zastygłej na skutek kamiennego snu i wbrew jakiejkolwiek logice nagle z niego wyrywanej.

Gdy dociera do mnie, że stan, który według mojej rozwagi jest mi najdoskonalej przypisany, ma nagle zmienić się w podejrzaną aktywność, w każdej części mojego jestestwa budzi się również protest. Jest to najprościej tłumacząc fizyczny ból, który natychmiast interpretuję ochoczo jako potworną chorobę i w żadnym wypadku nie mogę wstać.

Symptomy te jednak złośliwie ustępują wraz z upływem kurczących się minut i nagle okazuje się, że:

  1. Nic mi nie jest.
  2. Spóźniłam się do pracy.

Idę więc do tej pracy, w pokorze przyjmuję zarzuty i siadam do komputera. Chwilę później dzielę się swoim cierpieniem z całym światem, który zgodnie przyznaje mi rację: sen jest cudem, jawa – koszmarem.

I tu przychodzi mi do głowy pewna myśl, którą na swoje nieszczęście wypowiadam głośno:

– Skoro cała ludzkość jest tak pokłócona z czuwaniem, skąd ten słynny lęk przed śmiercią? Wszak nic innego, jak śmierć jest niekończącym się, niczym niezakłóconym stanem błogiego snu. Stanem wiecznego spokoju, bajecznej nieświadomości. Czy może być coś doskonalszego?

Cisza, jaka następuje po tej wypowiedzi każe mi przypuszczać, że nie będzie łatwo o jej poparcie. Oburzenie to potwierdza. Wreszcie lawina protestów rozwiewa wszelkie nadzieje. Padają argumenty niczym kamienie, twarde i bolesne. Że to nie to samo, że takich głupot to nie ten. Że nie wywołuj wilka z lasu. Że, kurde, bez przesady. Że nie rób sobie jaj. O takich sprawach się nie mówi. Nie wolno. Nie wypada. Temat nie istnieje.

Argumentacja powyższa ma swoje mocne strony, a najmocniejsza tkwi w przewadze liczebnej argumentujących. Przyjmuję więc potulnie ukamienowanie i piszczę w obronie:

-Żartowałam!

Żartowałam, proszę Państwa. Proszę o wybaczenie. Już nigdy nie wypowiem słowa o śmierci. O niej się faktycznie nie mówi. Ani się z niej nie żartuje. Można mówić o wszystkim, o seksie, o modzie, o odchudzaniu, o morderstwach, o kryminałach, przemocy, wojnach, o wszystkim. Ale nie o śmierci. Śmierć nie jest naturalna. Śmierci nie ma. Prawda jest taka, że nikt z nas nigdy nie umrze. Będziemy sobie spokojnie marudzić w nieskończoność, na wieki wieków zawsze niewyspani, nieśmiertelni ludzie dwudziestego pierwszego wieku.

16.09.2011 Samotność kołem się toczy

Rzuciły mnie wszystkie przyjaciółki. A jedna to nawet uciekła na Śląsk. I to wszystko w jednej straszliwej chwili.  Muszę przyznać, że miały powody. Jestem przeraźliwie zadufana w sobie, nieskromna, zapominalska i kapryśna jak dziecko. Zachowuję się głośno i nieprzyzwoicie. Nie dotrzymuję słowa. Obce mi są zasady savoir vivre. W dodatku nie umiem przepraszać.

I tak zostałam sama niczym Maciej Maleńczuk w piosence. Nie wiem tylko, w której, czy tej o dramacie samotności, czy o jej urokach? Tak czy siak, tylko Baśka mi została, ale ona mieszka daleko i nie ma czasu.

Gdy więc ciszę lodowatej obrazy przerwał post o treści: „no dobra, stęskniłam się za tobą, łobuzie”, poczułam, jak wali się w gruzy głaz z mojego serca. Wygrzebałam kartę kredytową, za resztki debetu kupiłam wino i lecę.

Przyjaciółka wita mnie serdecznie (wygląda na to, że mi wybaczyła) i mówi:

– Nic nie musisz opowiadać, wiem wszystko. Psa miałaś, chora byłaś, wideo upiekłaś, wiem, wiem, czytałam. Ale dzwoniła Baśka i pytała, czy to wszystko prawda i powiedziałam, że nie i ona strasznie się na ciebie obraziła…