29.08.2011 Melancholia, czyli Zakopane kontra Sopot

Wspomnienie Zakopanego leżało mi na żołądku jak kac po podłym winie, który postanowiłam zażegnać starą wypróbowaną metodą klina. Wylądowałam więc przy monopolowym na końcu ulicy Monte Cassino w Sopocie. Oprócz wymienionego, miałam ku temu jeszcze dwa powody. Po pierwsze: moja przyjaciółka postanowiła opuścić Trójmiasto i wyjechać na Śląsk.

Już mi się to w życiu zdarzyło. Byłam na pierwszym roku studiów. Po kilku miesiącach samotnego kolebania się po korytarzach uczelni i snucia marzeń o plaży, poznałam wreszcie Pawła S. Tak, tego od tubifeksów.

Stałam przy kranie w laboratorium sali zajęć z chemii analitycznej i myłam probówkę. Coś mi się miało w niej wytrącić i przyjąć kolor błękitu paryskiego. W innym przypadku zajęcia były niezaliczone, co lokowało mnie w tak zwanej dupie kosmicznej. Takich niewytrąconych błękitów paryskich miałam już na swoim koncie kilkanaście, a zbliżał się koniec pierwszego semestru. Gdy okazało się, że znalazłam sie jednak w tej dupie kosmicznej, podszedł do mnie Paweł S. Nachylił się nad probówką, która dzieliła z moją głową zgodną pustkę i zapytał:

– Ty, Sylwia, a ile masz zaliczonych zajęć z tej chemii?

– Jedno – odparłam, instynktownie szukając w jego wzroku zrozumienia.

– Lecisz jak strzała – stwierdził z uznaniem. I dodał: – Ja żadnego.

Od tamtej pory staliśmy się nierozłączni. Świat przybrał barwę błękitu paryskiego, a studia stały się nieustającą zabawą. Do naszej kompanii dołączali kolejni studenci i już myślałam, że przeżywam najpiękniejszy okres swojego życia, gdy któregoś wieczoru Paweł zapukał do moich drzwii, oznajmił, że wyjeżdża i wyjechał i nigdy już nie było tak jak przedtem. A teraz, gdy Tatiana postanowiła się wyprowadzić na Śląsk, poczułam to samo.

Drugi powód mojej obecności na Monte Cassino, to Melancholia, planeta śmierci. Tak, w tym wpisie dominuje barwa błękitna, niebieski smutek i tęsknota do spraw ostatecznych. Wielkie oczekiwanie na odgórne załatwienie skomplikowanych ziemskich spraw. Na kategoryczny wielki wybuch zmiatający z powierzchni Ziemi wszystkie puszki po piwie, wszystkie pampersy i zdechłe koty. Oczekiwanie na koniec wprowadzający absolutny, idealny ład.

Stojąc więc na Monciaku i patrząc na gwiazdy, pomyślałam z nadzieją, że gdyby ta rozpędzona planeta uderzyła w Zakopane, sprawy ułożyłyby się nad podziw gładko. I choć Tatiana przekonywała mnie, że wraz z Zakopanem mógły ucierpieć na przykład taki Śląsk (na co, nie odrywając oczu od gwiazd, wzruszyłam ramionami), a może nawet i Sopot (tu spojrzałam na nią nieufnie przez moment), wyjaśniłam, że nie ma innego rozwiązania, a jeśli ktoś musi przy okazji ucierpieć, trudno, przy wielkich projektach zawsze są jakieś ofiary. Po czym wróciłam tęsknym wzrokiem ku niebu, wywołując z niego swoją Melancholię.

W tym momencie, gdzieś między skrzyżowaniem naszych spojrzeń a sklepieniem niebieskim, kątem oka ujrzałam kosmiczny błysk. Czy jeden? Bynajmniej. Było to zgodne, miarowe pulsowanie wielu skupionych na horyzoncie istnień, intensywnie niebieskich świateł połączonych w jedno niepokojące ciało, wewnątrz którego żarzył się czerwony ogień. Ciało zbliżało się z przerażającą prędkością kosmiczną, a na dodatek jęło emitować ultradźwięki składające się na jednostajny intensywny jazgot.

Zapomniałam o Melancholii, zapomniałam o Zakopanem. Apokalipsa miasta mającego podzielić los Sodomy i Gomory znikła mi gdzieś w zakamarkach umysłu, pojawił się za to czysty lęk. Pojawiła się też ciekawość. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła, o czym miałam się za chwilę przekonać. Bo gdy pulsujące ciało zbliżyło się na umożliwiającą zidentyfikowanie odległość, okazało się że składa się ono z kuso odzianych, dźwigających na głowach migające królicze uszy uczestniczek wieczoru panieńskiego. Spośród nich wyróżniała się przyszła panna młoda, której głowę zdobiły rozżarzone czerwienią, diabelskie rogi.

4 comments

  1. Magdalena Izabella Sacha

    Ładny obrazek… Oczywiście, najpierw nieco uroczo sentymentalnie (tak, tak, masz rację – też wczoraj szukałam planety M.!), a na koniec – ha ha! – nadciągająca mała apokalipsa, która wieszczy ciekawe rozwinięcie tego wieczoru!

    • Sylwia Kubryńska

      Z pewnością było ciekawe, w to nie wątpię. Ja tymczasem uczepiłam się balkonu jak sierpniowy pająk i dyndałam rozmyślając, gdzie mój zeszyt mordercy…?

  2. Dominika..l

    OoO, to pewnie nawet sie gdzies minelysmy, tez widzialam kroliczki. Dodatkowo spotkalam stara, Wielka Milosc mojego zycia, a nowa Wielka Milosc niestety chyba nie do konca chce byc moja Wielka Miloscia.
    Tak wiec Ciebei pewnie nie zauwazylam, bo jedyne, co widzialam tego wieczoru to czubki wlasnych butow, gdy wloklam sie gdzies za kolezankami, ktore ciagnely mnie od klubu od klubu, podczas gdy moja dusza lezala w lozku. Cialo tez by tam najchetniej zostalo…

    • Sylwia Kubryńska

      Dominika, moja dusza tkwiła w kosmicznych przestworzach, percepcja zaś notowała przebieg wydarzeń, stąd wiem o króliczkach. Pozdr

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s