06.08.2011 What the day, what the day

Kiedy dostałam „Baduizm” w prezencie od Oli Jankowskiej, robiłam właśnie prawo jazdy. Długie godziny jeździłam po Trójmieście i słuchałam w kółko piosenek Erykah Badu. Im dłużej wsłuchiwałam się w tę muzykę, tym więcej w niej odkrywałam, za każdym razem wydawała mi się zupełnie inna, aż wreszcie doszłam do wniosku, że w ogóle nie znam tej płyty.

Nie przypuszczałam wtedy, że kiedykolwiek zobaczę na żywo osobę, która mi tak miesza w głowie. Wczoraj jednak wyskrobałam sto piętnaście, pomyślałam: „raz kozie…” i kupiłam najtańszy bilet dla klientów Biedronki, z miejscami gdzieś w podziemiu Ergo Areny.

Sprawy miały się tak. Przez czterdzieści minut pałętali się ochroniarze pilnując czy klienci Bierdonki nie zajmują miejsc VIP – om (bilet: dwieście sześćdziesiąt). Potem puścili Michaela Jacksona i pomyślałam, że właśnie przetrwoniłam resztę swojego honorarium za wielkiego jak kurwa mać kota na jakąś beznadziejną padakę, że Erykah Badu została na lotnisku w Kalifornii, czy nie daj Boże, gdzieś w Afryce, że ten samolot z muzykami zapomniał jej zabrać i teraz będziemy słuchać starych kawałków faceta (?), który dawno nie żyje.

Potem, kiedy wreszcie artystka weszła na scenę i zaczęła dość zajebiście śpiewać, sprawy się znów pokomplikowały. Klienci Biedronki zdecydowali się opuścić podziemie Ergo Areny, wejść na płytę i potańczyć. Organizatorzy koncertu mieli jednak zupełnie inne zdanie na temat sposobu słuchania muzyki, według organizatorów koncertu ludzie słuchający muzyki powinni siedzieć kamieniem w fotelach, w końcu nie po to kupili bilet, żeby skakać jak zapyziali, więc dupen platzen.

Ochroniarze rozgonili towarzystwo po kątach i znów było jak dziewięćdziesiątym siódmym, kiedy robiłam prawo jazdy i wystukiwałam rytm stopami: sprzęgło, gaz, hamulec, sprzęgło, gaz, hamulec. Ale teraz miałam po swojej stronie kilka tysięcy osób wystukujących stopami rytmy afroamerykańskie według mojego starego kodu.

Tak sobie grzecznie tuptaliśmy, gdy przyszedł czas na Appletree, kawałek, który zawsze urywał dupę, a tej nocy, zaśpiewany jakoś tak: ti ti ti pip ti ti pi…, urwał kompletnie, a raczej oderwał wszystkie dupy od siedzeń i zachęceni przez artystkę (co jest, bulszit, chodźcie tu do mnie!) ludzie ruszyli tłumnie pod scenę. Zbita w bezradne kupki ochrona legła pod deskami sceny. A kiedy tak tańcowałam z Erykah Badu, pożałowałam trochę przykutych do loży VIP-ów, którym nie wypadało opuścić miejsc za dwieście sześćdziesiąt, a którym cały widok zasłonili klienci Biedronki.

5 comments

  1. "przyjaciółka"

    hehehe….genialne! ciary przeszły ! szlag mnie tylko trafia ze nie dostałam propozycji towarzyszenia ;-]

  2. Sylwia Kubryńska

    wyszło tak spontanicznie, że nie zdążyłam, choć potem wspominałam tęsknie koncert niejakiej Cassandry Wilson…

  3. papryczka

    Rewelacyjna relacja w skrócie RR:) Obśmiałam się jak norka! Faktycznie uczestniczenie w misterium koncertowym w pozycji siad jest pomyłką (głównie organizatorską)
    Na Orange Warsav Festival niestety mieliśmy cudem zdobyte bilety na trybuny i niee! Na Mobym udało nam się wbić na płytę, ale na drugi dzień na Jamiroquai już niestety ochrona okazała się skuteczna i nawet nie próbowaliśmy. I siedzenie na Jamiro jest niemożliwe! Się nie da! Inaczej, ja nie mogłam usiedzieć, ale reszta gawiedzi i owszem, wychodziło im to bardzo dobrze. Niektórym nawet powieka nie drgnęła:) (relacja z wydarzenia w marcowym poście-zapraszam serdecznie na rewizytę)
    . A na Eryce byłam kilka lat temu na Openerze i było o tak cudownie, chociaż wolę jednak koncerty mniej stadne:) Pozdrawiam serdecznie.
    P.S Świetny ten blog! Czyta się Ciebie niemożliwe dobrze:)

    • Sylwia Kubryńska

      Dzięki, wdepnęłam, zobaczyłam i ja w sprawie Vibovit vs. Visolvit. Jako wnuczka dziadka aptekarza nie mogłam pojąć po kiego diabła robią ten pierwszy, skoro ten drugi jest o niebo lepszy i zmuszałam dziadka do przemytu Visolvitu na skalę hurtową, bo od małego lubiłam sobie dobrze wypić:D Teraz myślę, że Vibovit miał po prostu inny skład, pewnie więcej tych niedobrych witamin B, a mniej tej dobrej C, więc smakował słabo, ale za to odganiał komary:P

  4. Dominika L.

    VIPy zawsze raczej dretwe byly.
    Jedyny koncert, na jakim bylam w zyciu, to koncert Boba Dylana w Warszawie (ehh, szkoda, ze nie jest troche mlodszy… troche jakies 40 lat 😀 ). Uwielbiam jego piosenki (?) prawie na rowni z kawalkami Bonnie Tyler. I nie, nie mam 70 lat piszac te slowa 😛
    W kazdym razem warszawska przygoda z Bobem to bylo cos, czego nie zapomne do konca zycia. Tym bardziej, ze juz wczesniej chcialam jechac na koncert Dylana do Hamburga (blisko przeciez), ale moja mama uparla sie, ze matura jest wazniejsza (w dniu koncertu pisalam polski bodajze), czego do tej pory ja zrozumiec nie moge 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s