31.08.2011 Babskie lato, czyli o tym, że jesień jest kobietą

Po pierwsze umówiłam się z Marcinem i problem z poprzedniego wpisu przestał istnieć. Po drugie: mamy jesień. Właściwie tu panuje permanentna jesień, ale ja nie o tym. Ja chcę napisać o tej prawdziwej jesieni, tej legalnej wrześniowo październikowej, polskiej złotej, marzycielskiej jesieni dla zakochanych. O tej porze roku, gdy już piasek plaży nie uwiera spalonego słońcem ciała, gdy już nie zaciskają się spocone dłonie na kierownicy, gdy stopy przestają puchnąć, a rozdygotane od upału powietrze zastępuje powiew refleksyjnego chłodu.

Chcę wspomnieć o butach botkach, o pończochach, o płaszczykach, apaszkach i szalikach. O walizkach w kratkę jesienną szkocką. O szkockiej whisky. O czerwonym winie. O srebrnych łyżeczkach  na Mariackiej. O deszczu, chmurach i poziomym świetle. O pająkach krzyżakach i apokaliptycznej zagładzie rozhisteryzowanych much. O zapachu liści. O popołudniowym kinie Helikon. O mokrym bruku gdańskiej starówki. O ciut za długich chwilach milczenia. I wreszcie – o herbacie z zatopionym słońcem.

Czy jest coś piękniejszego od barw jesieni? Nachalna pstrokacizna letnich fatałaszków nie ma startu do wełnianej elegancji. Wystarczy wejść do pierwszego lepszego sklepu, gdzie sponiewierane tandetne i tanie niedobitki lata wiszą pod ścianą z napisem WYPRZEDAŻ, kryjąc się jakby ze wstydu przed królującą wytwornością jesiennych kolekcji. Spokój szlachetnych materiałów tworzy aurę dostojności.

Patrzę na spowite srebrem pajęczyn arystokratyczne akacje i przypominam sobie jak w majowym słońcu sterczały z ich pni przycięte kikuty ledwo porośnięte niecierpliwym listowiem. Dziś wyglądają zupełnie inaczej. Piękniej. Jesień to duma i spokój. Jesień to pomnik przemijania, fotografia nietrwałości. Bursztynowe zaklęcie – czasu w nieskończoność, rozdygotania w bezruch.

Jesienią  mam wrażliwość artysty i zauważam rzeczy, których zazwyczaj nie widzę. Nosferatu na uchwycie parasolki. Słonia indyjskiego w filiżance kawy.  Mapę Himalajów w szpinaku.

Jesienią zawsze się zakochuję. Oczywiście, w sobie.

30.08.2011 Aaa…informatyka z darmowym edytorem tekstu chętnie poznam

Pamiętają Państwo historię zakupu Macintosha? Zakończoną zakupem Acera z urwanym klawiszem? A więc Acer z urwanym klawiszem całkiem nieźle hulał. Do niedawna. Bo od jakiegoś czasu przestał nieźle hulać, a wszystko przez niejakiego Billa Gates’a.

Sprawy miały się tak. Niejaki Bill Gates wgrał do mojego Acera oprogramowanie niezbędne do hulania Acera z F8 (bo myślę, że wtedy jeszcze był ten klawisz). Niestety, oprogramowanie niepełne. Ściśle – oprogramowanie Windows bez niezbędnych programów typu, przykładowo Word. A jak się Państwo domyślają, taki program całkiem by mi się nawet przydał. Owszem, Bill Gates pokazał ludzką twarz i wrzucił do Acera jakieś próbne demo, które postanowiłam ogryźć do kości. Już mówię, w jaki sposób. Przy uruchamianiu programu pojawiał się komunikat, że program ten będzie działał jakieś 30 dni, a dni te będzie przeliczał notując liczbę jego uruchomień. To znaczy – za każdym razem, gdy otworzę program – licznik skróci mi czas jego użytkowania, by na koniec wskazać drogę do najbliższego Media Markt.

Do Media Markt mi się wcale nie spieszyło, więc wpadłam na genialny pomysł. Nigdy nie zamykać raz otwartego programu! I zaoszczędzić w ten sposób jakieś trzysta z hakiem! Które, jak sami Państwo dobrze wiedzą, można przeznaczyć na różne wesołe cele.

Mój chytry plan działał bez zarzutu. Już nawet zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem ta firma (Microsoft) w ogóle prosperuje? Ale wszystko się zmieniło w momencie, gdy komputer dopadł niemający bladego pojęcia o wojnie z Windows’em  – mój syn. Otwierając i zamykając beztrosko różne programy, wyeksploatował mi kredyt zaufania u Billa Gates’a.

Od kilku dni piszę Dzieło Mojego Życia w notatniku o nazwie Dokument tekstowy (txt). Takie coś z pulpitu. Działa, ale nie potkreśla błenduf. Także: sorry.

29.08.2011 Melancholia, czyli Zakopane kontra Sopot

Wspomnienie Zakopanego leżało mi na żołądku jak kac po podłym winie, który postanowiłam zażegnać starą wypróbowaną metodą klina. Wylądowałam więc przy monopolowym na końcu ulicy Monte Cassino w Sopocie. Oprócz wymienionego, miałam ku temu jeszcze dwa powody. Po pierwsze: moja przyjaciółka postanowiła opuścić Trójmiasto i wyjechać na Śląsk.

Już mi się to w życiu zdarzyło. Byłam na pierwszym roku studiów. Po kilku miesiącach samotnego kolebania się po korytarzach uczelni i snucia marzeń o plaży, poznałam wreszcie Pawła S. Tak, tego od tubifeksów.

Stałam przy kranie w laboratorium sali zajęć z chemii analitycznej i myłam probówkę. Coś mi się miało w niej wytrącić i przyjąć kolor błękitu paryskiego. W innym przypadku zajęcia były niezaliczone, co lokowało mnie w tak zwanej dupie kosmicznej. Takich niewytrąconych błękitów paryskich miałam już na swoim koncie kilkanaście, a zbliżał się koniec pierwszego semestru. Gdy okazało się, że znalazłam sie jednak w tej dupie kosmicznej, podszedł do mnie Paweł S. Nachylił się nad probówką, która dzieliła z moją głową zgodną pustkę i zapytał:

– Ty, Sylwia, a ile masz zaliczonych zajęć z tej chemii?

– Jedno – odparłam, instynktownie szukając w jego wzroku zrozumienia.

– Lecisz jak strzała – stwierdził z uznaniem. I dodał: – Ja żadnego.

Od tamtej pory staliśmy się nierozłączni. Świat przybrał barwę błękitu paryskiego, a studia stały się nieustającą zabawą. Do naszej kompanii dołączali kolejni studenci i już myślałam, że przeżywam najpiękniejszy okres swojego życia, gdy któregoś wieczoru Paweł zapukał do moich drzwii, oznajmił, że wyjeżdża i wyjechał i nigdy już nie było tak jak przedtem. A teraz, gdy Tatiana postanowiła się wyprowadzić na Śląsk, poczułam to samo.

Drugi powód mojej obecności na Monte Cassino, to Melancholia, planeta śmierci. Tak, w tym wpisie dominuje barwa błękitna, niebieski smutek i tęsknota do spraw ostatecznych. Wielkie oczekiwanie na odgórne załatwienie skomplikowanych ziemskich spraw. Na kategoryczny wielki wybuch zmiatający z powierzchni Ziemi wszystkie puszki po piwie, wszystkie pampersy i zdechłe koty. Oczekiwanie na koniec wprowadzający absolutny, idealny ład.

Stojąc więc na Monciaku i patrząc na gwiazdy, pomyślałam z nadzieją, że gdyby ta rozpędzona planeta uderzyła w Zakopane, sprawy ułożyłyby się nad podziw gładko. I choć Tatiana przekonywała mnie, że wraz z Zakopanem mógły ucierpieć na przykład taki Śląsk (na co, nie odrywając oczu od gwiazd, wzruszyłam ramionami), a może nawet i Sopot (tu spojrzałam na nią nieufnie przez moment), wyjaśniłam, że nie ma innego rozwiązania, a jeśli ktoś musi przy okazji ucierpieć, trudno, przy wielkich projektach zawsze są jakieś ofiary. Po czym wróciłam tęsknym wzrokiem ku niebu, wywołując z niego swoją Melancholię.

W tym momencie, gdzieś między skrzyżowaniem naszych spojrzeń a sklepieniem niebieskim, kątem oka ujrzałam kosmiczny błysk. Czy jeden? Bynajmniej. Było to zgodne, miarowe pulsowanie wielu skupionych na horyzoncie istnień, intensywnie niebieskich świateł połączonych w jedno niepokojące ciało, wewnątrz którego żarzył się czerwony ogień. Ciało zbliżało się z przerażającą prędkością kosmiczną, a na dodatek jęło emitować ultradźwięki składające się na jednostajny intensywny jazgot.

Zapomniałam o Melancholii, zapomniałam o Zakopanem. Apokalipsa miasta mającego podzielić los Sodomy i Gomory znikła mi gdzieś w zakamarkach umysłu, pojawił się za to czysty lęk. Pojawiła się też ciekawość. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła, o czym miałam się za chwilę przekonać. Bo gdy pulsujące ciało zbliżyło się na umożliwiającą zidentyfikowanie odległość, okazało się że składa się ono z kuso odzianych, dźwigających na głowach migające królicze uszy uczestniczek wieczoru panieńskiego. Spośród nich wyróżniała się przyszła panna młoda, której głowę zdobiły rozżarzone czerwienią, diabelskie rogi.

23.08.2011 Zakopane zdechłe koty

Po raz pierwszy to poczułam mając kilkanaście lat, gdy z licealną klasą wybrałam sie na Kopę Kondracką.  W kusej koszulce, bez czapki i rozsądku zostałam wysmagana lodowatym halnym i pojęłam, że moje odwieczne pragnienie
wrażeń ma szanse być wreszcie zaspokojone. Po czym – bez namysłu ruszyłam w kierunku Szpiglasowego Wierchu.

Kilka lat później, gdy patrzyłam ponuro z Zawratu na Orlą Perć i potem, wisząc na klamrach Świnicy, wykombinowałam, o co w tym wszystkim chodzi. Ukułam sobie swoją własną młodopolską maksymę i trzymając się jej kurczowo, układałam kolejne trasy górskich podbojów.

Do dziś w nią wierzyłam. Do dziś wierzyłam, że w górach panuje majestatyczna cisza, pustkowie i kosmiczny klimat pozbawiony śladów ludzkości. Że tam, wysoko, nie ma miejsca na pierdoły, pampersy, podpaski,  Radio Zet i dzwonki z komórki. Bo tam po prostu nie ma nikogo. Tylko ja i czysta, wyekstrahowana z plątaniny wszystkich innych – ta jedna myśl. A raczej dwie. A raczej trzy:
1. Wejść
2. Zejść
3. Nie spaść.

 A jeśli już mijałam kogoś na szlaku, to był to mój brat, moja siostra, krew z krwi,
kość z kości, drugi taki sam jak ja kosmita z głową w chmurach i trzema myślami w niej.

Znów jestem w Tatrach. I po kilku dniach widzę, że wszystko się zmieniło.
Moja potrzeba zaspokojenia wrażeń została poddana gruntownej analizie i okazało się, że moje trzy czyste myśli wieją katastrofalną nudą.

Prawda jest taka, że każdy, dosłownie każdy może sobie wejść na szczyt. A wchodząć może, a nawet powinien zadbać o pewne rozrywki, bo jak się okazuje – sama wspinaczka nie wystarczy.

A więć wdrapując się na przykładowy Giewont koniecznie powinniśmy zabrać ze sobą kilka puszek piwa, a opróżniając je nie zapomnieć o porzucaniu ich na trasie. Picie gwartantuje nam wesołość i redukuje lęk wysokości,
kolorowe puszki zaś urozmaicają krajobraz i wprowadzają w rubaszny nastrój kolejnych „taterników”, którzy na ich widok radośnie bekają:
– Ty, e, zoba, nasi tu byli!

Efekt spożywania piwa (w postaci ostrego zapachu uryny) jest wyczuwalny właściwie w całym Tatrzańskim Parku Narodowym, na szczycie Giewontu także.

Podczas podróży ważny jest także telefon komórkowy. Nie chodzi tu oczywiście o względy bezpieczeństwa i kontakt z GOPR, bo o tym raczej nikt nie myśli. Istotne są dwie sprawy. Pierwsza to zdjęcie wykonane komórką i niezwłoczne przesłanie go ememesem na fejsa. Druga rzecz – melodyjki. Bez melodyjek w górach jest zdecydowanie za cicho.

Jest grupa „taterników”, którzy są już rodzicami. W dzisiejszych czasach to żaden problem. Bierzemy dzieciaka na plecy i do góry. Kilka pampersów na zmianę. Na szlakach jest już sporo zużytych, kto by tam je dźwigał.

Wiem już skąd nazwa: Zakopane. Trudno cokolwiek zobaczyć spod hałdy reklam, szyldów (wolne pokoje), śmieci i tandety. Mekka dla artystów? Oni już nie żyją. Leżą na starym cmentarzu, przy którym stoi Cricoland. Ryk z głośników przy kolorowym młocie zagłuszy każdą refleksję.

 Uciekam z tego najsłynniejszego turystycznego miasta w Polsce. Przy drodze w centrum potykam się o kota, którego zabił prawdopodobnie pędzący kierowca. Wszyscy tu jadą z nieprzepisową prędkością, policji nie widać.
Nikt nie zamierza odstraszać turystów, w końcu oni są tu najważniejsi.

Przyglądam się zdechłemu kotu, wygląda na to, że leży tu co najmniej tydzień.
Nikt go nie sprzątnie. Nikomu się to nie opłaca.

18.08.2011 TVP2, 9:45

Piszę do Państwa tym razem z zupełnie innego miejsca, a właściwie z wielu miejsc. Podróżuję pociągiem i jest to, jak się okazuje – wielkie szczęście. Bo akurat dziś, kiedy muszę jechać do Warszawy, zastrajkowała jakaś spółka pociągowa.

Ja w ogóle mam wielkie szczęście. Gdy leciałam samolotem ze Sztuttgartu do Krakowa, natychmiast rozpętał się strajk. Ktoś postawił dźwig na lotnisku, a jak powszechnie wiadomo, samoloty nie mają w zwyczaju lądować w towarzystwie maszyn budowlanych i nagle moja podróż stała się wielką przygodą. Wszystko się jednak dobrze skończyło, zabrali dźwig i nie zginęłam w katastrofie. Teraz też szczęśliwie podróżuję, szczęśliwie podróżuje także królik Pipi, żywe tamagotchi eterycznej pasażerki z naprzeciwka i spocony roznosiciel kawy, który jednak postanowił że wysiada.

Do Warszawy jadę w paru sprawach, a żadna z nich nie ma nic wspólnego z Dawidem Joszką. Tak mnie to deprymuje, że nie umiem odnaleźć się w tej podróży i, prawdę mówiąc, jestem cała głupia. Zwykle moja wizyta w stolicy zaczynała się od arabskiej baklavy. Potem, stukając nieznośnie po warszawskim bruku kółkami taniej walizki, odgrażałam się, że przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy wysiądę z pociągu z całkiem inną, elegancką, cichą walizką na silikonowych kółkach.

Dziś jest ten dzień. Nikt jednak nie przywita mnie baklavą i nikt nie będzie ciągnął moich bagaży po Marszałkowskiej. Jedna z największych tajemnic w moim życiu przepadła jak skrzynia z rodzinnym skarbem Mikołaja. Dawid z powodu tej tajemnicy odebrał sobie życie, a ja zostałam sama na peronie. Bez arabskich ciastek, bez konwalii, bez absyntu, bez owoców morza, bez piwa w studenckiej knajpie, bez rozmów o Kunderze, bez konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Jadę do pustego miasta, gdzie to wszystko, czego on mi życzył, ma mnie teraz spotkać. Nie spotka mnie jednak on sam, bo go nie ma. Z tysiąca przeczytanych wersów wyskrobał ten nieosiągalny dla mnie srebrny proszek i zjadł w najlepsze. A całą resztę świata mi zostawił. Całą Warszawę do dyspozycji. Proszę bardzo: baklava? – kram w tunelu Dworca Centralnego, pięć złotych sztuka. Kwiaty? Kilka kroków dalej, u baby po lewej. Piwo – Pub Marcinek na Starówce.

Kiedyś pojawił się jak dżinn z butelki. Jakby usłyszał mój płacz, gdy kolejny raz jechałam przez Polskę z nadzieją, że znajdę kogoś, kto się pochyli nad tym moim pisaniem, a może nawet coś tam wyda drukiem? Jeździłam tak kilka razy, stukając o perony miast kółkami taniej walizki wypełnionej maszynopisem. Do Krakowa. Dwanaście godzin pociągiem, trzy dni na targach, wśród ludzi, których nic nie obchodziły moje teksty. Chodziłam tak od stoiska do stoiska niczym akwizytor z chińskimi budzikami, perfumami podróbkami, podróbkami tekstów, wypocinami, nieprzespanymi nocami. Potem Warszawa. Raz, dwa razy. Deszcz. Telefon: pani przyjedzie na spotkanie. Dwa dni się szykowałam, bluzkę kupiłam. Nikt nie przyszedł. I właśnie wtedy, gdy stałam na deszczu we łzach wściekłości, bezradna, zrezygnowana, przyszedł on. Kupił mi piwo i powiedział, że mam dalej pisać i o nic się nie martwić. Wszystko się ułoży.

Potem wydałam książkę, a on zniknął. Zrobił swoje i odleciał do nieba. Może pomyślał, że umiem już sama sobie kupić baklavę? Niesłusznie. Chodzę po tym cholernym dworcu i nigdzie jej nie ma.

———————————————————————————————-

Jeśli ktoś z Państwa nie będzie miał jutro rano nic do roboty, niech włączy telewizor. I wciśnie program drugi. Będę tam przez parę minut. Właśnie po to przyjechałam do Warszawy.

12.08.2011 Jak NIE zostać milionerem będąc na drodze do bogactwa

Na czym to ja skończyłam? Na ruskim złocie i brylantach?

A więc zabrałam złoty pierścionek mojej matki i pod ochroną nocy uciekłam do Gdańska. A gdy się okazało, że w tym mieście nie da się wyżyć z pierścionka, zaczęłam rozglądać się za żyłą alternatywnego złota.

I tak trafiłam do Urzędu Pracy po zasiłek dla bezrobotnych.

Stojąc w ogromnej kolejce do rejestracji dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład, że praca nie zając.  Że robota to głupota. I, czy się stoi czy się leży – zasiłek się, kurde bele, należy. Ugruntowałam się także w przekonaniu o słuszności matczynych słów: „jak dają to bierz”. W końcu opuściłam ogonek rezygnując jednocześnie z apanaży potocznie zwanych kuroniówką.

Nie, nie. Nie postanowiłam umrzeć z głodu. Przeciwnie. Postanowiłam stać się przeraźliwie bogata. Postanowiłam zgarnąć grubą kasę. Bo gruba kasa leżała i płakała, żeby ją brać. A jak dają, to bierz – powtarzam do znudzenia.

Wypełniłam formularz, napisałam biznesplan i któregoś listopadowego dnia wprawiłam w osłupienie mój bank, na którego rachunek wpłynęło dwanaście tysięcy złotych polskich.

Natychmiast nauczyłam się komputerowych programów graficznych i zaopatrzyłam się w urządzenie zwane ploter Mutoh, by niczym galernik przywrzeć do niego na jakieś dziesięć lat. Okazało się bowiem wkrótce, że jest ogromny popyt na literki z folii samoprzylepnej i, że te dwanaście tysięcy ofiarowane z Urzędu Pracy mogę z powodzeniem Urzędowi Pracy zwrócić nawet nie zauważywszy.

Szybko zaczęłam wycinać literki dla dwóch największych firm w Polsce i kilku mniejszych i byłoby bardzo miło, gdybym nie czuła się jak galernik przykuty do plotera Mutoh i gdybym nie chciała ostatecznie robić w życiu czegoś zupełnie innego niż wycinanie literek, mianowicie: pisać literki.

Codziennie wracałam późnym wieczorem z pracy i, znajdując na swoim ciele te małe znaki, układałam z nich fabułę nienapisanej powieści pod tytułem: „Jak NIE zostać milionerem będąc na najlepszej drodze do bogactwa”.

Wreszcie losy zaczęły się krzyżować, splatać, pogarszać stan zmęczonego karierą wycinacza i pełnego niespełnionych pragnień umysłu, który pewnego dnia postanowił odpalić rakietę samozniszczenia i katapultował mnie do szpitala z zapaleniem opon mózgowych.

Na oddziale neurologii leżąc, w malignie zrozumiałam, że wcale nie jestem galernikiem, jestem raczej kniaziówną z ruskim pierścionkiem i jeśli tylko uda mi się wydobyć z objęć śmierci – wszystko się w moim życiu zmieni.

Niedługo potem przestałam być bogatym wycinaczem literek, by stać się biednym pisarzem, a dwie największe firmy w Polsce (i kilka mniejszych) musiały poszukać sobie innego galernika plotera Mutoh. Choć doszły mnie słuchy, że to już przeżytek.