12.07.2011 Opowieść Noemi Susenbach

Czy kiedyś mi się skończą tematy? Niemożliwe. Nawet gdybym się schowała w komórce na węgiel, tematy będą wślizgiwać się przez dziurkę od klucza do komórki na węgiel.

Siedzę w pracy, piszę artykuł i myślę o dwudziestym siódmym lipca, a dlatego myślę o dwudziestym siódmym lipca, bo dwudziestego siódmego lipca jest dzień wypłaty i jeśli dożyję do dwudziestego siódmego lipca, to żyć będę.  Tak sobie myślę i piszę artykuł o Mozarcie, gdy nagle dzwoni telefon.  Jakiś facet. Powód? Widział mnie w gazecie.

Nie dziwi mnie to wcale, często dzwonią do mnie ludzie, którzy mnie zobaczyli w gazecie lub coś mojego przeczytali i chcą się wypowiedzieć. To mnie zresztą cieszy ogromnie, znaczy bowiem, że jakoś tam rysuję się na tle migotliwego świata i cudem, ale jednak można zauważyć/usłyszeć/przeczytać, co mam do powiedzenia.

No więc facet mówi, że mnie widział w gazecie, że jestem podobna do kolegi z młodości i jeszcze to samo nazwisko. Pewnie rodzina. On musi mnie poznać. Czy może wpaść do redakcji? Dobra, niechże wpadnie i wpadł. Starszy pan, miły. Był na uniwersytecie, na konferencji i przyniósł mi opracowania z wykładów, bardzo fajne. Cieszę się, bo widzę koleżankę wśród prelegentów i w ogóle widzę, że fajne mi pan rzeczy przyniósł, pan taki miły i jestem wzruszona.

A on na to, że długo już żyje, z niejednego pieca, mądrość starszyzny, czym skorupka i niedaleko pada jabłko. Wysłuchawszy skróconej historii życia mówię: hm, trudno i darmo, jak z rana tak do wieczora i pierwsza jaskółka. On na to, że jak wejdziesz między wrony. I tu porzucamy slogany, dyskusja się polaryzuje, a pod kryptonimem: „wrona” czai się nagle Kaszub. Ściśle Od Zawsze Kaszeba.

– I jak pani sobie z nimi radzi, hę? Ciężko, co?

No różnie bywa, w końcu człowiek z donosami się jeszcze nie otrzaskał, ale ja nie generalizuje, zresztą pomyśl pan, na zdrowy rozum: jak ktoś się tak podpisuje, to pewnie wcale Kaszubem nie jest, taka prawda. Taka reguła. Jeśli ktoś mówi: jestem uczciwy, to ja go z miejsca podejrzewam. Mówi: jestem łagodny – uciekam w te pędy. Proste.

Pan wówczas, że racja, generalizować nie wolno. I że on też nie generalizuje. No, może z jednym wyjątkiem. Jedynym. Niewielkim.

– Bo Żydów to ja nie lubię.

Minuta ciszy. Sześćdziesiąt sekund milczenia, szelestu marynarki, trzasku sztywniejących stawów. Trochę niewygodne, ale stanowcze, a nawet w tej stanowczości uroczyste pożegnanie pogawędki.

Nagle, w mroku tego milczenia, między mną a starszym panem pojawia się Imre Kertész. Siada po cichu w pluszowym fotelu, zamawia kawę i milczy. Tak sobie teraz wszyscy milczymy, taki sobie kadisz nad przyjemną pogawędką w duchu zmawiamy, gdy jak świergolenie wróbli – dochodzą nas rozmowy przechodniów. Dwie młode dziewczyny przechodzą pod oknami i kłócą się, która z kim by ewentualnie mogła. A z kim na pewno nie. Bo na pewno nie z Arabem. Ani z Murzynem. Ani z Chińczykiem. Ani z jakimś brudnym, tym…

– Żydóweczki, owszem… – odzywa się pan, płosząc świergot przechodniów. – Poznałem kiedyś kilka. Wspaniałe do kochania…

– Nazwisko mam po mężu – przerywam. – Nic mnie z pana kolegą nie łączy.

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s