06.07.2011 Home, sweet home

Byłam przekonana, że z powodu braku mojej aktywności  już zamknęli mi bloga i pies z kulawą nogą nie wchodzi na ten adres. Zaglądam, patrzę i co widzę? Nie dość że bloga nie zamknęli, to jeszcze w statystykach – tłumy. Zdaję sobie sprawę, że internauci wchodzą tu przez pomyłkę i widząc paraliżującą stagnację, uciekają w try miga, ale jednak zawsze to coś. 

Szanowni, wchodzący tu przez pomyłkę, Państwo! Przez Niemcy, Austrię, Słowację, (odwrotnie), przez łąki i pola dotarłam wreszcie do kraju, gdzie w lipcu panuje temperatura październikowa, a w październiku to już w ogóle. Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba wlepiają dzieci w tapicerkę kuszetki. Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony z daleka już znajome słyszę i znam dobrze i Państwo też dobrze znają, więc  pisać chyba nie muszę, bo i tak podobno za dużo przeklinam.

Budzę się więc w wagonie sypialnym koło Iławy i czuję, że nie mogę mówić. W moim gardle zagościły wszystkie szczepy bakteryjne świata, krzyżówki odmian południowo-północnych, zmutowane kolonie eczericho-strepto-miazgo-koków, a mięśnie toczy wściekły wirus Heinego-Medina.

Facet z dolnego łóżka w niczym nie przypomina trenera aerobiku z włoskiej plaży, choć namiętnie czyta Przegląd Sportowy. W dodatku pali jednego za drugim, co wywołuje u mnie odruch wymiotny. Kolejowej toalety opisywać nie będę, bo nadal mam wspomniany odruch, a szarpana gorączką nie zamierzam teraz wychodzić spod kołdry.

Jednym słowem: jestem w domu. I szczerze mówiąc, cieszę się jak gwizdek. Bo… wreszcie mam o czym pisać. Serio. Nic tak nie inspiruje, jak trudy polskiej codzienności.

Gdybym mieszkała w słonecznej Italii, wypaliłabym się pewnie w siedmiu felietonach o Berlusconim, a potem dryfując jak korek od lambrusco na falach Adriatyku, oddałabym się odwiecznej beztrosce, wiecznym bezmyśleniu odmierzanym jedynie kolejnymi piscina-party.

Całe szczęście znalazłam się na powrót w szarej polskiej rzeczywistości, jutro idę do pracy, mam trzydzieści dziewięć stopni, jest mi zimno i źle i spokojnie mogę dalej pisać.

Jupi.

6 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s