28.07.2011 Until the morning

To ci dopiero. Pra pra wujek Mikołaja zostawił po sobie skarb! Skarb jest ukryty. Podobno gdzieś w piwnicach domu wujka, na Kresach. Dom dawno niezamieszkały, ruina jakaś, piwnica. Babcia Mikołaja ma osiemdziesiąt dziewięć lat, ale rozum świeży. Wszystko pamięta dokładnie. Znała wujka. Ściśle stryjecznego pradziadka, czy jak mu tam.

Dobra, trzeba jechać do babci, wszystkiego się dowiedzieć. Jedziemy. Babcia patrzy poważnie, słucha, potakuje. W końcu odwraca się i znika gdzieś w szafie. Przewraca jakieś tajemnicze pudełka, wyciąga zdjęcia, opowiada rodzinne historie. Wujek podobno był bardzo elegancki, nosił melonik i uwielbiał rowery, jeździł namiętnie zabawnym penny-farthings. W końcu wyemigrował do Nowego Jorku, skąd miał przywieźć skarb. Jednak po powrocie z Ameryki powiedział rodzinie, że był kryzys, inflacja i cały majątek szlag trafił.

Prawda jest inna. Wujek ukrył skarb w skrzyni, a na łożu śmierci wyszeptał wówczas jeszcze młodej babci – tę tajemnicę. Wyraził też życzenie, by skarb trafił do babci wnuczka, którego oczywiście jeszcze na świecie nie było, ale któremu już wtedy nadał imię, a imię to brzmiało i brzmi do dziś: Mikołaj.

Podobno wujek miał kumpla w wojsku o tym imieniu. Kolega bardzo przyjemny, koleżeński, uczynny. Uwielbiał konie. Gdy któregoś dnia usłyszał, że dowódca psioczy na bogu ducha winne zwierzę, które podczas okrutnej wschodniej zimy z trudem poruszało się po oblodzonym dziedzińcu koszar, nie wytrzymał i dał mu w mordę. Dowódca bez namysłu oddał cios, co poskutkowało wstrząśnieniem mózgu kolegi stryjecznego pradziadka, aczkolwiek jego heroiczny czyn przekuł się w imię potomka z przyszłości.

W tym momencie swej opowieści babcia znalazła jakiś klucz, westchnęła głęboko, jakby jej było żal się z kluczem rozstawać, po czym oddała go Mikołajowi. Klucz był dziwny, w sumie przypominał kluczyk od mercedesa 124. Jakie jednak ma znaczenie jego wygląd, skoro czekała nas emocjonująca wycieczka na Kresy Wschodnie w poszukiwaniu rodzinnego skarbu?

Słuchajcie. Jesteśmy w opuszczonym domu, w jakieś zapadłej dziurze o nazwie Rakanciszki. Niezła jazda. Chałupa jak z bajki O rybaku i złotej rybce. Jak to się do tej pory utrzymało? Że nikt tego nie rozebrał, nie zaorał w odwieczną niepamięć? Cóż, nie traćmy czasu na dywagacje, szukajmy piwnicy. W spróchniałej podłodze widać jakąś zapadkę, Mikołaj szarpie deski, wyrywa bez trudu. Są schody!

Bierzemy latarki, wchodzimy i co widzimy? Piękny loch, niczym zamkowy, z ceglanym sklepieniem. Nie mogę pojąć, po jakiego diabła ktoś wybudował takie podziemie pod lichą chałupinę wiejską? I jakim cudem piwnica – w jaskrawym przeciwieństwie do zewnętrznych zabudowań – jest tak świetnie utrzymana? Wygląda jakby od wieków ktoś ją regularnie sprzątał, odgarniał pajęczyny, suszył po powodziach, a na ścianach wieszał… obrazy. Tak, ściany lochu zdobią ryciny, fotografie, portrety. A wszystkie przedstawiają jedną i tę samą postać. Mężczyznę w meloniku na śmiesznym rowerze z wielki przednim kołem i tylnym malutkim…

Jest skrzynia!

Wielka, mosiężna, ze zdobnymi okuciami. Cała nadżarta rdzawym zębem minionego wieku.

Serce mi tłucze z podniecenia. Mikołaj drżącą ręką sięga do kieszeni po kluczyk od mercedesa, celuje nim w otwór kłódki, cholera, jak mu się ręce trzęsą, zaraz upuści, zgubi, zaraz nasz skarb, nasza tajemnica przepadnie zatrzaśnięta w skrzyni na wieki! Ale nie, kluczyk z zadziwiającą łatwością przekręca się w zamku, kłódka odskakuje. Mikołaj zdejmuje kłódkę z zardzewiałych mocowań. Chwytamy wieko, unosimy je z trudem. Piekielnie to ciężkie, dawaj, dawaj, dobra, idzie! Już między wiekiem a kufrem powstaje szczelina, już zaraz, już…

Bywa, że złośliwość rzeczy martwych niepojętym sposobem skorelowana jest z naszą podświadomością. Tak też się stało w tej przeklętej chwili, gdy zadzwonił budzik i tym samym zabrał tajemnicę rodziny Mikołaja na zawsze.

Zerwałam się z pasją z łóżka, chwyciłam telefon i dzwonię.

– Mikołaj? Słuchaj, wiesz, co mi się śniło!

Zaspany głos w słuchawce rzuca nieprzyjazne i krótkie: „NIE!”, po czym dodaje: – I nic mnie to nie obchodzi.

Jako to: nie obchodzi?  Przecież to bardzo ciekawe, niech on tylko posłucha! A ten, że jest u diabła świt, że on z całą pewnością chce tylko i wyłącznie spać, bynajmniej nie wysłuchiwać historii wytworzonych przez mój chory umysł. Słowem, mam mu dać święty spokój, dobranoc.

To są, proszę Państwa, szczyty. Ja tu chcę opowiedzieć o tajemnicy JEGO rodzinny, o skarbie, o zapierającej dech w piersiach historii JEGO babci, JEGO stryja ciotecznego ze strony prababki (czy jak mu tam), a on chce spać? Czy ja śnię? Tego już za wiele. Wczoraj spóźnił się na spotkanie autorskie. Okulary mi połamał. Dzbanek potłukł. I nie chce w dodatku wysłuchać snu?!

Ok., ja to wszystko godnie znoszę. Po cichu. Cierpliwie. Ale do czasu. Bo teraz właśnie przesadził. Miarka się przebrała. KONIEC.

I już, już chcę rzucić słuchawką, gdy ona niespodziewanie dzwoni. Wciąż nierozłączona z tym zaspanym, niewdzięcznym ignorantem, zaczyna mi wydzwaniać charakterystyczne trele, które skądś znam, które są przypasowane do czegoś, zaraz, zaraz, co to jest za dźwięk?

Thievery Corporation, Until the Morning. Dźwięk mojego budzika.


26.07.2011 Wtorek

Cokolwiek by się nie wydarzyło, jedno jest pewne. Po wyjściu z okopu, za rogiem, na przypadkowo ocalałym stoliku można znaleźć szarlotkę na ciepło z gałką lodów waniliowych plus bita śmietana plus cynamon plus listek mięty minus wczorajsza trauma. Bilans jest dodatni, ponieważ minusy też bywają dodatnie, zwłaszcza gdy się takie bałabuchy spotyka.

Poniedziałek jest po to, żeby go nienawidzić, wtorek – żeby o poniedziałku zapomnieć. I niech mi nikt nie przypomina, że nie jadam słodyczy.  Nie jadam byle jakich. A ciacho, które dziś spotkałam, było wyjątkowe.

25.07.2011 Poniedziałek

Szanowni Państwo, jest siedemnasta, a więc właśnie wróciłam sobie z frontu. Tym razem zwykłe działania wojenne były utrudnione przymusowym przemieszczaniem się jednostek bojowych. Ostatecznie skończyło się czymś w rodzaju bombardowania Drezna, czyli Rzeźnią Numer Pięć.

Nie pamiętam, jaki numer ma niepokój, w którym wylądowałam, pamiętam tylko, że desantowi towarzyszył zaciekły jazgot walk lądowych obu linii natarcia.

Zanim nalot dywanowy nie położył towarzystwa w okopach, pofrunęły przez siedzibę Sztabu Generalnego odłamki amunicji, co rozjuszyło dowódcę. – Rozkaz to rozkaz – padły słowa, w wraz z nimi ostatnie, słabnące już partyzanckie odstrzały. Bunt został ostatecznie stłumiony dzięki pomocy łączniczek, a jeńcy trafili do obozu pracy.

Hej ho!

23.07.2011 Back to black

Kiedy wracałam dziś do domu, miotały mną sprzeczności, bo z jednej strony chciałam być na miejscu, ale też korciło mnie, by wsiąść w 126 i pojechać w świat. Świat, który wydał mi się nagle nieznośnie kolorowy. Jeśli istniało na nim coś doskonale czarnego, to był to właśnie jej głos. Amy Winehouse.

22.07.2011 Zaginął pies. Z kulawą nogą

Nic z tego nie rozumiem. Wszyscy umarli, czy co? A może ja nagle umarłam, tylko tego nie zauważyłam i dalej klepię w klawiaturę i zdaje mi się, że coś tworzę, a prawda jest taka, że nie tworzę nic, puste pliki wysyłam w czeluść Internetu, by potem latały jak obłoki, zjawy, których nie ma i w które wierzę tylko ja, której zresztą też już nie ma.

Ja tu sobie spokojnie myślę, że jestem, plączę się po świecie jak zagubiona dusza, ba, nawet snuję plany, ubieram kiecki, maluje oczy, a tak naprawdę… nie istnieję. A te moje zapiski to tylko nieme myśli, duchy nierzeczywiste. Dlatego nikt już ich nie komentuje, dlatego nikt już nie przychodzi do moich drzwi, nie zagląda, nie puka. Dlatego właśnie nie umiem zabić muchy, dlatego nie mogę skończyć Dzieła Mojego Życia.

Jestem przeźroczysta, niewidzialna, można mnie przestawiać z kąta w kąt jak zepsutą farelkę, której się wydaje, że grzeje, więc dmucha jak zwariowana, ale dmucha pustym powietrzem, zimnym, niepotrzebnym.

Teraz rozumiem tę senność, ten październik w środku lata. Nie rozumiem tylko jednego: jak zdołałam umrzeć i nawet tego nie zauważyłam? No i właściwie: czemu umarłam? Bo przecież miałam umrzeć z nudów. A nie pamiętam, żebym się ostatnio aż tak nudziła.

W kółko coś czytam lub piszę, więc może umarłam od tego czytania? Zabiła mnie literatura, jadowite wersy szatańskie niczym ogon skorpiona wbiły się w moje serce i wykopyrtnęłam znienacka nawet nie zauważywszy?

Zawsze myślałam, że śmierć to niebyt, a tu proszę, jestem, myślę, piszę, cholera, nawet jem i to niemało! Więc może to świat umarł jednak, a ja na nim zostałam jak rozbitek, Robinson Crusoe na swojej wyspie bezludnej i będę teraz do końca życia wysyłać listy w opróżnianych przeze mnie butelkach ku odmętom samotności.

Jeśli jednak jest gdzieś choć jedno istnienie (żywe), jakiś Piętaszek, który odbiera moje rozpaczliwe sygnały, wysyłane w bezkres błagania o skrawek życia – niech się odezwie, niech odeśle choć pół znaku alfabetu Morse’a, bo inaczej sczeznę tu niczym bezpański pies. To znaczy suka.

22.07.2011 Początek opowiadania o końcu świata

Ty myślisz, że nie pamiętam twoich oczu? Ciemnych tęczówek, zbyt wyraźnych, niemożliwych wręcz, niepokojących do bezsenności, z całą masą niewidzialnych tajemnic, plamek niczym dziury w słońcu, kraterów księżycowych, wspomnień wciśniętych w mrok źrenic, ty myślisz, że ja ich nie pamiętam? Że zapomniałam?

Nic nie zapomniałam.

Każdą kosteczkę twoich dłoni, stóp, numer buta, twój zapach, uśmiech, głos – wszystko to wiem, nauczyłam się wtedy, wyryłam w umyśle na zawsze i każdego dnia tuż przed snem, zaraz po nocnym rozstaniu z gorzkim smakiem dnia recytuję, śpiewam jak Rastwitieli Jabłoni i Gruszi, jak Litwo Ojczyzno Moja, jak pacierz, na pamięć.

Ty myślisz, że to mi tak fru, wyleciało? Że znikło? Że jak ktoś kogoś z domu wyrzuci nocą, gdy nikt nie patrzy, nie słucha, gdy nie ma świadków, tylko cichy tupot sandałów o stopnie klatki schodowej oddalają się od ciebie jak kartki kalendarza, jeden dwa trzy, miesiąc, dwa, rok, dziesięć lat, to wtedy wszystko znika, chowa się w czarnej dziurze niepamięci w kosmicznym zapomnieniu, na zawsze, na amen, a potem trach, że tak można zacząć wszystko od nowa, jakby nic, jakby tamtej nocy wcale nie było?

Noc bez świadków, bez gwiazd, bez księżyca, tylko ten tupot stóp, jak stenogram zapisany w mojej pamięci – ty patrz, mam to. Pamiętam.

Przecież nigdy tego nie robię, nie odsłaniam duszy, a dziś daję siebie jak bilet do skasowania, tak jak wtedy: trzask, po sprawie, zapamiętaj tylko zapach, numer buta, kolor oczu i wysiadaj z tego tramwaju, znikaj z tego życia, idź w swoją stronę i szybko, piorunem zbuduj sobie inne. Swoje życie.

A teraz wracasz, mówisz, że jestem taka mała, trochę śmieszna, trochę hałaśliwa jak niedorosła dziewczynka, że się potykam o schody zupełnie tak samo jak wtedy, tylko że teraz to takie rozkoszne, miłe, fajne. I faktycznie, tak zostaje, faktycznie mówisz do mnie: mała, podtrzymujesz na tych schodach, kupujesz słodycze, lody, mierzwisz włosy i czekasz, aż nigdy nie dorosnę, aż zawsze będę twoja.

Dotykasz mnie, trzesz jak lampę Alladyna, jakbyś czekał, jakbyś sprawdzał, tymczasem moja głowa otwiera się jak sezam, wysypują się z niej wspomnienia, wylatuje z niej tamta noc jak dżinn z pocieranego przez ciebie ciała, fruwa nad nami niczym wrona, wydziera bezgłośnie dziób, którego poemat jednak ciągle słyszę, od lat.

Przewija mi się jak film, klatka po klatce: twój dom, zeschnięte kwiaty na podłodze, kilka małych butelek zero trzy opróżnionych, ja pośród  szkła, na chwilę, na minutę, jak lśnienie wypalonej gwiazdy w epoce twojej kariery, puf, jestem. A potem widzę już tylko czerń twoich słów: idź już sobie, wyjdź, nie rozumiesz, wyjdź stąd!

Moja chwila minęła, mój czas się wtedy skończył.

I teraz mamy pośrodku naszych żyć stertę kartek z kalendarza. A na ich szczycie uparcie tkwi tamta, a raczej dwie, bo to noc była i nie wiadomo, czy to bardziej dwudziesty pierwszy czy dwudziesty drugi lipca?

Kasuję bilet: trzask.

Dobrze, że go mam, ostatnio przecież jechałam bez biletu, pewnie dlatego wyrzuciłeś mnie z nocnego tramwaju i wracałam na piechotę przez całe miasto sama w środku nocy.

Ty tego nie wiesz. A było tak. Łzy leciały mi po policzkach, łzy lecą zwykle w milczeniu, nie krzyczą, nie wołają, schną i znikają. Ot łzy, nic wielkiego. Moje stopy zlatywały po schodach po cichu, dyskretnie niosły mnie do nowego życia, daleko od ciebie, od nas. Tak było cicho, bezgłośnie… czy właściwie to wszystko się w ogóle wydarzyło?

Pamiętam twoje oczy. Jestem błękitnym niebem, po którym kiedyś przeszło ich chmurne spojrzenie.

20.07.2011 Historii donosów ciąg dalszy

Tak, biedronkowa książka trafiła do Ewki, a kolejne trzydzieści cztery dziewięćdziesiąt – do księgarni Jawor. Od jakiegoś czasu znajduję się w łupinie orzecha, płynącej po oszalałej dzikiej rzece prozy Zeruyi Shalev i w żaden sposób nie mogę z niej wyjść. Moje pomysły na książkę wychylają z rwącej wody swe grzbiety niczym łososie przy wodospadzie Kungsfors, ale są zbyt zwinne bym mogła im się przyjrzeć.

Poza tym w moim życiu nadal panuje atmosfera donosu, choć ja o swoim kocie dawno już zamilkłam. Człowiek jednak uczy się całe życie i nigdy nie jest za późno, aby zgłębił wiedzę na jakiś temat. Otóż, okazuje się, że donosów jest więcej niż myślałam, jest ich tak dużo, że można by je jakoś sklasyfikować, podzielić, każdemu nadać pewną definicję, rangę i cel. Ludzie piszą donosy masowo, produkują je niczym dwutlenek węgla, z łatwością oddychania.

Są więc donosy obyczajowe, donosy prywatne oraz donosy wołające o pomstę do nieba. W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze skargami na pewne zachowania, głupie i niewłaściwe ubieranie się, kupowanie alkoholu w sklepie osiedlowym, bądź nadużywania słów na K. Potem dowiadujemy się z kolei o życiu prywatnym podmiotu, o którym w donosie mowa, względnie o tajemnicach jego alkowy.

Następny gatunek donosu to donos służbowy. W anonimowej akcji zawiadamiania odpowiednich organów ścigania  powstaje komunikat, którego autor domaga się surowego procesu kontroli. Kontrola ma dotyczyć wymienionej w donosie instytucji i przynieść  donoszącemu satysfakcję w postaci nałożonej na instytucję surowej kary pieniężnej.

Niezależnie od rodzaju donosu, łączy je jedna cecha. Wszystkie donosy zgodnie wywołują podejrzliwość w środowisku, po którym się poruszają. W efekcie każdy na każdego patrzy wilkiem, każdy widzi w innym wroga. Jasne jest zatem, że błyskawicznie padają podejrzenia. Są to – wygenerowane z utartych przysłów o ziarnku prawdy, że nic z niczego, a uderz w stół, w kto to tam wie – cienie podejrzeń, zmieniające się pod presją plotki w oskarżenia pod adresem zarówno domniemanych autorów donosów jak i podmiotów w donosach występujących.

Osoby, na które pada cień podejrzenia, nic właściwie nie mogą zrobić, nijak się wytłumaczyć, nijak przekonać, że nie są wielbłądami. Pozostaje więc milczenie, pokorne oczekiwanie na wyjaśnienie sprawy, ufność w rozsądek i sprawiedliwość podejrzewających.

Wszystko to prawdopodobnie rozbija się o tak zwany kant dupy, a mówię to nie dlatego, żeby wywołać kolejne donosy w sprawie używanych przeze mnie wulgaryzmów, ale dlatego że przypomniał mi się pewien stary dowcip.

Przychodzi Funiek do Jojka i skarży się na szwagra. – Ty wiesz – mówi – niby rodzina, a patrz: był, gościł, aż w końcu zapieprzył mi tysiąc złotych!

– I co, i co? – pyta wzburzony Jojek.

– No nic – odpowiada Funiek. – Pieniądze znalazłem po tygodniu w kuchni, za szafką. Ale niesmak pozostał.