10.06.2011 Gość w dom, Bóg wie po co

Gdybym zechciała doprowadzić swój dom do porządku, musiałabym go spalić i zbudować od nowa. Kiedy w tej rwącej rzece wydarzeń i przedmiotów, która przepływa przez mój dom, pojawia się w dodatku jakiś gość – mam z kolei ochotę spalić siebie. Ze wstydu.

Niemal każda wizyta gości doprowadza mnie do paraliżującego stanu paniki. Nawet jeśli jest zapowiedziana pół roku wcześniej i wielokrotnie potwierdzana, a w dniu poprzedzającym otrzymuję agendę spotkania – i tak zdołam o nim zapomnieć, a tym samym zapomnieć o sprzątaniu, jakichś zakupach i, oczywiście o menu. W sprawach cateringu leżę i płacze, jedyne co potrafię przyrządzić to wódka z tonikiem raz. Każda liczba biesiadników większa niż jeden wprawia mnie w przerażenie.

To tyle, jeśli chodzi o mnie w roli gospodyni. Ale ja nie o tym. Chciałam raczej opowiedzieć jak to jest, kiedy ja wyląduję u kogoś w roli gościa. Niezapowiedzianego jak bomba atomowa. Na czterdziestu metrach kwadratowych zajętego przez sześciu domowników  warszawskiego mieszkania z płyty.

Powiem tak: łatwo nie jest. I powiem jeszcze jedno. Nie tylko w moim domu płynie rwąca rzeka chaosu. Takich jak ja jest więcej. I właśnie do nich trafiłam ostatnio podczas dwudniowego pobytu w Warszawie.

Traf chciał, że gdy tylko pojawiłam się na wspomnianych czterdziestu metrach, wraz ze mną pojawiło się dwóch pracowników firmy kurierskiej i komplet mebli wypoczynkowych, który z braku miejsca ostatecznie stanął  w przedpokoju. Do góry nogami. Doliczając sześciu rozentuzjazmowanych moim i mebli przybyciem domowników – trzeba przyznać, że mogło zrobić się nieco ciasno. Pomiędzy kartonami z Yiska i brudnymi naczyniami w kuchni, błąkał się ogromny jak kurwa mać kot i wyjadał salami ze zlewu.

Jego karma wędrowała po podłodze na trasie kuchnia – przedpokój – sypialnia, by spocząć ostatecznie w przepastnej kuwecie, która z kolei królowała w łazience. Ciekawym elementem sanitarnym w wymienionym lokum była wanna. Wyściełana sparciałą gumową matą antypoślizgową gościła jakieś siedemnaście misek z kiszonym praniem i dwie szpachelki do opróżniania kociej kuwety. Z wyraźnymi śladami użycia. Wieńcząc opis tego pomieszczenia, muszę wspomnieć o tańczącym wokół muszli klozetowej, cieknącym szaroburą cieczą mopie.

Kiedy już znalazłam sobie te swoje piętnaście centymetrów bezpieczeństwa w najbardziej oddalonym od łazienki miejscu, ogromny jak kurwa mać kot usiadł obok mnie, wygiął się w chińskie er-zet i jął wylizywać sobie odbyt. Już, już chciałam fuknąć na ścierwo, gdy gospodyni, płynąc z tacą upaćkanych szklanek, zawołała:

– Daj Pusi spokój, bo się weźmie i zemści.

Zemsta, jak się okazało, polega na tym, że Pusia potrafi po kryjomu i z zaskoczenia pozostawić zawartość układu pokarmowego, w lżejszych przypadkach – zawartość pęcherza w butach, torbie lub kieszeniach płaszcza należącego do gościa.

Od tamtej pory, podobnie jak Antek brat Magdy z Czterdziestolatka – nie rozstawałam się ze swoją walizką, a noc postanowiłam spędzić na balkonie. Tym bardziej, że do drzwi pukali wciąż kolejni przybysze – gospodarze są bardzo otwarci i uwielbiają podejmować gości. Tak pojawiło się małżeństwo z hałaśliwym jak kurwa mać kundelkiem, dwóch studentów archeologii, ksiądz misjonarz i fotograf z Afryki.  Wszyscy, oprócz hałaśliwego jak kurwa mać kundelka, zgodnie pili wódkę. Przez całą noc.

Szanowni Państwo, wróciłam do domu z mieszanymi uczuciami. Po pierwsze nienawiść. To w stosunku do Pusi. Drugie – miłość. Do Nabuchodonozora. Dalej – ulga. Z powodu opuszczenia czterdziestu metrów. Wdzięczność. Za, mimo wszystko, serdeczną gościnę. A przede wszystkim: tęsknota. Za przygodą. Której sama sobie nigdy nie będę umiała zafundować. A to dlatego że mieszkam w sterylnym, wielkim domu z wychowanym kotem i sofą, która stoi – co za nuda! – na nogach. No i dlatego, że nie radzę sobie z przyjmowaniem gości.

A nie radzę sobie, bo jestem jak Leonard z filmu Memento i zapominam wszystko w ułamek sekundy. Pisząc ten tekst też zapomniałam połowę wątków. Oraz puenty.

6 comments

  1. i-won

    Kochana, Twoje kiełbaski z ogniska były przepyszne, nie wspomnę już o w łeb walącym piwie, którego skutki spożycia odczuwałam przez kolejne dwie doby. Jak dla mnie gospodyni i gospodarz, baarrdzo gościnni. Pozdrawiam chłopaka z gitarą…przecudny był ten wieczór. Liczę na rewange…u siebie…uwaga…mam kota 🙂

  2. Sylwia Kubryńska

    No i w ten oto sposób dotarłaś do zagubionej przeze mnie puenty. Nie trzeba szorować chałupy dla gości, trzeba tylko zbudować atmosferę. Co moi gospodarze z Warszawy potrafią jak nikt, dlatego im się zwala na głowę codziennie pół miasta.

  3. Anonim

    wystarczy zacząc od ogródka bo wstyd, wykosic trawę to chyba nie problem mając działkę wielkości husteczki do nosa.

  4. Charlotte Poudelle

    Zajebisty jak kurwa mać tekst. Wielkie jak kurwa mać koty stają się postrachem stolicy i są przyczyną problemów 😉

  5. bratzacieszyciela

    Leonard z filmu ‚Memento’ – rozmarzylem sie – taki pomysl na scenariusz chwalic i czcic do konca dni moich bede i oddawal czesc jak co najmniej krolowi Julianowi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s