15.05.2011 Precjozum

O co chodzi z tą zimną Zośką? Jakim cudem rok w rok o tej porze jest pogoda pod tak zwanym psem? Maj, słońce, lampa, plaża i nagle zimno. Pada. Wieje. Trzy ogrodnicze dni wycięte z kalendarza, a potem znów: lampa. Kosmos jest niezbadany.  Ale ja o czymś zupełnie innym. O ruskim złocie i brylantach.

Sytuacja za komuny była taka, że nie można było nigdzie nosa wyściubić. Jak się bardzo tego chciało, należało wypełnić kopiaste sterty formularzy z tytułu przodków do piątego pokolenia wstecz, by wykazać prostactwo pochodzenia i sterczącą z butów słomę. Bez tego zazwyczaj były problemy.

Mojej matce, mimo że przeczytała w życiu parę ciekawych książek – udało się kilka razy. A jak już wróciła z zachodu udowadniając wierność Ojczyźnie, szło potem jak z płatka. A że matka od zarania historii miała we krwi smykałkę do interesów – postanowiła wykorzystać proceder i zarobić na parę pończoch. I pojechała w jedynym słusznym kierunku – mianowicie na wschód. Po ruskie złoto.

Ruskie złoto miało obiegową opinię szczerego, jebutwa jego mać porządnego, pęczniejącego od karatów dobrodziejstwa. O namiętnym kolorze słowiańskiej krwi, niemal czerwonego w swoim bogactwie. Sztuka ruskiego złota zdawała się wołać: my nie pierdolimsja, my nie żydzimsja, dajem wsio, szto u nas łudsze wsiewo. Czyli: czym chata bogata tym rada, a nie jakieś pizdu mizdu, chudomałe, ledwożółte, jak przykładowo, w takich Niemczech. I ludzie autobusami walili przez Białystok, przez Grodno, przez Wilno, na wąskotorowej stojąc godzinami po ruskie złoto, by się dochrapać na automatyczną „Wiatkę, a z „Frani” raz na zawsze zrezygnować.

Matka przywiozła pierścionek. Ciągnęła go z duszą na ramieniu w paście do zębów marki bułgarskiej, w tubce ze zrolowanego aluminium. Machając utuszowanymi rzęsami przed ruskim celnikiem, paląc głupa na bezdechu, wiozła to swoje trofeum i powróciwszy wreszcie do kraju, triumfalnie wydłubała je w obecności rodziny i znajomych.

A gdy resztki pasty zmył strumień ciepłej wody, zgromadzeni oniemiali, po czym rozpoczęli spekulacje. Bo, kurde dobra, złoto złotem, ale co to tak miga? Takich ekstrasów nikt nie przewidział, złoto se można przemycać do woli, ok., ale żeby zaraz jakieś kamienie? Tu matka, czekając właśnie na taką reakcję, się z dumy nadęła i ledwo opanowując rozpierającą satysfakcję, odparła:

– Ha. Brylanty. Pięć sztuk. He.

Jak się zaczęli szamotać, a daj, a pokaż, a do światła, a przegryź, a do okna się rzucili, a czy szybę przetnie taki brylant? No patrz, tnie, kurde brylant diament, i to nie jeden, pięć jak w mordę, pięć diamentów, w Imię Ojca, Matko Holywood, Marylin Monroe, Ałła Pugaczowa, wielki świat, aj waj.

Zaraz wódka na stół, te, hrabina, do matki mówią, to już teraz nie pogadasz. Z tobą nie ma jaj. Nie że jakiś pierścionek przywiozła, byle ruskie gawno. Cerkiew okradła, Nikita, bogactwo ruskie wzięła w paście wywiozła, gierojka, a wszystkie nasze polskie krzywdy, za Wilno, za Lwów, tym miażdżącym gestem pomściła.

Tak, jak się upili, gadali.

Lata mijały, matka potem jeszcze szmaragdy przywiozła i jakieś inne cuda, większość na wideo, lodówkę pralkę opchnęła, pierścionek z brylantami jednak ocalał. A kiedy wynosiłam się z domu na stałe, wzięła mnie na stronę i mówi. Że wszystko co ma, mianowicie złoty pierścionek plus pięć brylantów ruskich mi teraz w geście szczodrobliwości oddaje, a sama zostaje, jak się wyraziła: „goła i wesoła”. Choć z miny sądząc, ten drugi stan mógł podlegać dyskusji.

Całe życie mnie matka uczyła jednej podstawowej mądrości: jak dają, to bierz. Być może nie przewidziała, że ta nauka okaże się kiedyś strzałem w kolano. Bo pierścionek ostatecznie zabrałam.

Znów mijały lata, a mój status społeczny był wciąż tajemnie ukryty. Nikt nie wiedział, jaki skarb drzemie w domowym sejfie, podczas gdy ja kombinuję zamianę butelek po piwie na bilet tramwajowy.

I teraz uwaga. Mamy rok 2000. Milenium. Kosmiczny przewrót. Amerykański sen. Czas na porażające zmiany. W noc sylwestrową leczę alkoholowy falstart i myślę: basta. Ten jubilerski darmozjad wychodzi mi już bokiem. Mam go dość. Ogłaszam koniec. Koniec epoki lenistwa pomarańczowego złota w sejfie. Koniec z pasztetową i jazdą na gapę. Koniec z niezapłaconymi rachunkami. Z wiecznym wertowaniem kieszeni płaszczy z nadzieją, że znajdę w nich zagubione szczęście. Koniec wiązania, nomen omen, końca z końcem. Jestem przecież bogata. Jestem gangsterską księżniczką, córką Nikity, hrabiną z pięcioma diamentami.

A głupi świat bawił się spokojnie, nieświadom, co go nazajutrz czeka. A ja snułam plan sprzedaży maminego pierścionka u gdańskiego jubilera Jakobsona. I we śnie widziałam siebie w ekskluzywnej limuzynie, z czerwonymi ustami, w futrze z gronostajów. I we śnie targowałam się wyniośle do coraz wyższych  kwot. Nie pamiętam już jakich. Pamiętam tylko, jaką kwotę usłyszałam na ulicy Mariackiej, u tego żydowskiego cwaniaka, któremu przecież nie zaufałam i poszłam do siedemnastu innych złotników by usłyszeć to samo przeszywające zdanie:

– Kamienie zanieczyszczone, robota toporna. Jedynie na złom proponuję: trzysta złotych.

One comment

  1. Pingback: 01.08.2012 Ubezpieczenie gratis | Sylwia Kubryńska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s