30.05.2011 Czarny płaszcz

Odebrałam wczoraj wiadomość o śmierci przyjaciela. Przeczytałam ją w esemesie, znów pomyślałam, że to jakieś siupy i położyłam się na kwadrans. Ale jakoś nie mogłam zasnąć. Złapałam więc dyżurną książkę, która mnie zawsze pozytywnie nastraja. Mistrz i Małgorzata. Przeczytałam dwie strony tekstu, z którego kompletnie nic nie zrozumiałam.

Poszłam więc się kąpać. Tu z kolei cudem nie zasnęłam, wylewając spoza brzegi wanny wodę w przestrzeń łazienki. Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że spóźnię się do pracy. Wypełniłam sobą jakąś pierwszą z brzegu kieckę i wsiadłam do samochodu.

Pół godziny później, stając wśród stu pięćdziesięciu gości zagranicznych, przedstawicieli świata polityki i mediów, zrozumiałam co się stało.

Stałam tak pośrodku jakiegoś placu, z aparatem fotograficznym w dłoni i płakałam. A oni na mnie patrzyli bez zrozumienia, aż w końcu ktoś sobie przypomniał, że przecież mówiłam wczoraj, zginął mi płaszcz. Czarny płaszcz mi zginął, w szatni restauracji na spotkaniu wczorajszym, podpisaniu porozumień trójpartnerskich zagranicznych, mówiłam komuś, tak, skarżyłam się, ukradli czy co? Nie wiadomo. Więc niech teraz ktoś weźmie dupę w troki i poszuka tego płaszcza, bo jak widać jest mi przykro, serce pęka.

I poszli szukać płaszcza.

W ten wieczór, gdy go poznałam, nazwał mnie Księżną. A potem poprosił do tańca na starówce warszawskiej, padał deszcz, spadł mi futrzany kołnierz na ulicę, a on puścił ze swojej komórki melodię z filmu Noce i Dnie. Ten walc.

La-laa-la-la…  la-la-la…

26.05.2011 Dzień Matki

Nie mam czasu, muszę się szybko podzielić szokiem, którego przed chwilą doznałam, mianowicie tym:

http://namonciaku.pl/3miasto/1,113053,9669810,Sylwia_Kubrynska_,,ga,,4.html

He, he. Pomijając to, że umiejscowiono mnie między premierową a prezydentową i jakoś mocno przed Anią Przybylską, którą kiedyś widziałam w sodziarskim sklepie Klif dla bogaczy (zabłądziłam szukając Biedronki) i porażona blaskiem, długo potem dochodziłam do siebie, chciałabym jednak skierować ostrość na temat, dzięki któremu pojawiłam się wśród celebrytek.

W tym temacie dostałam dwa dni temu esemesa o treści: „e, sorewicz, zapomniałem, wczoraj był Dzień Matki” , a dziś rano, zasypana laurkami dowiedziałam się, że dziecko miało zrobić mamie śniadanie, a tata zajął kuchnię i w takim razie teraz będzie kwadrans wrzasków.

To tyle, jeśli chodzi o wspomniane dwie pociechy.

A moja matka roztrajkotała się przez telefon jak katarynka, za co ją najserdeczniej w świecie ściskam!

24.05.2011 O relacjach damsko-męskich

Cały poranek spędziłam na telefonie dzwoniąc po kostnicach i szpitalach. Ale po kolei. Śpię sobie słodko, śni mi się, że Jakub Noga zaprasza mnie do siebie, abyśmy razem „posłuchali jego płyt”. Skoro to uosobienie najlepszego w świecie zła mnie zaprasza, musi się to skończyć jakąś piekielną młócą. Brzmi nieźle, więc jadę. Tymczasem Jakub Noga przepada w łazience, a ja apatycznie grzebię między Kazikiem Staszewskim a Urszulą Sipińską. I tak do końca snu.

Budzi mnie komórka, a wraz z nią wściekłość. Państwo też tak mają? Ustawiają Państwo w telefonie ulubioną piosenkę jako budzik, a po dwóch dniach już jej nienawidzą? Ja właśnie tak mam. Chwytam więc komórkę z zamiarem wyrzucenie jej przez okno, patrzę: esemes. I znów furia.

Kilka dni temu siedziałam u Ewki na tarasie, słońce świeciło, zaczynał się weekend i wszystko wskazywało na to, że jest idealnie. Ale nie było, bo się skończył alkohol. Nałożyłyśmy więc japonki (lato, lato!) i poszłyśmy do sklepu. W sklepie zaczepił nas jakiś młodziak taksówkarz, legitymujący się z kolei jako lekarz i jął snuć przypuszczenia, że ja i Ewka jesteśmy bliźniaczkami. Dwujajowymi. Cudem udało nam się spławić delikwenta, ale jeszcze większym cudem wykminił, kim jestem i wyniuchał mój numer telefonu. Od tamtej pory stalkuje mnie w sposób maniakalny, dzwoni non stop i wysyła esemesy. Gdy straszę policją, twierdzi że się nie boi, a tak w ogóle zamierza mnie pociąć piłą łańcuchową. Rozumieją więc Państwo, że nie wpadam w euforię na widok przesłanego nocą, podczas mojego snu o Jakubie Nodze – esemesa?

Ale nie. To nie on. To mój Serdeczny Dawid Warszawski*. Faceta poznałam w knajpie Marcinek podczas moich prób podbojów warszawskich wydawnictw. Po wiadomej porażce wylądowałam w pubie celem znieczulenia i tam właśnie napatoczył się czarny jak przekleństwo brunet z nosem niczym klamka od zakrystii. Mówił po hebrajsku, pisał właśnie jakiś wiersz i twierdził, że jest księdzem. Wszystko to składało się na diabelnie intrygującą mieszankę i tak zostaliśmy przyjaciółmi. Czy czymś tam.

A teraz odbieram od niego taką oto, wysłaną o trzeciej rano, wiadomość:

„ Piję ostatnie piwo…” …nie, nie był to zramolały starzec w moim wieku. Miał dwadzieścia cztery lata i naprawdę… „… w naszym kebabie…” …świat by poniósł niepowetowaną … „ …a potem idę się rzucić pod…” … stratę … „…pociąg…”.

Bo generalnie ma już dość. Nie wiem, czego ma dość i nie wiem, czy jest jeszcze w całości, bo, kurwa, nie odbiera telefonu!

————————————————————————————————

*nie chodzi oczywiście o Konstantego G. To zupełnie inna postać, zbieżność nazwisk (pseudonimów) to przypadek.

20.05.2011 Półki w Empiku trzeszczą

Sytuacja podażowa na polskim rynku była jeszcze do niedawna dramatyczna. Dobrze wszyscy pamiętamy. Książka mojego autorstwa po pierwszej dostawie znikła ponuro ze wszystkich księgarń, a wszelkie prośby i pytania o egzotyczną historię romansu na tunezyjskich piaskach odbijały się z głuchym echem od ścian empików. Odbierając od potencjalnych czytelników maile tytułowane znaczącym: „co jest k…”, postanowiłam podpalić wszystkie sklepy z apostrofem w logo. Bułhakowskie hasło o niepłonących rękopisach nie ostudziło mojego zapału i już dziarsko drałowałam z kanistrem, gdy zadzwonił mój wydawca. Last  Minute jest w empikach. I to nie po byle jednej sztuce na województwo. Byłam, widziałam. W głupiej gdańskiej Matarni szpaler opasłych sześciu egzemplarzy dumnie i niecierpliwie wygina półkę. Także ten…

15.05.2011 Precjozum

O co chodzi z tą zimną Zośką? Jakim cudem rok w rok o tej porze jest pogoda pod tak zwanym psem? Maj, słońce, lampa, plaża i nagle zimno. Pada. Wieje. Trzy ogrodnicze dni wycięte z kalendarza, a potem znów: lampa. Kosmos jest niezbadany.  Ale ja o czymś zupełnie innym. O ruskim złocie i brylantach.

Sytuacja za komuny była taka, że nie można było nigdzie nosa wyściubić. Jak się bardzo tego chciało, należało wypełnić kopiaste sterty formularzy z tytułu przodków do piątego pokolenia wstecz, by wykazać prostactwo pochodzenia i sterczącą z butów słomę. Bez tego zazwyczaj były problemy.

Mojej matce, mimo że przeczytała w życiu parę ciekawych książek – udało się kilka razy. A jak już wróciła z zachodu udowadniając wierność Ojczyźnie, szło potem jak z płatka. A że matka od zarania historii miała we krwi smykałkę do interesów – postanowiła wykorzystać proceder i zarobić na parę pończoch. I pojechała w jedynym słusznym kierunku – mianowicie na wschód. Po ruskie złoto.

Ruskie złoto miało obiegową opinię szczerego, jebutwa jego mać porządnego, pęczniejącego od karatów dobrodziejstwa. O namiętnym kolorze słowiańskiej krwi, niemal czerwonego w swoim bogactwie. Sztuka ruskiego złota zdawała się wołać: my nie pierdolimsja, my nie żydzimsja, dajem wsio, szto u nas łudsze wsiewo. Czyli: czym chata bogata tym rada, a nie jakieś pizdu mizdu, chudomałe, ledwożółte, jak przykładowo, w takich Niemczech. I ludzie autobusami walili przez Białystok, przez Grodno, przez Wilno, na wąskotorowej stojąc godzinami po ruskie złoto, by się dochrapać na automatyczną „Wiatkę, a z „Frani” raz na zawsze zrezygnować.

Matka przywiozła pierścionek. Ciągnęła go z duszą na ramieniu w paście do zębów marki bułgarskiej, w tubce ze zrolowanego aluminium. Machając utuszowanymi rzęsami przed ruskim celnikiem, paląc głupa na bezdechu, wiozła to swoje trofeum i powróciwszy wreszcie do kraju, triumfalnie wydłubała je w obecności rodziny i znajomych.

A gdy resztki pasty zmył strumień ciepłej wody, zgromadzeni oniemiali, po czym rozpoczęli spekulacje. Bo, kurde dobra, złoto złotem, ale co to tak miga? Takich ekstrasów nikt nie przewidział, złoto se można przemycać do woli, ok., ale żeby zaraz jakieś kamienie? Tu matka, czekając właśnie na taką reakcję, się z dumy nadęła i ledwo opanowując rozpierającą satysfakcję, odparła:

– Ha. Brylanty. Pięć sztuk. He.

Jak się zaczęli szamotać, a daj, a pokaż, a do światła, a przegryź, a do okna się rzucili, a czy szybę przetnie taki brylant? No patrz, tnie, kurde brylant diament, i to nie jeden, pięć jak w mordę, pięć diamentów, w Imię Ojca, Matko Holywood, Marylin Monroe, Ałła Pugaczowa, wielki świat, aj waj.

Zaraz wódka na stół, te, hrabina, do matki mówią, to już teraz nie pogadasz. Z tobą nie ma jaj. Nie że jakiś pierścionek przywiozła, byle ruskie gawno. Cerkiew okradła, Nikita, bogactwo ruskie wzięła w paście wywiozła, gierojka, a wszystkie nasze polskie krzywdy, za Wilno, za Lwów, tym miażdżącym gestem pomściła.

Tak, jak się upili, gadali.

Lata mijały, matka potem jeszcze szmaragdy przywiozła i jakieś inne cuda, większość na wideo, lodówkę pralkę opchnęła, pierścionek z brylantami jednak ocalał. A kiedy wynosiłam się z domu na stałe, wzięła mnie na stronę i mówi. Że wszystko co ma, mianowicie złoty pierścionek plus pięć brylantów ruskich mi teraz w geście szczodrobliwości oddaje, a sama zostaje, jak się wyraziła: „goła i wesoła”. Choć z miny sądząc, ten drugi stan mógł podlegać dyskusji.

Całe życie mnie matka uczyła jednej podstawowej mądrości: jak dają, to bierz. Być może nie przewidziała, że ta nauka okaże się kiedyś strzałem w kolano. Bo pierścionek ostatecznie zabrałam.

Znów mijały lata, a mój status społeczny był wciąż tajemnie ukryty. Nikt nie wiedział, jaki skarb drzemie w domowym sejfie, podczas gdy ja kombinuję zamianę butelek po piwie na bilet tramwajowy.

I teraz uwaga. Mamy rok 2000. Milenium. Kosmiczny przewrót. Amerykański sen. Czas na porażające zmiany. W noc sylwestrową leczę alkoholowy falstart i myślę: basta. Ten jubilerski darmozjad wychodzi mi już bokiem. Mam go dość. Ogłaszam koniec. Koniec epoki lenistwa pomarańczowego złota w sejfie. Koniec z pasztetową i jazdą na gapę. Koniec z niezapłaconymi rachunkami. Z wiecznym wertowaniem kieszeni płaszczy z nadzieją, że znajdę w nich zagubione szczęście. Koniec wiązania, nomen omen, końca z końcem. Jestem przecież bogata. Jestem gangsterską księżniczką, córką Nikity, hrabiną z pięcioma diamentami.

A głupi świat bawił się spokojnie, nieświadom, co go nazajutrz czeka. A ja snułam plan sprzedaży maminego pierścionka u gdańskiego jubilera Jakobsona. I we śnie widziałam siebie w ekskluzywnej limuzynie, z czerwonymi ustami, w futrze z gronostajów. I we śnie targowałam się wyniośle do coraz wyższych  kwot. Nie pamiętam już jakich. Pamiętam tylko, jaką kwotę usłyszałam na ulicy Mariackiej, u tego żydowskiego cwaniaka, któremu przecież nie zaufałam i poszłam do siedemnastu innych złotników by usłyszeć to samo przeszywające zdanie:

– Kamienie zanieczyszczone, robota toporna. Jedynie na złom proponuję: trzysta złotych.

13.05.2011 Nie dla idiotów

Biorąc pod uwagę różne za i przeciw, właściwe większość przeciw i nic za – postanowiłam kupić sobie  laptopa. Mało tego. Postanowiłam kupić sobie laptopa uchodzącego za szczyt sodziarstwa. Postanowiłam wydać na niego równowartość czternastu milionów Last Minute, mianowicie, uwaga, postanowiłam kupić sobie Macintosha.

He, he.

Proszę nie regulować komputerów. Proszę też nie przysyłać mi pouczeń, że niby Macintoshów nie ma w Biedronce. Może i nie ma, ale za to są na świecie takie cudowne zjawiska jak zdolność kredytowa. I, ku mojemu zdumieniu okazało się, że ja coś takiego posiadam.

Pomyślałam raz się żyje. Pojadę po bandzie. Kupię sobie coś ekskluzywnego za kupę forsy, coś na co przecież zasłużyłam, bo jestem tego warta. Wprawdzie są jakieś szpanerskie VAIO za pół ceny, ale nie dla mnie substytuty, nie dla mnie erzace, nie będę się rozdrabniać, idę na całość. Poszłam.

W pierwszym sklepie wybrany przeze mnie model był ostatni, z wystawy i podrapany. Ani grosza w dół, bo to Macintosh. Z Macintoshami w ogóle jest tak, proszę Państwa, że taki Macintosh nie tanieje, nawet jeśli właśnie zjadły go myszy. Nauczyłam się tej mądrości podczas procesu zakupu, więc się dzielę.

Idę dalej. W drugim sklepie mówią, że kwit o zarobkach jest niekompletnie wypełniony. Czegoś tam brakuje, coś muszę donieść. Ja o dziale księgowości swojej firmy już pisałam, nie będę wracać do tego koszmaru, więc uciekam do trzeciego sklepu, w którym kwit okaże się kompletny. Wkrótce okazuje się, że niestety, takiego sklepu nie ma na świecie.

Dzień drugi. Księgowa uzupełnia kwit, wracam na miejsce porażki z odsieczą. Lecę od razu stęskniona na dział z Macintoshami, a tam niespodzianka: mojego modelu już nie ma. Jest za to o, bagatela, jeden tysiąc droższy.

Liczę lata, w których będę spłacać to cudo, w zamyśleniu błąkam się po wielkim Media Markt i przypadkiem trafiam między lodówki. Staję, przyglądam się tym wielkim maszynom. Każda przypomina statek kosmiczny, luksusowo wyposażoną kapsułę odporną na ogień atmosfery. Dotykam drzwi jednej z nich, słyszę przyjazne „klik” i automatycznie otwiera się sezam cywilizacji. Szereg lśniących szuflad, systemów chłodzących, przegródek, szufladek… O kostkarce do lodu, znaczy – do drinków i innych uciechach nie wspomnę. Zamrażarka wielkości mojego Punto – oczywiście osobno, komputerowe sterowanie temperatury, komputerowe sterowanie dobrym samopoczuciem, komputerowe sterowanie każdym porankiem, gdy – już widzę oczami wyobraźni –leniwie zaspana w śnieżnobiałym szlafroku snuję się po mojej europejskiej kuchni, „klik” otwieram moją kosmiczną lodówkę i wyjmuję z niej otoczony poświatą świeżości koktajl porzeczkowy.

Teraz następuje zwrot akcji. Patrzę trzeźwo na cenę kapsuły: jest o połowę mniejsza niż cena podrapanego Macintosha wielkości notesu Diddle. Błyskawiczna myśl: „pierdolę”. Kupię Acera z ekspozycji bez klawisza F8 (ktoś przechodząc urwał) i taką lodówkę. Jeszcze mi na blender zostanie.

Nie kupiłam lodówki. Nie kupiłam blendera. Wyciułałam tysiąc sto na Acera bez klawisza (i bez kredytu!) i to wszystko na ten temat. Może są tacy, co uważają, że nie umiem szastać pieniędzmi, ale nikt mi nie zarzuci, że nie próbuję.