22.04.2011 Wiatr dwudziestokrotnie przyśpieszonej rewolucji w roku podnoszenia ludzkiej świadomości do kosmicznej inteligencji

Pogoda była piękna, ciepło jak w lipcu. Wyszłam z telewizji i kupiłam wiśniówkę. A potem wjechałam windą na ostatnie piętro wieżowca, wspięłam się na dach. I pomyślałam: warto wyprawić imprezę.

Kiedyś zaprosiłam na urodziny czterdzieści osób. A, pomyślałam, co się będę bawić w selekcję. Biorę jak leci, wszystkich znajomych, raz się żyje. Dzień rażdzienia  tolka raz w gadu. Ubawieni tą informacją goście najpierw się w czoło pukali. A potem rozpętało się prawdziwe piekło. Pół wieczoru otwierałam drzwi jakimś obcym ludziom, którzy się przedstawiali jako osoby towarzyszące.  W upominkowych torbach pokutowały kubki z nadrukiem, zapachowe świeczki, w najlepszym przypadku krem na zmarszczki (których oczywiście nie mam), a zamiast wódki – alergizujące wino półsłodkie. Jakieś narwane jednostki stłukły mi wszystkie kieliszki jakie miałam, nawet te do jajek na miękko.  Jedyny szlachetny trunek, na który się szarpnęłam w życiu: tequilę olmecę mieszali z coca colą i krzywiąc się żłopali zapijając red bullem. W ramach rewizyty nigdy nie zostałam zaproszona do nikogo.

Powiedziałam: basta.

Od tamtej pory zapraszam kulturalną sąsiadkę z naprzeciwka, siadamy przy stole, sączymy herbatę i układamy  T-puzzle.

No, ale nie w tym roku! Nie w roku chińskiego wiatru, nie w roku błękitnego huraganu Majów, nie w roku przemian szuflady w kosmos! Ja dziś  nie obchodzę urodzin, ja się, proszę Państwa , dziś urodziłam! I z tą myślą, z dachu wieżowca obwieściłam światu, by do mnie przyszedł na imprezę. A co. W gruncie rzeczy pierniczę zastawę stołową, pierniczę kryształowe wazony. Raz się żyje, dzień rażdzienia…

Najpierw zadzwoniła Ewka. Tyle się dzieje, wszystko się zmienia, wyjeżdżam, mówi, do Lipska. Maraton biegnę. Co znaczy, oczywiście: nie przyjdę. Wiatr, proszę Państwa, wicher nie dziewczyna  No trudno. Ale potem Tatiana. Zakochana w kimś strasznie, w głowie tornado, kosmos szaleje, no wybacz, nie dam rady. Wyjeżdżam z ukochanym. Kaśka z kolei jest w Nepalu. Kiwaczek na Bali.  Wiesz, tłumaczą wszyscy, w tym roku się wszystko zmieniło.  Wiatr chiński, Rok Majów, huragan przemian.

No wreszcie, przyjdzie Krzysiek. Straszny malkontent, ale go lubię. Przyjdzie jednak bez swojej dziewczyny – Magdy, coś tam jej wypadło. Będzie za to z kumplem. Dobre i to. Przychodzą dwie godziny spóźnieni, my już z sąsiadką przysypiamy nad puzzlami. Krzysiek uśmiechnięty, cały w skowronkach, inny człowiek. I mówi, spoglądając czule na kumpla: zapomnieliśmy, sorry. Tacy jesteśmy sobą zajęci, tacy szczęśliwi. Baranieje przez moment, Krzysiek się przecież niedawno Magdzie oświadczył!

– Coś ty, stare dzieje, wszystko się zmieniło w tym roku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s