03.03.2011 Z dedykacją dla faceta, któremu wiszę dwie dychy

Samochód jechał gładko, a wycieraczki szurały rytmicznie po szybie: szuuus – klik, szuuus – klik, szuuus – klik…

Ten audyt trwał za długo, zdecydowanie za długo. Paweł już o szesnastej czuł jak słabnie z głodu, a to był dopiero półmetek. Koszula pod szyją uwierała krochmalem, ciasno zawiązany krawat męczył krtań, kiedy mówił, mówił, mówił…. Jego rozentuzjazmowany głos czasem cichł i wtedy na twarzy prezesa pojawiał się cień.

Ci od audytu kręcili się tu od miesiąca. Sprawdzali. Węszyli. Szukali błędu, pretekstu, szkopułu jakiegokolwiek. Ale błędu było. Tylko trzeba zwyciężyć zmęczenie i stres,  obronić się, wykazać. Tak sobie powtarzał i perorował głosem akwizytora sprzedającego budziki. Oczami duszy widział żonę i dzieciaki w pośredniaku, w ośrodku pomocy społecznej, u teściowej. Widział też komornika z glejtem zaklejającego lodówkę, pralkę, odkurzacz, samochód. I w końcu widział siebie w gaciach, dresach, z brzuchem i tanim piwem w dłoni, zrezygnowanego i w ciężkiej depresji jak ten, jak mu tam… Zbyszek. Koleś wyleciał za zbyt duże zużycie kartek ksero, a miał fotel dyrektora produkcji. Potem rękę zwichnął, poszła maszyna, wpadł behapowiec, zrobił raban, prokuratura, policja… a facet bogu ducha winny. Wylali na drugi dzień za nic. Teraz w depresji, do nikogo nie mówi, telefonów nie odbiera, dół. Po karierze. Taki lajf, powiedział Pawłowi na odchodnym. Taki lajf…

Więc Paweł trzyma się teraz kurczowo tej posady, skacząc jak małpa w uniformie z niebieskim logo przy klapie. Byle się już to skończyło. Byle pojechali, zostawili go w diabły, dali żyć.

No i wreszcie. Wyżłopali całą kawę z firmy, zeżarli ciasteczka i zawinęli dupy w troki.

A on wraca w deszczu nieprzytomny ze zmęczenia, głodny jak wilk, z gardłem zdartym od oracji, poderżniętym nastroszonym kołnierzykiem.

Żona pewnie śpi. Nawet nie domyśla się jaki on znój codziennie przechodzi. Ach, najważniejsze, że już po wszystkim. I z tym pełnym ulgi westchnieniem zajechał przed dom, wygramolił się z auta, klucze mu upadły i brzdęknęły o chodnik. Znów westchnął, pochylił się, by je podnieść i w tym właśnie momencie z teczki, którą trzymał pod pachą wysypały się papiery na mokry, ubłocony bruk.

Wszyściusieńkie dokumenty.

Podpisane przez zasuszonych milczących audytorów, świadectwa dzisiejszego mozołu i wystękanego sukcesu.

Oryginały.

Owszem, było odgórne polecenie o niewynoszeniu wewnętrznych pism z firmy. Dawno temu wprowadzono żelazny nakaz, że wszystkie dokumenty firmowe mają być skrzętnie wpinane do segregatora i zostawione w siódmej szufladzie z napisem „umowy, akta”. Ale coś go podkusiło, żeby zabrać i jeszcze sobie wieczorem popatrzeć, jeszcze się ponapawać, może żonie się pochwalić, jak fajnie mu poszło?

Ksero nie zrobił, pamiętając o Zbyszku, co tak z ksero przeginał.

A teraz, pieczątka po pieczątce rozmoczyły się, rozmazały i zlały w jedną niezrozumiałą plamę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s