30.03.2011 Signum temporis

Na to spotkanie z czytelnikami wzięłam stare pamiętniki z czasów, gdy się stało w kolejkach po mięso, by przekonać ludzi, że tego bloga to ja już piszę, ho ho.

Po spotkaniu wróciłam do domu, otworzyłam piwo i pomyślałam, że skoro już wywołałam z otchłani przeszłości te swoje zapiski, to może, pijąc to piwo, rzucę na nie okiem? I zaczęłam czytać. 

Znalazłam tam różne zdumiewające historie, na przykład o tym jak opalałam się na naftę i  ku mojemu oburzeniu zeszła mi skóra z twarzy. Albo o tym, jak ściągałam na historii z zapisanej niepiszącym długopisem kartki, bo wymyśliłam że światło w klasie pada z lewej strony i pod tym kątem mogę odczytać odciśnięte na papierze daty, podczas gdy patrząca na mnie nauczycielka widzi tylko pustą stronę.

Ale najbardziej poruszył mnie fragment, w którym trzynastoletnia ja obiecuję sobie,  że w przyszłości zostanę starą panną i kupię sobie kota i będę pisać książki, a dla radości obcowania z ludźmi, tak zupełnie towarzysko, by sobie poplotkować i wesoło spędzać to moje dorosłe, staropanieńskie życie – będę całymi dniami stać w kolejkach po mięso.

24.03.2011 SPA

Wszystko się zmieniło. Cel definiowany do tej pory jako Dzieło Mojego Życia, które ma kiedyś powstać i zwieńczyć mój żywot tłumacząc jednocześnie jego istnienie – nagle się rozmył, zgasł i przeistoczył w cykl zabiegów o nazwie sonoforeza kawitacyjna.

Rozumiem, że niektórzy mogą nie wiedzieć o co chodzi. Ja też do niedawna nie wiedziałam. Karmiłam się mrzonkami o wielkich sprawach tego świata, podczas gdy na moim osiedlu po cichu wybudowali salon kosmetyczny. Ma Belle, bo tak się ten kawałek nieba nazywa, zwabił mnie pianiem znajomej, która podobno zrzuciła tam swoją (nie pierwszej młodości) skórę i stała się następczynią Claudii Schiffer.

Ostrożnie licząc resztki debetu uciułałam na najtańszą usługę i poszłam. I kompletnie przepadłam.

Ma Belle znajduje się nad warzywniakiem przy pętli autobusowej w małej kaszubskiej wsi. Ale niech was nie zwiodą pozory. Po przekroczeniu progu Ma Belle, człowiek trafia na salony Paryża. A doświadczając cudu relaksu – zamienia się z literata w kilkadziesiąt kilogramów krochmalu.

Kiedy skończył się mój czas i kosmetyczka wydobyła mnie z czeluści ekstazy, niechętnie wstałam z różowego łóżka, po czym chwyciłam ulotkę i zaczęłam obliczać, ile muszę oszczędzić, żeby na nie wrócić.

Sami Państwo rozumieją, że kinkiety do sypialni szlag trafił. A Nabuchodonozor niech spada.

22.03.2011 Po wyjściu z szuflady

„Cel do którego człowiek dąży jest zawsze niejasny”. Gdy przeczytałam te słowa z miejsca uznałam Kunderę za kretyna sączącego pseudoteorie, o których prawdopodobnie sam nie ma pojęcia. Przecież mój cel był jasny jak światło, ścisły i sprecyzowany niczym wiązka laserowa. Przez ułamek sekundy bym się nie zawahała w odpowiedzi na pytanie: dokąd idziesz? Skąd więc przypuszczenie tego czeskiego mądrali, że nie wiem, do czego dążę?

Od kilku dni jestem u celu. Początkowo zziajana i zaaferowana sukcesem nawet nie przypuszczałam, co mnie czeka. Bo teraz, gdy już emocje mi opadły, drepczę w kółko w poczuciu całkowitego zagubienia. Czy to, o co mi chodziło to na pewno to? Czy stan spełnienia jest wartością najwyższą? Bo może sama pogoń nadaje życiu sens, podczas gdy cel to tylko ślepa uliczka? Dopóki więc dążymy do czegoś – rosną nam skrzydła, ale tylko po to byśmy się  w końcu zamienili w dziobiącą klepisko kurę?

Patrzę na „Last Minute” jak na dziecko poczęte metodą in vitro po kilkunastu nieudanych próbach. Wyczekane, wytęsknione, wreszcie przychodzi na świat. Ale, zaraz, zaraz. Czy z tym dzieckiem wszystko w porządku? Do kogo jest podobne? Cholera, nie pamiętam… Dostojewski? Hemingway? Może Emil Zola? Nie, nie… . Michał Bułhakow! Oj, chyba też nie on. A może jednak ten Charles Bukowski? Sukces ma przecież wielu ojców.

Hm, z profilu jakby nieco… Rowan Atkinson?

20.03.2011 Sprostowanie do artykułu w GW „Być jak Charles Bukowski”

A jednak. Matka rację mieli. Mam ja za swój reportaż. Czasy się zmieniły i wprawdzie żaden Maliniak popularesem mi w twarz nie dmuchnął, za to całe stado internetowych Maliniaków wysączyło truciznę równie silną co substancje smoliste z pięciu paczek tego zacnego tytoniu.

Cóż, podobno każda publikacja zasługuje na swoją jatkę w Internecie, choćby miała być to najbardziej neutralna w świecie notka o rzekotce australijskiej.

Walka z rozszalałym żywiołem internetowych komentatorów jest jak komiczna ofensywa niejakiego Don Kichota, proponuję zatem wszystkim dziennikarzom i redaktorom zupełnie inną taktykę przekazywania informacji niż dotychczasowa. Wyjdźmy komentatorom naprzeciw i wyręczmy ich w znoju znieważania. Zamiast podawać nudną prostą wiadomość – okraśmy ją auto-oszczerstwem.

I tak, a myśl tej zasady, publikuję poniżej sprostowanie do mojego reportażu:

  1. Nie nazywam się Sylwia Kubryńska. Diabli wiedzą jak się nazywam, pewnie jakoś głupio.
  2. Moja głowa jest pusta jak dojrzały mniszek lekarski.
  3. Nie uważałam na lekcjach języka polskiego i dlatego – patrz punkt. 4
  4. Nie umiem pisać.
  5. Jeśli ktoś pisać potrafi (nie ja), to nic nigdy nie poprawia, a jeśli nie potrafi (ja), to niech lepiej nic nie pisze, dopóki się nie nauczy.
  6. Wydać książkę jest szalenie łatwo, każdy z wydawców tylko czeka, żeby wyskoczyć z pięćdziesięciu tysięcy złotych z powodu nieznanego nikomu debiutanta.
  7. Czytelnictwo w Polsce nie spada, ogłoszone niedawno wyniki badań czytelnictwa to stek bzdur, wystarczy wejść do tramwaju i spojrzeć – wszyscy czytają, np. smsy.
  8. Cała opisana powyżej historia, od pierwszego do ostatniego punktu to jeden kant (i bujda na resorach).

18.03.2011 Dzień Karwowskiego

Czyli dzień, w którym twoje zdjęcie ukazuje się w gazecie. Bogu ducha winny inżynier pojawia się na pierwszej stronie Trybuny Ludu jako bohaterski budowniczy Trasy Łazienkowskiej i tu się zaczynają prawdziwe schody. W pracy dyrektor sugeruje, że Karwowskiemu woda sodowa uderzyła do głowy i na wszelki wypadek łaje go jak gówniarza. W domu radiowcy zakładają ówczesnego „Big Brothera”, żona mu kompletnie fiksuje, a dzieciak zbiera sześć dwój za jednym zamachem. W dodatku przyjaciel składa mu gratulacje przez telefon i łączy z byłą kochanką, akurat gdy wszystko się nagrywa. Jeden krótki epizod w prasie. Gorzki smak sławy.

Dziś w trójmiejskiej Gazecie Wyborczej na stronach zwanych potocznie „Śledziem” ukazała się z kolei moja historia. I owszem, moje zdjęcie. Artykuł nosi tytuł „Być jak Charles Bukowski” i opowiada o wyboistej drodze człowieka piszącego. Na razie nie spadły na mnie apokaliptyczne gromy, ale nie chwal dnia przed zachodem, matka mawiali.

Na wszelki wypadek kupię sobie śledzia. I Wyborową.

http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,9283427,Jak_napisalam_i_wydalam_ksiazke.html