19.02.2011 Twelve miles to Trona, czyli trzy ćwierci do śmierci

Dobra, przyznaję. Wzięłam młotek i zatłukłam Walentynki. A gdy kolejnego dnia podniosły łeb – dobiłam bez litości zostawiając tłustą plamę. A wszystko przez to, że jestem cyniczna i bez cienia polotu w kierunku romantyczności. I tak, przychodzę do biblioteki, a baba z miejsca diagnozuje: – Oho, na pewno nie romanse.

Zaraz, zaraz. Kiedy ktoś mi mówi, że na pewno nie, ja na przekór mówię: a właśnie że tak. I tym sposobem wracam do domu z  Jamesem Jonesem upierając się, że „Stąd do Wieczności” to wcale nie jest dramat wojenny, skąd, to jest przecież książka o miłości. I niech to będzie koniec tego tematu, bo mam w zanadrzu inny. Mianowicie: byłam chora. I to wcale nie z miłości. Wprost przeciwnie. Byłam chora na farmakologiczną salmonello-skrętokiszko-jelitozę. A mówię, że byłam, bo ostatniej nocy wyzionęłam ducha.

Było tak. Bolała mnie głowa. Dzień, dwa, trzy, w końcu – co jest kurwa, myślę i idę do głowologa. Głowolog, a nawet głowolożka bada i krzyczy, że jeszcze dwie doby to karetka, szpital, OIOM. Szybko piorunem zwolnienie, łóżko, no i wreszcie: tabletki. Idę do apteki, kładę receptę: stówa. Oho, myślę, wyleczę się i umrę z głodu. – Nie da się taniej? – pytam więc. Aptekarz kręci głową: – To są leki na poważną chorobę, pani se jaj nie robi. I stówę kasuje.

Wracam niepyszna, ale uwaga: wciąż jednak (mimo bólu głowy) przytomna. W sumie było całkiem fajnie. BYŁO. Bo słuchajcie, co dalej. Łykam ten drogocenny cud i nieświadoma przyszłości (a raczej jej braku), kładę się do łóżka. Budzę się po godzinie w kałuży siódmych potów, a trzewia rozrywa mi ósmy pasażer Nostromo. Nie mogę nic powiedzieć, wrzeszczę tylko wniebogłosy, ludzi zrywam ze snu, całą wieś na nogi: – RATUNKU!

Łiju-łiju, nie przeżyję, na czworakach do łazienki, gwiazdy, księżyc, ryk, wilkołak, wampir. Leżę na kafelkach w agonii, w konwulsjach, co to, kto to, kurwa? Szaman! Szaman znalazł moje włosy gdzieś, w salonie fryzjerskim być może zostawione, modły zaklęcia odprawia, czar rzuca. Prysznic wiruje, wiruje kibel, szary wiruje pył. Leci mi na głowę sufit, sypie się mozaika, kabel sterczący do tej pory grzecznie ze ściany, teraz syczy jak smok zwierzę dzikie wąż krokodyl. Pulsują żarówki, parzą mnie w oczy, kwiat z doniczki wyskoczył. Tańczy. Tańczy wokół indiański taniec śmierci. Tańczy cyniczna bestia, obraca liśćmi niczym spódniczką, lala, lambada. A ja nie mam nic, spódniczki nie mam, majtek nie mam, liścia nawet, draniu wycwaniony, zielona pokrako, weź spierdalaj!

Goła. Naga moja dusza z ciała obdarta leży. W lodowatych płomieniach bólu trzęsie się i pluje jadem zielonym, pianą zatrutą.

I zaraz mnie nie będzie, truchło gołe zostanie, piana zastygnie, a mnie nie będzie, krzyk ucichnie, a mnie nie będzie, szaman zwycięży, a mnie już, świecie najdroższy… nie ma.

———————————————————————————————————————————————

Sto złotych, proszę Państwa. Sto złotych ta jazda kosztuje. I ból głowy, faktycznie, uśmierza.

6 comments

  1. artek

    Trzeba było ostatkiem sił jakąś dokumentację fotograficzną robić i wrzucić tu parę fotek bez spódniczki i majtek 😉

  2. bratzacieszyciela

    – cos ty taki jakis dziwny?
    – bylem u lekarza z kaszlem, dal mi srodek na przeczyszczenie
    – ??? i pomaga na kaszel??
    – teraz boje sie kaszlnac

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s