08.02.2011 Wiater wi

Przewracam się z boku na bok, czując gdzieś pod skórą, że znajduję się w oku cyklonu. Sen mnie dopada krótki, ale nagle: jebut! Spadają samoloty, fruwają tiry, dachy lecą w nieskończoność. Armagedon.

Leżę i panicznie rozpamiętuję, czy strasznie nagrzeszyłam, czy tylko trochę. Bo jeśli strasznie – wiadomo, ale jeśli tylko trochę? Bo w sumie skłaniam się raczej do tego „trochę”. Druga rzecz, że to „strasznie” też sprawa względna. Bo co dla kogo oznacza: „strasznie”? Jeśli, załóżmy, podkreślam, ZAŁÓŻMY: Kiero mi pożyczył dwadzieścia złotych, a potem zapomniał, a ja nie przypomniałam i głupa palę, szczęśliwa, że na krzywy ryj dwie dychy mi się upiekły, to to już jest „strasznie”? Albo, przykładowo – z tym kotem? Że zabójstwo zaplanowałam, choć nie wykonałam, jest to „strasznie”, czy luz? A pająki? Niby nic, robale, ale kto ich tam wie, jak się sprawy z tą reinkarnacją, duszą istnienia najmniejszego, mają?

Klnę jak szewc. Rachunków nie płacę. To znaczy płacę, ale dopiero drastycznie do tego zmuszona. A w książeczce do nabożeństwa znalazłam zapis o grzechach wołających o pomstę do nieba i owszem, było: wstrzymywanie zapłaty.

Dalej. Dogadzam sobie bezwzględnie, nie bacząc na innych. Jak już coś zachcę, to trup, łokcie, kiła mogiła, muszę mieć. Biorę, zabieram, nie pytam. Wchodzę, jem, piję, siorbię, talerza nie odnoszę, znudzona: porzucam. Wdzięczności za grosz. Zero taktu. Upór, hedonizm. Dalej: niepunktualność. No, ale jak się raz cudem zdarzy o czasie: furia, że ktoś minutę spóźniony. Więc jeszcze brak tolerancji. I odpowiedzialności, przy okazji.

Roztargnienie, beztroska lekkoducha. Dalej: wykorzystywanie bliźnich. „A podwieź, a pożycz (było), a – wreszcie – daj!” Nałogi. Słabości. Doczesne przyjemności. Chełpliwość. Egoizm. Głęboka jak bezdenna studnia, zasysająca się czarna dziura, kosmiczna próżnia egocentryzmu… Dobra, ile można o sobie pisać? Zresztą, do rzeczy.

Wieje, wieje, wiatr kładzie drzewa jak trzcinę, ja pogodzona już z potępieniem: zasypiam. I śni mi się pustynia w Namibii. Po pustyni drałuje parowóz, ale chybotliwie jakoś, z tendencją do wykolejenia. Ja idę obok, myślę: maszynista dętka. Zalany w trupa na pustyni, niezła perspektywa. Raz, że z parowozem to nie przelewki, wody nie zaciągnie, zaraz para spadnie, albo co gorsza: zagrzeje, zapali, rozżarzy, wybuchnie. Dwa: pić się chce, tender pusty, ogień bucha. Nic, trzeba uciekać. Zaraz, gdzie mam uciekać? Na pustyni? Ale patrzcie państwo: idzie Murzyn. I mówi: „bez stresu”. Bez stresu, pustynia się kończy, wszystko będzie dobrze. Parowóz tańczy, słońce pali, a on mówi, że będzie dobrze. Sympatyczny w sumie.

Szanowni Państwo, pytanie brzmi: Kurwa, o co chodzi?

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s