01.02.2011 Niebieska koszulka

Oprócz tego łańcuszka Sabo, to wzięły mnie jeszcze na zakupy. Mówią: wybierz sobie coś. Poważnie. Nawet mi pułapu nie wyznaczyły, górnej, dolnej granicy – skąd! Mam sobie wybrać i już.

Piętnaście minut do zamknięcia sklepu, ja stoję na środku rozdygotana. Ki diabeł, myślę jak ten rybak co złotą rybkę wyłowił, myślę: diabli nadali, no cholera, żeby nie zmarnować takiej okazji, w końcu za darmochę i co tam sobie chcę, a ja nie wiem, nie wiem!

Personel muzykę już ścisza, z odkurzaczem mopem łazi, a ja stoję. Jezu, to nawet przymierzyć nie zdążę, tym bardziej że nie wiem nawet co! Dżinsy, sweter, płaszcz? Kieckę jakąś obłędną? Bluzkę wizytową? Mam szansę jak z nieba, a stoję cielę wśród wieszaków, tu euro sto, tam dwieście pięćdziesiąt, a może, kurde, buty?

Chrząkać zaczyna personel, ja w polu, pomysłu nie mam, a przecież jeszcze jest rozmiar, tak? A czy leży akuratnie, tak? A materiał czy dobry, tak? A kolor, deseń, rzucik… tak?

Nosz kurwa, wymyśliły!

Sprzedawca w końcu kratę opuszcza. Auf Wiedersehen.

W panice histerycznej chwytam niebieską koszulkę. Na ramiączkach.

Nie, nie, nic się na tej szerokości geograficznej ostatnio nie zmieniło, zresztą u góry jest data. W środku zimy mój roztropny umysł wybiera błękitny top i każe mi go nieść niczym trofeum do kasy. Zdumiona rodzina płaci całe siedem euro i w milczeniu opuszcza zatrzaskujący się natychmiast Sezam.

A ja z tyłu drepcę, gniotę swój łup w plastikowej reklamówce i bąkam:

– No, ten… dzięki…

A one, że dobra tam , nie ma sprawy, w końcu nie ma za co.

Ratując resztki honoru upieram się, że właśnie jest za co, całe życie marzyłam o tej koszulce niebieskiej, same zresztą zobaczcie, przyjrzyjcie się, jaki materiał, kolor, no?

Patrzą na mnie bez przekonania lecz wreszcie jedna twarz się rozjaśnia, potem druga, trzecia… I zaraz pieją zgodnie, jaki kolor, fakt, krój w ogóle obłęd, jutro tu wrócą, same se pokupują, a może i dla Sabine na Geburstag też?

W domu już rewia, przymierzają jedna po drugiej, szarpią, wyrywają sobie, pokaż jejciu, tobie mniej, mi lepiej, daj, daj, ajajaj! Któraś aparat wyjmuje, inna komórką zdjęcia pstryka, ememesy wysyła, Sabine, mówi, na twarz padnie i ta głupia Ingrid też.

Widzę, że cud jakiś posiadam, więc pytam jak się odwdzięczyć?

A one zgodnie, że mam o nich napisać. Napisz coś, mówią.

Więc piszę:

Synek Klaudii nazywa się Lenny. Lenny ma dwa latka i nogi na sprężynach. Drugi, młodszy Samuel jest maleńki jak miś koala. Gdy tych dwoje śpi, Klaudia piecze dla mnie Binnenstich.

Kiedy Maria wraca z pracy, przybiega jej jamnik Pepi. Ona zdejmuje buty i siada w fotelu, a Pepi kładzie się u jej drobnych stóp, by mogła je, zmarznięte, szybko ogrzać.

Krysia robi najlepszego w świecie sandacza. I podobnie jak ja, cierpi na migreny. Uparcie uczy Lenny’ego mówić po polsku. Lenny mówi już: nos, oko, kotek, a na smoka: „mok”…

Ta niebieska koszulka jest rzeczywiście niezwykła. Cud po prostu.

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s