17.01.2011 Tragedia Posejdona (opowiadanie)

Kocica nie miała przyjaciół. Samotnie przemierzała mokre ulice miasta, słuchając z upodobaniem kurantów, wesoło przeskakując kałuże, ciekawie węsząc afery w gdańskich bramach.

Popołudnie zawiesiło nad dachami mgłę, w której ginęły wieże kościoła.

Kocica do kościoła nie chodziła. Chyba, że dla draki czasem, żeby księdza podrażnić, albo od baby ze sklepu z pamiątkami kiełbasą po głowie dostać.

Nikt się z nią nie przyjaźnił i, bynajmniej nie dlatego, że nie chciał. Może i by zechciał, tylko, że ona taka samotna z wyboru. Singielka.

Trochę się dziwili, że ona chce być sama, niektórzy nie wierzyli i psioczyli, że to bzdura, a naprawdę pewnie jej nikt nie chce, bo z niej brzydka i owłosiona feministka.

Ale ona naprawdę chciała być sama.

I żadnych pitu, pitu, psiapsiłek ani zwierzeń nie potrzebowała. Dwa, może trzy razy odwiedziła diabła, ekstrawaganckiego artystę Grzecha.

Wystarczy.

Była ruda jak wiedźma. Mieszkanie porzuciła dawno temu i nie pamięta już teraz jak do niego trafić. Tak sobie żyła samotnie i beztrosko, nikomu się nie tłumacząc i nikogo nie pytając o zdanie.

A dziś, w to grudniowe popołudnie, zostawiając ślady na cienkiej warstwie śniegu przemierzała ulicę Długą, Tkacką, Szeroką, minąwszy pomnik króla na koniu i Dom Prasy, weszła w wąską, kocimi łbami wyłożoną Kowalską. Zaraz potem mostem przez rzekę do.., o cholera!

Kocica przystanęła nagle, jakby rażona piorunem. Przecież coś jej po drodze, do stu diabłów, nie pasowało. Jakiś cień, szkopuł uwierał w pamięci po tym spacerze. Gdzieś tam, na gdańskiej starówce zmieniło się coś niewybaczalnie i to coś okrutnie wierciło poczucie estetyki kota. A zwłaszcza takiego kota, jakim była ona. Stała przez chwilę szukając odpowiedzi na niedające spokoju pytanie: jaki diabeł sknocił idealny wizerunek jej miasta? Co jej tak fatalnie nie pasowało, nie pasowało ni w ząb?

Ani, tym bardziej, w trójząb! Trzymajcie ją ludzie, ratunku, to Neptun! A raczej coś do Neptuna przyklejone! Jakiś żeliwny przedmiot – niby kotwica – zatrzymał w biegu kota i przymocował do trotuaru. Jak spóźniony sygnał w głowie – zapiszczał straszliwy alarm: „Posejdonie, władco oceanów, dumny posągu, co z tobą!?”

Może była tylko kotem, ale swój rozum miała. I nie byle jaki. A teraz, zdając sobie sprawę sobie, że tam gdzieś widziała zniszczony pomnik króla mórz, postanowiła coś z tym zrobić. Choćby miała gołymi łapami w beznadziejnym znoju szarpać pręty – przywróci mu dawną świetność!

Tak postanowiła, przebiegła znów ulicę Kowalską, minęła Dom Prasy, króla, ratusz, fontannę, wspięła się na łapach i jeszcze raz, lecz teraz uważniej przyjrzała się postumentowi.

„Mój ty boski!” – miauknęła. „Lecz twoja boskość z tym liściem jest śmieszna, grzeczna i jakaś taka… rozdrobniona. Co za pokraczna rzecz zawisła u twojej męskości? Jakiż ci złośliwiec go tam zawiesił? I wreszcie, dlaczego? Czemu żeś nie dźgnął go, drania, widłami? Czemu nie zagrzmiał żeś wzywanym w gniewie śmiertelnym piorunem? Dlaczegoś nie przeszył pokurcza boskim trójzębem? Jak mogłeś pozwolić, bezczynnie patrzeć, gdy ci ów nędznik wieszał ten zwiędły, kanciasty liść?”

Zebrał się w kocicy protest. Nie i jeszcze raz nie. Nie pozwoli na tę profanację.

Przeskoczyła bramkę ogrodzenia, oburzona zaklęła głośno w swoim kocim języku, a nie mogąc sobie dać rady z żelastwem, klęła jeszcze głośniej i głośniej, aż wreszcie osłabła i bezradnie stanęła naprzeciw boga.

– Kto – jęknęła – kto, u diabła, co za…?

– Ja.

Usłyszała znajomy głos i odwróciła się gwałtownie. Grzegorz, ten złośliwy diabeł, kraciasty pseudo artysta uciekł znów z jakiejś afery i teraz strzelał niespokojnie oczami, jakby kombinował, co by tu zmalować. Kilka kroków dalej stał jego kram, gdzie na rozkraczonych sztalugach zawieszone płótna straszyły przechodniów zdeformowanymi okrętami.

– To twoje? – spytała zdumiona kocica.

– Jo, mówiłem, że ze mnie artysta! – kiwnął skwapliwie w odpowiedzi, a na dowód swych słów machnął nie wiadomo skąd nagle wydobytym pędzlem.

– A ty? Jak tam…? – nachylił się w poufnym geście, jakby chciał ukraść kotu pocałunek, kto wie, o co draniowi chodziło? Zawsze był taki erotyczny, zabawny, a jednocześnie drażniący i zaczepny. Też tak teraz stał i niby nic, a pod tą kraciastą koszulą wił się dziwacznie, dygotał. Zmuszał do spojrzeń przechodzące obok kobiety, które zatrzymywały się przy krzywych sztalugach i rozmarzonym wzrokiem kontemplowały sztukę. Że to one niby się znają na rzeczy, że wiedzą: to nie byle kto, artysta, talent prawdziwy, po ile ten obrazzz…? A ostatnią głoskę przeciągają niby syk kocicy, damy, co chętnie wyda parę groszy na pana, proszę pana, artyssstę… Więc się wił, bo się opłacało niezmiernie, a i było przy tym flirtu, kokieterii, zabawy, co niemiara. Nasza kocica jednak odskoczyła na czterech łapach, od diabelskich zalotów stanowczo zdystansowana.

– Masz to opowiadanie? – zmienił więc ton odtrącony diabeł. – To o Gdańsku? Na konkurs?

– Owszem, mam całość – odpowiedziała chłodno kocica, patrząc obojętnie na opięte gładką spódnicą pośladki jakiejś damy, która już nieco uniesiona ponad bruk niemal zlała się z werniksem. – Ale jedna rzecz mi nie pasuje…- nosem wskazała „ozdobionego” boga oceanów i mórz.

– Co tam nie pasuje? – machając zalotnie pędzlem w stronę zachwyconej matrony, ewidentnie „palił głupa”.

– Ten liść.

Grzech ziewnął, żachnął się teatralnie i zawołał:

– Być inaczej nie może! Bezwstyd, zgorszenie, męski penis, ludzie patrzą, ksiądz, kościół, wszyscy radni, zagraniczni goście spacerują, a tu goły fiut! Nie jesteśmy, kochana, w burdelu, to poważne miejsce. Gdański Targ tysiącletni, tu sam król chadzał, nie byle kto, król, powtarzam, żeby zaraz pip szoł odstawiać, cyrk rozpasania, naturyzm, negliż, sodomę z gomorą? Tfu, na psa urok! Sama zrozum, nie ma mowy, liść musi zostać.

A pędzel w górze zawirował nerwowo.

Grzegorz przejęty rozejrzał się wokół, pochylił się nagle nad nią i poufale szepnął: „Wiesz, jak mi za tego liścia poparcie wzrosło?” A potem znów na cały Rynek wrzasnął:

– Przez przyzwoitość i wzgląd na obywateli!

Ale im dłużej kocica patrzyła mu w oczy, tym ciszej perorował, aż w końcu, jęcząc już żałośnie, poskarżył się: „Nawet nie mam fleksa”.

I wtedy ona się rozgadała. Nie, nie krzyczała, przeciwnie, mówiła cicho, spokojnie. Lecz dobitnie:

– Mogę jeszcze parę rzeczy pozmieniać w tym opowiadaniu, mogę kogoś wykreślić. I tego kogoś nie będzie tam wcale, ani odrobinę, w ogóle, puf! – fuknęła, a gdy się dalej tym nieszczęsnym fleksem zasłaniał, dodała:

– Diabłu aż się pali, żeby się pojawić w tym mieście, prawda? A ja: nic a nic, nawet nie napomknę, aj! – udała zmartwioną. – Ajajaj! – łapy złożyła biadoląc: – To dopiero będzie się miotał biedny nasz artysta! Gdańsk, miasto w którym nie ma ani jednego diabła! W każdym innym mieście aż się roi od sił piekielnych, a tu – proszę – morze świętości. I panny już nie pomogą – spojrzała na pośladki wznoszące się nad okrętem. – Lepiej nie startuj w tych wyborach, nic ci to nie da, bo ciebie, mój Grzechu już po prostu nie ma! Trach, wykreślony! Wymazany gumką na wieki. No chyba, że… znajdzie się ten fleks…

I zostawiając biedaka z tym ultimatum, machnęła napuszonym ogonem i oddaliła się spiesznie w swoim kierunku. Ale, tak drepcząc drobnym krokiem, śmiała się już w duchu do uwolnionego Neptuna, boga mórz i oceanów w jego pełnej, bezwstydnej krasie.

Piętnaście minut później ukradła babie zza straganu kawałek zylca, a potem wspięła się na kamieniczkę, wskoczyła na komin i zachichotała.

Kocica miała na imię Natasza i to ona napisała to opowiadanie. A, żeby oddać diabłu ogarek, wstawiła gdzieniegdzie o nim zapiski. Zapiski, które w długie zimowe wieczory znajduje w starych butelkach gdańskiej wódki, cierpliwie czekając na ten cudowny moment, kiedy diabeł ze swoim fleksem pojawi się w tym mieście.

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s