17.12.2010 Niespokojny oddech

W książkach są wersy szatańskie, w nich czarodziejski świat. Zamknięty w ciasnym więzieniu okładek, niebezpiecznie dygoce, czekając, aż ktoś nieopatrznie go uwolni.

Przychodzi ten dzień. Jakiś podróżny znudzony i głodny, czekając na pociąg, otwiera ufnie książkę, ot, dla zabicia czasu, wzrokiem przelecieć, zobaczyć, o co w tych książkach chodzi. Nie, żeby zaraz przeczytać, tylko tak popatrzeć i… otworzywszy ją po chwili znika.

Już go nie obchodzi nic a nic. Niby dalej siedzi na peronie, ale jakby tylko sam płaszcz siedział, a człowieka nie ma. Jakby go diabli wraz z szatańskimi wersami porwali i tylko kapotę mokrą od deszczu na pogryzdanej dworcowej ławeczce zostawili.

Czy ten podróżny gdzieś się spieszył? Miał jakieś plany? Obiad, kolację, spotkanie? Jemu pociąg się spóźnia, jemu pociąg ucieka, on pociąg ma w nosie.

On się nie ciska, nie wścieka, nie szamoce. Niech się spóźnia pociąg. Niech ucieka. Obojętne.

On pochylony nad kartką nieruchomo trwa, nie słyszy komórki, komunikatu, pozdrowień znajomych. On nie widzi zegara, co mu odmierza minuty, godziny, on czasu nie czuje, nie czuje też deszczu, ani wiatru, ani nic.

Jego nie ma.

Szatańskie wersy czarodziejskiego tomu wypełniły mu głowę.

Wylały się z papieru, spełzły po podłodze, rozgoniły po peronie, po torach. Nikt ich już nie zatrzyma, nie wgoni z powrotem na kartkę. One się rozplenią, rozleją, rozpuchną. A potem wiatrem pognane – ruszą na północ, nad morze. Tam dopiero wieje wiatr, morski żywioł, sztorm nieokiełznany! Stolemy będą szumieć na plażach i wyć niezwykłe historie z książki podróżnego.

Kaszubski szaman klaśnie w ręce z radości. Złapie chciwie w garść kilka liter i ulepi z nich literacką postać. A potem drugą i trzecią. I czwartą.

Co będzie dalej?

Wiatr je pogna po świecie, do Warszawy, do Krakowa, po starych miastach, po bibliotekach, księgarniach, a dzieciaki czytając pod kocem, drżącą dłonią będą przekładać kartki książeczki. Bajki dla dorosłych.

W takiej książce świat się kołysze. Jakby się upił i pijany bez przerwy bujał na boki i kręcił.

I niczym karuzela zabierał ze sobą w obłędny wir bohaterów książki, a wraz z nimi biednego czytelnika, co za łeb się łapie i też już się czuje pijany.

Podróżny miał słoik ogórków, więc wyjął go z torby, którą wrzucił niedbale pod ławkę.

Ogórki zapachniały czosnkiem, chrzanem i koprem.

Inni podróżni zaraz się pokrzywili, łypali niechętnym wzrokiem na podróżnego. Że cham, gbur i prymityw, bo tak publicznie ogórki żre, a nic go, u licha nie obchodzi. I po co na dworzec przyszedł w ogóle, jak lump tu siedzi i czosnkiem śmierdzi, że też na takich nie ma porządku. A ten faktycznie nic sobie nie robiąc, popijał gorzałkę i jadł ogórek małosolny za małosolnym ogórkiem nie podnosząc znad książki wzroku. Tylko tak czytał i czytał i pod ławką nogami machał.

Po głowie się drapał, głową kręcił, że takie cuda, proszę państwa, takie tam rzeczy!

Książka nieduża, niedroga, nic takiego.

W niej też jakby nic. Ot, same szczegóły. A w nich? Co w szczegółach może tkwić? Diabły, cholery.

Podróżny zamyka wreszcie książkę. Pociąg pospieszny mu uciekł, uciekł też osobowy i ten z przesiadką, podmiejski oraz kolejka. Wiatr poszarpał jego stary płaszcz, a deszcz studził rozpaloną wrażeniami głowę. Podniósł ją biedny człowiek i westchnął patrząc w dal. A był jakiś nieobecny. Jakby został w tej książce, co ją zamknął przed chwilą, a to poszarpane wiatrem truchło porzucił na peronie jak niechcianego psa.

Siedział tak nieruchomo ze trzy kwadranse i myślał o chmurach nad miastem, o deszczu jesiennym, o wietrze nadmorskim, o liściach pożółkłych, o śladach na trotuarze i mroźnym poranku, o nocy, o dymie z komina, o psim ujadaniu, o zapachu zimy, o jękach kocich i ptasim furkocie, i trzech kuropatwach na śniegu.

I pomyślał, że jeszcze nigdy o tym nie myślał.

A gdy przyjechał pociąg, patrzył na niego, sięgając wspomnieniem dzieciństwa, gdy mały biegł po peronie do przybyłego ojca znikającego wtedy w oparach sapiącego parowozu, który, skuty lodem stał dumnie na wielkich czerwonych kołach.

I zatęsknił do tej pary i do tego sapania maszyny i mrozu siarczystego i ojca pachnącego tytoniem.

A potem próbował sobie przypomnieć, czy może on też, jak ojciec, pali, bo w sumie by wypadało coś ze sobą zrobić i zaraz pożałował, że jest niepalący i jakby było mało – na peronie zakaz.

Pomacał jeszcze kieszenie dla pewności i nic nie znajdując schował się w połach płaszcza i wstał, zostawiając na ławce dworcowej zamkniętą i przeczytaną książkę.

Głośnym krokiem przemierzył peron i poszedł z kierunkiem torów na północ i zniknął w mroku nasz podróżny, jedyny czytelnik tej książki, której strony są już puste, bo ją tak czytał, że całość wyczytał. A teraz będzie pijany chodził po świecie i myślał, aż wreszcie za pióro chwyci i narobi bigosu.

Bo jak było na początku, teraz i zawsze i na wieki będzie chaos.

2 comments

  1. Joszka

    Pani Sylwio, jeden z moich ulubionych fragmentow Pani powiesci. „Bo jak było na początku, teraz i zawsze i na wieki będzie chaos”. – ciekawe zakonczenie mysli… Swiadomie czy nie świadomie krązy Pani w tej refleksji w koło Logosu i jego mocy. Moc Słowa, jego natura, twórcza natura, zagadkowa natura. Nie, nie chodzi mi tu o oczywiste skojarzenie z Logosem z Prologu Janowego, choć rownież i pod ten tekst dałbym radę swoją refleksję podczepić. Chodzi mi raczej o pewnego filozofa, Żyda z Aleksandrii imieniem Filon i jego refleksje w tym temacie. Romansuje Pani z nim, chodź dzielą Was wieki. Mazl tov!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s