16.12.2010 Idą Święta…

Nienawidzę kotów. Kiedy widzę to zarośnięte ścierwo – w gardle staje mi kłębiasta kula drapiących włosów. Zabiłabym bez namysłu, gdybym nie była taka wrażliwa, gdyby mnie nie wychowali na takiego mięczaka, co nikomu krzywdy nie zrobi. No i gdybym umiała takiego kota złapać.

Bo kota się nie da złapać. Spieprza jak wiewiórka. I tak samo jak wiewiórka jest durny. Patrzy tymi swoimi głupimi oczami z daleka czekając na to, co go jedyne na świecie obchodzi. Na puszkę z żarciem. Dźwięk otwierania puszki wywołuje go z każdego niebytu, nawet jeśli ma urwaną łapę, ogon, nawet jak jest uśpiony po kastracji, nawet gdy go nie ma, to i tak jest i pojawia się jak duch, popieprzony sierściuch.

Przyłazi zdziwiony, że to tylko pomidory krojone z Biedronki. Albo fasolka czerwona Red Bean. Głupi kot. Nienawidzę kotów.

Od lat patrzę na Nabuchodonozora z nadzieją, że dziś właśnie będzie ten cudowny dzień, kiedy to paskudztwo nie wróci z nocnego spaceru. Niestety. Wraca. Wraca i zjada moje śledzie. Włazi na blat i ciamka. Zostawia ślady swoich odrażających łap na desce do krojenia. Śpi w moim łóżku! Na białym prześcieradle zostawia piach, błoto, wszelkie gówno jemu tylko znane, zasraniec, brudas.

Jezu, jaki on jest głupi! Kiedy odkurzam, odwraca głowę, że niby nie widzi! Że go, pacana, nie ma! Albo, może, że tego odkurzacza nie ma? Co on sobie myśli ten skończony kretyn, co? Myśli w ogóle? W głowie ma tylko puszkę, wizję puszki, niech będzie z pomidorami, co tam, puszka zamiast czaszki, zamiast mózgu: fasolka.

Mogłabym zabić, czemu nie? Zdjęłabym futro, zrobiłabym kołnierz. Oczy szklane. Tak samo puste jak te, co z daleka, wiewiórcze, gapią się na puszkę. Łapki plastikowe na zapinkę… nigdy by mi już nie zostawiły śladu na mojej pościeli. Oraz blacie.

Zamordowałabym. Udusiła. Albo nie… Zastrzeliła. Mam w domu taki mały pistolet na gaz. Zadziała? Jak nie zadziała, to utopię. Otruję! Do puszki wsypię truciznę jakąś, skąd u diabła truciznę wziąć na koty?

Może go kapciem, jak pająka, załatwię?

Może go przestraszę, że zawału dostanie?

Może go w depresję wpędzę, że się sam zabije?

Ja w sumie nie o tym chciałam pisać. Chciałam napisać, że się popłakałam dziś strasznie, bo na podłodze w łazience, w mojej pracy leżą trzy karpie, zawinięte w foliową torbę i szamoczą się w beznadziejnym starciu z nadchodzącą pomału, pomału, cholernie powoli nadchodzącą śmiercią. Śmiercią poprzedzoną wielogodzinnym transportem, w ścisku, jeden przy drugim. Zbite ofiary wiezione są na rzeź, zagładę, bez szansy, ratunku. Są zabijane powoli, powoli szarpane, duszone, w siatkę foliową zawijane szamoczą się na podłodze łazienki w mojej pracy, szamoczą się w siatce z napisem „Asia, 2 kg, dwanaście pięćdziesiąt”. To na wigilię dla Asi, dla całej masy Aś na wigilię jest w całej masie siatek cała masa szamoczących się, na wpół uduszonych karpi.

2 comments

  1. Joszka

    Odpowiadam kiepskim wierszem;) :

    „Eutanazja relatywna.
    -Tryptyk.

    NIE UMIAŁEM, nie byłem do tego zdolny.
    Nie potrafiłem zabić BEZ LITOŚCI.

    Nie mogłem patrzeć w smutne oczy Karpia.
    MUSIAŁEM – je wydłubać.
    Ryba też człowiek.
    Kto ma oczy niechaj słucha.
    Karpiom kalekom nie robi się przeszczepu gałek ocznych.
    Milczał jak ryba. Bo ryba nie ma głosu.
    Karp kaleka BUDZIŁ LITOŚĆ.

    Nie mogłem na to patrzeć.
    Nie, nie wydłubałem sobie oczu.

    TYLKO…
    DO(za)BIŁEM Karpia.”

    Niejakiego P. Wierzbiłowicza tenże tekst.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s