03.12.2010 NN

Cudowne to uczucie, kiedy nikt i nic nie każe z łóżka wstawać ani teraz, ani za chwilę, ani za godzinę, ani w ogóle.

Cudownie, kiedy jedyna spódnica ołówkowa, wysłużona niczym weteran wojenny –  zamiast w kant na wieszaku czekać na poranną mobilizację – wisi w łazience rzucona niedbale na pralkę, jak psu z gardła wyjęta i beztrosko śmierdzi petami.

Cudownie, że biała koszula na dnie kosza z bielizną w żaden sposób nie przejawia pretensji do żelazka.

Cudownie, gdy podarte rajstopy rozciągają się po dywanie jak koty i nikogo nie martwią swoim nikczemnym stanem.

Cudowne są podeptane buty rzucone w kąt przedpokoju, daleko od pasty i polerki, jeszcze dalej od elegancji.

Cudowny jest ten leniwy piątkowy poranek, w którym jedyne zmartwienie brzmi: gdzie jest coca cola?

Leżę nieruchomo nie myśląc o niczym. Nie jadę do pracy. Nie jadę z kilku powodów. Raz, że wczoraj wytłukłam w swojej głowie wszystkie ambitne myśli o jakiejkolwiek karierze wisząc bezwładnie za barem do rana. Mam więc potężnego  kaca i nie będę się wygłupiać, w takim stanie się do pracy nie jeździ. Dwa – zasypało świat po czubek śniegiem, w telewizji w kółko trąbią, zrozumiałe zatem, że żaden samochód nie przedrze się przez te zaspy. Kolejna rzecz: i tak już zaspałam. Jeszcze inna: na zewnątrz jest zimno, że psa nie wygonisz, a co dopiero mnie? Ale ten najważniejszy, najmocniejszy argument choć brzmi prozaicznie, jest jednocześnie przepiękny w swojej prostocie, a mianowicie brzmi tak: pierdolę. Nie jadę, bo pierdolę to i już. Jest w tym taka siła, że nie ma mocnych. Nie ma większej siły ponad tę właśnie. I każdy inny powód telepie się gdzieś daleko z tyłu, w haniebnym dystansie od głównej przyczyny mojej dzisiejszej nieobecności w pracy.

Niech mi kto co powie. Niech mi zarzuci. No, odwagi! I tak to, jak powiedziałam: pierdolę. Nie będę słuchać. Co ja mówię, nawet nic nie usłyszę, bo mnie przecież tam nie ma, to jak mam usłyszeć? Telefonu nie odbieram, jakby co. W ogóle nie włączam, he.

Komputer śpi, żadnych maili, gadu gadu, nie ma szans. O tym, że nie reaguję na ewentualny dzwonek do drzwi, chyba nie muszę wspominać?

Otóż: nie ma mnie. Znikłam. Puf! Przepadłam. Srebrny proszek zjadłam.

Jestem niewidzialną istotą zatopioną w nirwanie, w bezczasie tego cudownego zimowego dnia i bezprzestrzeni mojego mieszkania.

Nabuchodonozor w mig pojmuje, że znikłam i cudownie mnie ignoruje. Zresztą nie tylko on. Cały świat pogodził się z moim brakiem niezwykle łatwo. W pracy sobie radzą znakomicie. Aż dziw bierze.

Że tak beze mnie?

W ogóle?

Hm.

Jak to…?

Dobra, tylko na chwilę włączę komórkę, sprawdzę, czy się nie pali.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s