31.12.2010 Nie lubię tego

W mroczny poranek schyłku 2010 roku, wśród zasp, lodowych muld, wśród zamieci śnieżnej, z głową na kierownicy, nieprzytomna z niewyspania jadę jednak, jadę do pracy i słucham muzyki. Głośno. W sumie chyba nawet bardzo głośno, a jednak śpię. Śpię i śnię o czasach, w których spędzałam sylwestra z niezliczoną hałastrą długowłosych znajomych, z których żaden nie był na fejsbuku, żaden komórki nawet nie miał, a jednak się kumplowaliśmy, ba, spotykaliśmy się! Codziennie. I bez umawiania się, bez esemesów. Bez maili. Bez gadu, czatu, komunikatorów żadnych.

Śpię i w głowę zachodzę, co za cuda mi się śnią. Co za herezje? Przecież to niemożliwe. Jak ktoś nie ma komórki, to przepada, znika w otchłani osamotnienia, bez szans na jakichkolwiek kontakt z inną ludzką istotą.  A już na pewno nie ze znajomym, którego z labiryntu Internetu do świata realnego nie wywołasz.

Skulona na kierownicy jak zaspany kot, w ten sylwestrowy poranek – tęsknię. Tęsknię do człowieka. Takiego z krwi i kości, takiego, co pachnie, a może nawet śmierdzi, takiego co dotyka, co szorstki jest, owłosiony, takiego co papierosa zapali, co się wódki na ten Nowy Rok napije, takiego, co po prostu jest.

W zamian dostaję życzenia od trzycentymetrowego awatara, z komunikatora sypią się pozdrowienia, skrzynka cała zapchana wesołymi gif-ami. Mam naprawdę bardzo dużo znajomych.

Sylwestra spędzam sama.

20.12.2010 Unplugged

Mamy za oknem, co mamy, nie będę komentować. Informacyjnie tylko nadmienię, żeby było jasne, o co mi chodzi: za oknem mamy lodowaty mrok Erebu.

To znaczy, kto ma za oknem, ten ma. Bo ja na przykład – miewam nie tylko za oknem.

Wracam z pracy w piątek i rozmyślam z rozkoszą o weekendowym spoczynku na sofie przy kominku z książką i tak dalej, ewentualnie przy komputerze też, albo i może nawet przed telewizorem, przed kinem domowym; o adapterze, odtwarzaczu płyt z muzyką też myślę i sobie wracam do domu wesoło. Snuję plany i marzenia, błądząc po zakamarkach pamięci, co jeszcze fajnego mogę sobie robić w to zimowe popołudnie, wieczór, noc, następny i następny dzień wolny od pracy i wpadam znów na kolejne pomysły, że mogę na przykład upiec w piekarniku halibuta, albo w wersji „na szybko” odgrzać pierogi w mikroweli, różne takie, chociażby herbatę zaparzyć, kawę w ekspresie, a co.

Wreszcie, szarpana niepokojem północy zwanym powszechnie zajebistą piździawą, otwieram drzwi i wchodzę do domu i z miejsca czuję, że coś jest u diabła „kurewsko daleko od OK”.

Trzy minuty później wiem wszystko. I choć nie umiem znaleźć po ciemku zaległych rachunków z kategorycznie zamkniętej w weekend Energa S.A. – intuicyjnie znam wagę swoich problemów na najbliższe dni.

Powiem krótko: można przeżyć. Z całej rynkowej oferty świec polecam szczególnie wkłady do zniczy pakowane po dwie sztuki za 2.99, w Lidlu. Świecą jak jupitery.

17.12.2010 Niespokojny oddech

W książkach są wersy szatańskie, w nich czarodziejski świat. Zamknięty w ciasnym więzieniu okładek, niebezpiecznie dygoce, czekając, aż ktoś nieopatrznie go uwolni.

Przychodzi ten dzień. Jakiś podróżny znudzony i głodny, czekając na pociąg, otwiera ufnie książkę, ot, dla zabicia czasu, wzrokiem przelecieć, zobaczyć, o co w tych książkach chodzi. Nie, żeby zaraz przeczytać, tylko tak popatrzeć i… otworzywszy ją po chwili znika.

Już go nie obchodzi nic a nic. Niby dalej siedzi na peronie, ale jakby tylko sam płaszcz siedział, a człowieka nie ma. Jakby go diabli wraz z szatańskimi wersami porwali i tylko kapotę mokrą od deszczu na pogryzdanej dworcowej ławeczce zostawili.

Czy ten podróżny gdzieś się spieszył? Miał jakieś plany? Obiad, kolację, spotkanie? Jemu pociąg się spóźnia, jemu pociąg ucieka, on pociąg ma w nosie.

On się nie ciska, nie wścieka, nie szamoce. Niech się spóźnia pociąg. Niech ucieka. Obojętne.

On pochylony nad kartką nieruchomo trwa, nie słyszy komórki, komunikatu, pozdrowień znajomych. On nie widzi zegara, co mu odmierza minuty, godziny, on czasu nie czuje, nie czuje też deszczu, ani wiatru, ani nic.

Jego nie ma.

Szatańskie wersy czarodziejskiego tomu wypełniły mu głowę.

Wylały się z papieru, spełzły po podłodze, rozgoniły po peronie, po torach. Nikt ich już nie zatrzyma, nie wgoni z powrotem na kartkę. One się rozplenią, rozleją, rozpuchną. A potem wiatrem pognane – ruszą na północ, nad morze. Tam dopiero wieje wiatr, morski żywioł, sztorm nieokiełznany! Stolemy będą szumieć na plażach i wyć niezwykłe historie z książki podróżnego.

Kaszubski szaman klaśnie w ręce z radości. Złapie chciwie w garść kilka liter i ulepi z nich literacką postać. A potem drugą i trzecią. I czwartą.

Co będzie dalej?

Wiatr je pogna po świecie, do Warszawy, do Krakowa, po starych miastach, po bibliotekach, księgarniach, a dzieciaki czytając pod kocem, drżącą dłonią będą przekładać kartki książeczki. Bajki dla dorosłych.

W takiej książce świat się kołysze. Jakby się upił i pijany bez przerwy bujał na boki i kręcił.

I niczym karuzela zabierał ze sobą w obłędny wir bohaterów książki, a wraz z nimi biednego czytelnika, co za łeb się łapie i też już się czuje pijany.

Podróżny miał słoik ogórków, więc wyjął go z torby, którą wrzucił niedbale pod ławkę.

Ogórki zapachniały czosnkiem, chrzanem i koprem.

Inni podróżni zaraz się pokrzywili, łypali niechętnym wzrokiem na podróżnego. Że cham, gbur i prymityw, bo tak publicznie ogórki żre, a nic go, u licha nie obchodzi. I po co na dworzec przyszedł w ogóle, jak lump tu siedzi i czosnkiem śmierdzi, że też na takich nie ma porządku. A ten faktycznie nic sobie nie robiąc, popijał gorzałkę i jadł ogórek małosolny za małosolnym ogórkiem nie podnosząc znad książki wzroku. Tylko tak czytał i czytał i pod ławką nogami machał.

Po głowie się drapał, głową kręcił, że takie cuda, proszę państwa, takie tam rzeczy!

Książka nieduża, niedroga, nic takiego.

W niej też jakby nic. Ot, same szczegóły. A w nich? Co w szczegółach może tkwić? Diabły, cholery.

Podróżny zamyka wreszcie książkę. Pociąg pospieszny mu uciekł, uciekł też osobowy i ten z przesiadką, podmiejski oraz kolejka. Wiatr poszarpał jego stary płaszcz, a deszcz studził rozpaloną wrażeniami głowę. Podniósł ją biedny człowiek i westchnął patrząc w dal. A był jakiś nieobecny. Jakby został w tej książce, co ją zamknął przed chwilą, a to poszarpane wiatrem truchło porzucił na peronie jak niechcianego psa.

Siedział tak nieruchomo ze trzy kwadranse i myślał o chmurach nad miastem, o deszczu jesiennym, o wietrze nadmorskim, o liściach pożółkłych, o śladach na trotuarze i mroźnym poranku, o nocy, o dymie z komina, o psim ujadaniu, o zapachu zimy, o jękach kocich i ptasim furkocie, i trzech kuropatwach na śniegu.

I pomyślał, że jeszcze nigdy o tym nie myślał.

A gdy przyjechał pociąg, patrzył na niego, sięgając wspomnieniem dzieciństwa, gdy mały biegł po peronie do przybyłego ojca znikającego wtedy w oparach sapiącego parowozu, który, skuty lodem stał dumnie na wielkich czerwonych kołach.

I zatęsknił do tej pary i do tego sapania maszyny i mrozu siarczystego i ojca pachnącego tytoniem.

A potem próbował sobie przypomnieć, czy może on też, jak ojciec, pali, bo w sumie by wypadało coś ze sobą zrobić i zaraz pożałował, że jest niepalący i jakby było mało – na peronie zakaz.

Pomacał jeszcze kieszenie dla pewności i nic nie znajdując schował się w połach płaszcza i wstał, zostawiając na ławce dworcowej zamkniętą i przeczytaną książkę.

Głośnym krokiem przemierzył peron i poszedł z kierunkiem torów na północ i zniknął w mroku nasz podróżny, jedyny czytelnik tej książki, której strony są już puste, bo ją tak czytał, że całość wyczytał. A teraz będzie pijany chodził po świecie i myślał, aż wreszcie za pióro chwyci i narobi bigosu.

Bo jak było na początku, teraz i zawsze i na wieki będzie chaos.

17.12.2010 A może wyjadę do Afryki?

Zamieszczam i zachęcam do czytania, komentowania i czegoś tam innego, pozytywnego też zachęcam:

http://www.nowy-swiat.pl/fragmenty/?cat=5

A jak się już wyda i będzie w księgarni, to zachęcam z kolei do kupienia; obiecuję, że każdą jedną podpiszę osobiście, specjalnie dla czytelnika mojego bloga, a mówię tak beztrosko, bo tych czytelników jest około ośmiu, co i tak super, bo całkiem niedawno było czterech.

I pies z kulawą nogą.

 

16.12.2010 Idą Święta…

Nienawidzę kotów. Kiedy widzę to zarośnięte ścierwo – w gardle staje mi kłębiasta kula drapiących włosów. Zabiłabym bez namysłu, gdybym nie była taka wrażliwa, gdyby mnie nie wychowali na takiego mięczaka, co nikomu krzywdy nie zrobi. No i gdybym umiała takiego kota złapać.

Bo kota się nie da złapać. Spieprza jak wiewiórka. I tak samo jak wiewiórka jest durny. Patrzy tymi swoimi głupimi oczami z daleka czekając na to, co go jedyne na świecie obchodzi. Na puszkę z żarciem. Dźwięk otwierania puszki wywołuje go z każdego niebytu, nawet jeśli ma urwaną łapę, ogon, nawet jak jest uśpiony po kastracji, nawet gdy go nie ma, to i tak jest i pojawia się jak duch, popieprzony sierściuch.

Przyłazi zdziwiony, że to tylko pomidory krojone z Biedronki. Albo fasolka czerwona Red Bean. Głupi kot. Nienawidzę kotów.

Od lat patrzę na Nabuchodonozora z nadzieją, że dziś właśnie będzie ten cudowny dzień, kiedy to paskudztwo nie wróci z nocnego spaceru. Niestety. Wraca. Wraca i zjada moje śledzie. Włazi na blat i ciamka. Zostawia ślady swoich odrażających łap na desce do krojenia. Śpi w moim łóżku! Na białym prześcieradle zostawia piach, błoto, wszelkie gówno jemu tylko znane, zasraniec, brudas.

Jezu, jaki on jest głupi! Kiedy odkurzam, odwraca głowę, że niby nie widzi! Że go, pacana, nie ma! Albo, może, że tego odkurzacza nie ma? Co on sobie myśli ten skończony kretyn, co? Myśli w ogóle? W głowie ma tylko puszkę, wizję puszki, niech będzie z pomidorami, co tam, puszka zamiast czaszki, zamiast mózgu: fasolka.

Mogłabym zabić, czemu nie? Zdjęłabym futro, zrobiłabym kołnierz. Oczy szklane. Tak samo puste jak te, co z daleka, wiewiórcze, gapią się na puszkę. Łapki plastikowe na zapinkę… nigdy by mi już nie zostawiły śladu na mojej pościeli. Oraz blacie.

Zamordowałabym. Udusiła. Albo nie… Zastrzeliła. Mam w domu taki mały pistolet na gaz. Zadziała? Jak nie zadziała, to utopię. Otruję! Do puszki wsypię truciznę jakąś, skąd u diabła truciznę wziąć na koty?

Może go kapciem, jak pająka, załatwię?

Może go przestraszę, że zawału dostanie?

Może go w depresję wpędzę, że się sam zabije?

Ja w sumie nie o tym chciałam pisać. Chciałam napisać, że się popłakałam dziś strasznie, bo na podłodze w łazience, w mojej pracy leżą trzy karpie, zawinięte w foliową torbę i szamoczą się w beznadziejnym starciu z nadchodzącą pomału, pomału, cholernie powoli nadchodzącą śmiercią. Śmiercią poprzedzoną wielogodzinnym transportem, w ścisku, jeden przy drugim. Zbite ofiary wiezione są na rzeź, zagładę, bez szansy, ratunku. Są zabijane powoli, powoli szarpane, duszone, w siatkę foliową zawijane szamoczą się na podłodze łazienki w mojej pracy, szamoczą się w siatce z napisem „Asia, 2 kg, dwanaście pięćdziesiąt”. To na wigilię dla Asi, dla całej masy Aś na wigilię jest w całej masie siatek cała masa szamoczących się, na wpół uduszonych karpi.

03.12.2010 NN

Cudowne to uczucie, kiedy nikt i nic nie każe z łóżka wstawać ani teraz, ani za chwilę, ani za godzinę, ani w ogóle.

Cudownie, kiedy jedyna spódnica ołówkowa, wysłużona niczym weteran wojenny –  zamiast w kant na wieszaku czekać na poranną mobilizację – wisi w łazience rzucona niedbale na pralkę, jak psu z gardła wyjęta i beztrosko śmierdzi petami.

Cudownie, że biała koszula na dnie kosza z bielizną w żaden sposób nie przejawia pretensji do żelazka.

Cudownie, gdy podarte rajstopy rozciągają się po dywanie jak koty i nikogo nie martwią swoim nikczemnym stanem.

Cudowne są podeptane buty rzucone w kąt przedpokoju, daleko od pasty i polerki, jeszcze dalej od elegancji.

Cudowny jest ten leniwy piątkowy poranek, w którym jedyne zmartwienie brzmi: gdzie jest coca cola?

Leżę nieruchomo nie myśląc o niczym. Nie jadę do pracy. Nie jadę z kilku powodów. Raz, że wczoraj wytłukłam w swojej głowie wszystkie ambitne myśli o jakiejkolwiek karierze wisząc bezwładnie za barem do rana. Mam więc potężnego  kaca i nie będę się wygłupiać, w takim stanie się do pracy nie jeździ. Dwa – zasypało świat po czubek śniegiem, w telewizji w kółko trąbią, zrozumiałe zatem, że żaden samochód nie przedrze się przez te zaspy. Kolejna rzecz: i tak już zaspałam. Jeszcze inna: na zewnątrz jest zimno, że psa nie wygonisz, a co dopiero mnie? Ale ten najważniejszy, najmocniejszy argument choć brzmi prozaicznie, jest jednocześnie przepiękny w swojej prostocie, a mianowicie brzmi tak: pierdolę. Nie jadę, bo pierdolę to i już. Jest w tym taka siła, że nie ma mocnych. Nie ma większej siły ponad tę właśnie. I każdy inny powód telepie się gdzieś daleko z tyłu, w haniebnym dystansie od głównej przyczyny mojej dzisiejszej nieobecności w pracy.

Niech mi kto co powie. Niech mi zarzuci. No, odwagi! I tak to, jak powiedziałam: pierdolę. Nie będę słuchać. Co ja mówię, nawet nic nie usłyszę, bo mnie przecież tam nie ma, to jak mam usłyszeć? Telefonu nie odbieram, jakby co. W ogóle nie włączam, he.

Komputer śpi, żadnych maili, gadu gadu, nie ma szans. O tym, że nie reaguję na ewentualny dzwonek do drzwi, chyba nie muszę wspominać?

Otóż: nie ma mnie. Znikłam. Puf! Przepadłam. Srebrny proszek zjadłam.

Jestem niewidzialną istotą zatopioną w nirwanie, w bezczasie tego cudownego zimowego dnia i bezprzestrzeni mojego mieszkania.

Nabuchodonozor w mig pojmuje, że znikłam i cudownie mnie ignoruje. Zresztą nie tylko on. Cały świat pogodził się z moim brakiem niezwykle łatwo. W pracy sobie radzą znakomicie. Aż dziw bierze.

Że tak beze mnie?

W ogóle?

Hm.

Jak to…?

Dobra, tylko na chwilę włączę komórkę, sprawdzę, czy się nie pali.